Konkrety, nie show [OPINIA]
Zespół do zbadania polskiego śladu w aktach Epsteina, choć jego powołanie nie jest niczym złym, nie zastąpi realnych działań w kwestii przeciwdziałania i ścigania przemocy seksualnej wobec małoletnich i pomocy osobom skrzywdzonym. Takich realnych działań trzeba domagać się od premiera - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Jeśli premier ma informacje albo podejrzenia dotyczące polskich dzieci (czy ludzi młodych), które zostały skrzywdzone w jednej z wielu rezydencji i miejsc spotkań związanych z Jeffreyem Epsteinem - to z pewnością trzeba je sprawdzić. Jeśli istnieje domniemanie, że uczestniczyli w tym procederze lub korzystali z niego polscy celebryci, politycy, biznesmeni, czy zwyczajni obywatele, to także należy to ustalić i wyciągnąć konsekwencje prawne.
Analogicznie trzeba postąpić w przypadku podejrzeń, że wśród tych milionów stron dokumentów mogą znajdować się materiały, mogące służyć jako kompromaty i materiały dla potencjalnej agentury. I z tej perspektywy powołanie zespołu, który będzie badał te dokumenty, może być ważne i istotne.
Może nie oznacza jednak, że jest. Ocena decyzji o powołaniu komisji zależy w znacznym stopniu od tego, jakie są prawdziwe intencje tej decyzji. Część z analityków politycznych czy reporterów sugeruje, że premier chce tu upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Z jednej strony pokazać czujność, a z drugiej postawić w trudnej sytuacji środowisko PiS i prezydenta, które musiałoby krytykować prezydenta USA Donalda Trumpa.
Na ten drugi element strategii Tuska mogą wskazywać jego własne słowa.
- Każdy przyzwoity człowiek powinien wykluczać jakiekolwiek relatywizowanie kwestii pedofilii. To jest zbrodnia przeciwko dzieciom. Można się spierać na różne tematy. Każdy ma w domu córkę, wnuczkę. Każdy wie, o czym mówimy. Tu nie ma miejsca na żadne usprawiedliwiania, relatywizowanie, że "to nic strasznego". Jeśli ktoś chce ubić na tym polityczny interes lub ma polityczny powód, żeby przemilczeć i twierdzić, że nic się nie stało - to jest dla mnie oczywiste, że nic na tym nie ugra. Straci na tym dobre imię. Wstyd zostanie z kimś takim do końca życia. Nie możemy pozwolić, by ktokolwiek to lekceważył - mówił Tusk.
I trudno nie zadać pytania, kto jego zdaniem w Polsce mówił, że nic się nie stało? I kto miałby bronić Epsteina? Te słowa sugerują więc nie tyle realną polemikę, ile próbę ustawienia kogoś w roli obrońcy pedofilii.
A to z całą pewnością nie służy sprawie walki z nią. Dlaczego? Bo pedofilia nie powinna być nigdy pałką na nikogo. To zbyt poważny problem, by uczynić z niego jedynie narzędzie politycznej agitacji. Tu trzeba szukać sojuszników po każdej ze stron, zamiast budować bariery. Dzieci i ich bezpieczeństwo nie powinny mieć barw politycznych.
Sprawa Epsteina doskonale pokazuje zresztą, że winni współpracy z przestępcą seksualnym, chronienia go, czy korzystania z jego przestępczych usług są ludzie ze wszystkich stron sceny politycznej i biznesowej. Donald Trump występuje w tych aktach obok Billa Clintona i choć obaj tłumaczą, że nie mają sobie nic do zarzucenia, to obaj muszą się z tej sprawy tłumaczyć. Uczynienie z tego straszliwego dramatu pałki politycznej z całą pewnością nie będzie służyć budowaniu porozumienia w kwestii walki z przemocą seksualną.
Nie służy jej także - i to też warto powiedzieć - powoływanie zespołów do analizy dokumentów z USA, a brak adekwatnych działań w odniesieniu do Polski. Owszem, warto zbadać tamte akta, ale - jak się zdaje - warto by było także powołać zespół, który - na wzór królewskich komisji z Australii czy Nowej Zelandii zbadałby skalę zjawiska przemocy seksualnej we wszystkich polskich instytucjach, tych kościelnych i świeckich, w szkołach, w związkach harcerskich, klubach sportowych i chórach. Takiej roli nie spełnia Państwowa Komisja ds. Pedofilii, bo nie takie cele przed nią postawiono. Może więc warto powołać instytucję, z odpowiednim budżetem i uprawnieniami, która w perspektywy kilku, kilkunastu lat realnie zbada skalę tego zjawiska.
Ale to nie wszystko. Jeśli chce się rzeczywiście udowodnić zaangażowanie w ochronę małoletnich i pomoc dla ofiar przemocy seksualnej, to może warto - tu akurat Kościół może być wzorem - powołać fundację (finansowaną z budżetu), która będzie opłacać terapię osobom skrzywdzonym w dzieciństwie w szkołach, szpitalach czy w związkach sportowych. Osoby skrzywdzone przez duchownych - dzięki Fundacji św. Józefa - taką pomoc otrzymują, ale te skrzywdzone w instytucjach świeckich muszą ją finansować samodzielnie. I to jest absolutnie skandaliczne. Jeśli więc premier chce pokazać, że zależy mu na tej sprawie, może warto zlecić powołanie takiej komisji jednemu z ministerstw.
Warto też - i to również będzie działanie prewencyjne - stworzyć sieć poradni dla sprawców, a także potencjalnych sprawców, którzy widzą w sobie pedofilskie skłonności, chcą chronić dzieci, ale nie mają pomocy. Takie poradnie powinny powstać w całej Polsce. Więzienia i kary to nie jedyna forma walki z pedofilią, a jeśli chce się realnie chronić dzieci, to trzeba pracować także ze sprawcami, tak by nie dopuścić do powtórzenia czynów.
I wreszcie, jako społeczeństwo, potrzebujemy ogromnej kampanii informacyjnej, ukazującej, gdzie powinny zapalać się czerwone lampki, jak rozpoznawać krzywdę i kiedy reagować. Sprawy Epsteina w takim zakresie by nie było, gdyby przez lata nie umożliwiano mu działania, gdyby nie odwracano głowy. W Polsce dzieje się tak samo i tylko edukacja oraz pokazywanie, jak wygląda przemoc, może to zmienić.
I na koniec warto uświadomić sobie jeszcze jedną rzecz. Realna walka z przemocą seksualną wobec dzieci to nie jest tylko walka z miliarderami, wielkimi politykami, ale przede wszystkim z ludźmi, którzy są bliskimi osób krzywdzonych. 80-90 proc. sprawców to ludzie, których dzieci znają, to są ich dziadkowie i wujkowie, bracia i ojcowie, przyjaciele rodziny i znajomi… Oni wcale nie wyglądają jak sprawcy i często są sympatycznymi ludźmi.
Jeśli po zespole analizującym akta Epsteina premier i jego ekipa podejmą dalsze działania, jeśli analiza tych akt będzie dla nich pierwszym krokiem, to będzie można ich pochwalić. Jeśli jednak temat zniknie, gdy przestanie się opłacać politycznie, to będzie to kolejny smutny dowód na to, że polscy politycy nie dorośli jeszcze do realnego zmierzenia się z tym problemem.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".