Korona Brauna zbyt opłacalna dla wszystkich, by ją delegalizować [OPINIA]
Konfederacja Korony Polskiej jest partią ewidentnie prorosyjską, a jej program jest sprzeczny z polską racją stanu. Tyle że to nie oznacza, że można ją w prosty sposób zdelegalizować. A jest to tym trudniejsze, że wielu kluczowym w polskiej polityce osobom się to nie opłaca - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Grzegorz Braun jest politykiem niebezpiecznym. Umie posługiwać się social mediami, jest mistrzem performansu, który starannie reżyseruje swoje występy i już zbudował spójną i bardzo aktywną w sieci sektę. To z jej pomocą, a także dzięki medialnej skuteczności nasyca polską debatę narracjami jawnie putinowskimi.
Jeśli jest obecnie w polskiej polityce ugrupowanie skutecznie reprezentująca interesy Rosji, to jest to właśnie Konfederacja Korony Polskiej i jej lider. Projekt ten jest zaś tym skuteczniejszy, że śmiertelną dawkę politycznej trucizny
Braun opakowuje w zbiór udających (bo w istocie niezgodnych z nauczaniem Kościoła) ultrakatolickie poglądy: pewne, a zarazem istotne, elementy ludowego antysemityzmu połączonego z wrogością wobec Izraela - właściwe raczej współczesnej skrajnej lewicy. Antymigranckie (a bardziej szczegółowo antyukraińskie) emocje sporej części społeczeństwa. I wreszcie lęki przed wojną.
Efektem jest zbudowanie trwałej (relatywnie), skutecznie pozyskującej poparcie, normalizującej - i stawiającej w centrum - tylko nieco bardziej ostrożne - narracje prorosyjskie i antyukraińskie innych części sceny politycznej - partii rosyjskiej w Polsce.
Tego nie powinno się ignorować, ani lekceważyć. Tyle, że wcale nie ma prostego sposobu, by partię Brauna zdelegalizować. Artykuł 13. konstytucji nie pozostawia wątpliwości, że w Polsce "zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władz". Zapisy te, co podkreślają komentarze prawne do tego artykułu, nie obejmują tylko głoszenia faszyzmu lub komunizmu w formie historycznej, ale także odwoływanie się do pewnych, istotnych elementów tych ideologii, a jeśli uzupełnić je o zapisy dotyczące nienawiści rasowej, to mogą one pozwolić na delegalizację partii Brauna.
Warto mieć jednak świadomość, że to nie będzie prosty proces, a Grzegorz Braun posługuje się modelami działania i komunikacji, które wcale nie uproszczają procedur prawnych. Nie jest też wcale jasne, czy - paradoksalnie - delegalizacja nie pomogłaby innym, którzy głoszą identyczne, choć o ton ostrożniejsze, poglądy. To także powinno być - z perspektywy politycznej - brane pod uwagę.
Najbardziej niebezpieczna politycznie z perspektywy racji stanu jest zaś sytuacja, w której proces delegalizacji zostanie podjęty (co wywoła ogromne emocje społeczne), a skończy się porażką (czyli odmową takiej decyzji przez sąd). To oznaczałoby polityczny triumf Grzegorza Brauna, a nie jest to wcale wykluczone właśnie dlatego, że sprawa jest trudna, i że nawet w sytuacji polityków partii ewidentnie prorosyjskich postawienie im zarzutów wcale nie było proste. Jeśli więc politycy chcą podjąć takie działania, to powinni się do tego dobrze przygotować, zamiast nieustannie o tym gadać.
Kluczowe dla tej kwestii jest jednak nie prawo, ale… polityka. Tu wchodzimy na jeszcze bardziej grząski grunt. O delegalizacji partii Brauna opłaca się mówić wielu graczom, ale tylko nielicznym opłaca się realna delegalizacja. Sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana: ci, którzy na delegalizacji rzeczywiście by zyskali, nie mogą o tym mówić wprost, bo… to skomplikowałoby ich wyborczą sytuację - zaszkodziło im.
Mowa oczywiście o PiS-ie, które regularnie traci wyborców. Rozczarowani kierunkiem PiS-u i zafascynowani altprawicowym sznytem Brauna płyną do jego partii. PiS więc, gdyby Konfederację Korony Polskiej zdelegalizowano, z pewnością by zyskał, bo mógłby zawalczyć o powrót wyborców do siebie.
Tyle że właśnie ta partia tego wprost powiedzieć nie może i to z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze nie da się odzyskać elektoratu, który się obrazi, sugerując mu faszystowskie i nadające się do delegalizacji poglądy. I to dlatego politycy PiS (podobnie zresztą jak Konfederacji, ale z nieco innych powodów) unikają ostrych wypowiedzi na temat Korony Polskiej i samego Grzegorza Brauna. Drugi zaś powód, dla którego trudno przypuszczać ostry atak na tę partię, jest taki, że bez niej - a do tego wniosku skłania analiza sondaży - trudno sobie wyobrazić stworzenie prawicowego rządu. PiS i Konfederacja (a i to nie będzie prosta do stworzenie koalicja) nie wystarczą…
Konfederacja, która poniekąd też zyskałaby na delegalizacji Konfederacji Korony Polskiej (bo mogłaby pozyskać część z jej elektoratu), ma jednak także inne interesy, które sprawiają, że raczej nie zajmie takiego stanowiska. Nie chodzi tylko o to, że niektórzy z polityków tej formacji w istocie głoszą poglądy podobne do Brauna, ale także to, że obecność tego polityka normalizuje ich poglądy, wprowadza ich do politycznego mainstreamu jako partię radykalnie prawicowego, ale jednak zdrowego rozsądku. Oni także - i tu są podobni do PiS - mają świadomość, że jakaś forma wsparcia Korony Polskiej jest konieczna do stworzenia prawicowego rządu.
Donald Tusk i jego formacja ma świadomość tej skrajnie niewygodnej dla przeciwników PiS pozycji. Delegalizacja partii Brauna zdecydowanie by ją uprościła i zdjęła liderom prawicy ciężar z pleców. Właśnie dlatego, z jego perspektywy, nie ma wielu politycznych czy partyjnych powodów, by to robić. Jego czystym zyskiem jest budowanie narracji, w której rywalizują ze sobą partie otwarte na sojusz z Koroną i te, które go wykluczają. A jako że PiS nie może jej całkowicie wykluczyć, to wizerunkowe wpychanie go w ramiona Brauna jest zwyczajnie korzystne dla premiera i jego formacji. To jednak wymaga zachowania w polityce jak najdłużej legalnie działającego Grzegorza Brauna.
A co z delegalizacją na ostatniej prostej, choćby po zaprezentowaniu list wyborczych tej formacji? To oczywiście jest najbardziej realny scenariusz, ale i on niesie ze sobą spore ryzyko polityczne. Dlaczego? Otóż dlatego, że dynamika społeczna w takiej sytuacji jest kompletnie nieprzewidywalna i nikt nie wie, jakie procesy by uruchomiła. Przesunięcie elektoratu w prawo jest na tyle istotną, braną po uwagę możliwością, że nie sądzę, by premier chciał to uruchamiać. Szczególnie że opozycja z całą pewnością w takiej sytuacji zaczęłaby bronić wolności słowa i poglądów.
Jakie wnioski płynął z tej analizy? Nieszczególnie optymistyczne, bo wiele wskazuje na to, że choć partia Brauna jest niebezpiecznym elementem polskiego systemu politycznego. A choć mogą istnieć powody do jej delegalizacji (a z perspektywy czystej racji stanu to powinno się stać), nie będzie łatwo przeprowadzić taki proces, bo prawnie jest on trudny, a politycznie tylko nieliczni są w stanie ponieść potencjalne szkody takiego działania.
Wiele wskazuje więc na to, że trzeba się przyzwyczaić do obecności Brauna i liczyć na to, że w końcu się on znudzi. Tyle że służby rosyjskie zrobią wiele, by do takiego znudzenia nie dopuścić i dostarczyć tematów, od których Korona Polska będzie się mogła odbijać. Z ich perspektywy bowiem - niezależnie od tego, czy Grzegorz Braun i jego ludzie robią to, co robią ze szczerych przekonań czy z jakichś innych powodów - właśnie ta partia jest największym skarbem.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".