"Jest ogromny chaos, nie wiemy, co robić". Polscy turyści uwięzieni na Malediwach
Odwołane loty, tysiące zdezorientowanych pasażerów koczujących na terminalach. Rajskie wakacje Polaków na Malediwach zamieniły się w prawdziwy koszmar po tym, jak w związku z atakiem na Iran zamknięto przestrzeń powietrzną nad Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. O dramatycznej walce o przetrwanie, noclegach na łodziach i szybujących cenach biletów opowiedziała Wirtualnej Polsce jedna z uwięzionych w stolicy wyspiarskiego państwa Polek.
Najważniejsze informacje:
- Paraliż komunikacyjny: Według relacji naszej rozmówczyni, loty do Europy są niedostępne nawet na dwa tygodnie w przód, a zdesperowani turyści szukają biletów na loty z kilkoma egzotycznymi przesiadkami.
- Dramat noclegowy: Polka alarmuje, że w okolicach lotniska w Male całkowicie brakuje miejsc w hotelach. Cześć rodaków jest zmuszona spać na wynajętych łodziach, inni koczują na walizkach.
- Głuche telefony do dyplomatów: Jak z żalem podkreśla turystka, próby dodzwonienia się do polskiego konsulatu kończą się fiaskiem, a jedyne oficjalne wsparcie to zdawkowy komunikat wysłany SMSem.
- Żerowanie na tragedii: Rozmówczyni WP ostrzega przed oszustami, którzy bezwzględnie wykorzystują chaos, oferując w sieci fałszywe loty w drastycznie zawyżonych cenach.
Sytuacja na Bliskim Wschodzie błyskawicznie przełożyła się na los tysięcy turystów na całym świecie. Nasza redakcja rozmawiała z Polką, która wraz z mężem utknęła w Male, stolicy Malediwów. - Mieliśmy dzisiaj o dziewiątej dziesięć mieć wylot z Malediwów przez Zjednoczone Emiraty Arabskie do Polski. Wczoraj przypłynęliśmy łodzią z jednej z wysp tutaj do Male, czyli gdzie znajduje się lotnisko - relacjonowała Wirtualnej Polsce turystka Zofia Pietrzak.
Początkowo nic nie zwiastowało skali problemu. - Były już pierwsze informacje o tym, że doszło do ataku na Iran, ale informacje w internecie nie podawały, że cokolwiek mogłoby się dziać, jeśli chodzi o przesiadkę w Zjednoczonych Emiratach Arabskich - opisywała kobieta. - Już wieczorem wiedzieliśmy jednak, że wszystkie loty zostają odwołane - dodała. Turyści mieli podróżować tanimi liniami Air Arabia z przesiadką w Szardży (ZEA).
Lotniskowa pułapka i znikające bilety
Poranny przyjazd na lotnisko obnażył bezradność linii lotniczych w związku z zamknięciem przestrzeni powietrznej nad ZEA. - Praktycznie brak jakichkolwiek informacji. Z punktów informacyjnych jesteśmy odsyłani do linii lotniczych, a przewoźnicy nic nie wiedzą - denerwowała się nasza rozmówczyni. Opcje, które im przedstawiono, to czekanie na otwarcie przestrzeni powietrznej lub anulowanie biletu i poszukiwania lotów na własną rękę.
- Lotów do Europy już praktycznie nie było na tydzień w przód. Teraz to jest nawet na półtora do dwóch tygodni w przód. Części osobom udało się kupić bilety z czterema, pięcioma przesiadkami przez Tajlandię, Turkmenistan i Kuala Lumpur - relacjonowała Zofia Pietrzak. Z każdą godziną na lotnisku przybywa pasażerów dowożonych z kolejnych resortów. - Na początku były to setki, teraz myślę, że tysiące, jak nie więcej ludzi - oceniła skalę zjawiska turystka. Zwróciła też uwagę na karygodną postawę przewoźnika: - Jedyne co dostaliśmy, to butelki z wodą.
Noclegi na łódkach i solidarność
Ogromnym problemem dla uwięzionych stało się znalezienie dachu nad głową. – Nie ma noclegów na najbliższe trzy doby. Każdy nocleg gdzieś na wyspie wiąże się z dużo większymi kosztami, przeprawą speed boatem, wyżywieniem - wyliczała nasza rozmówczyni. Jej i mężowi udało się cudem zarezerwować pokój na trzy dni w samym Male. - Stwierdziłam, że trudno, wolę stracić pieniądze, ale mieć gdzie przenocować, a nie koczować na lotnisku - przyznała, dodając, że stolica kraju to zurbanizowany teren.
Prawdziwy dramat przeżywają jednak ci, którym zabrakło miejsc w hotelach. - 13 Polaków, którzy podróżowali z rodzinami po Malediwach i mieli lecieć z nami, w ogóle noclegu nie znalazło. Szczęście okazało się takie, że łódka, na której byli, była wolna, bo kolejna grupa nie doleciała. Śpią na łódce przez najbliższe dwie doby - podkreślała z przejęciem turystka.
Zdesperowani Polacy i turyści z Europy zaczęli organizować się w sieci. - Założyliśmy grupę na WhatsAppie z taką myślą, żeby na własną rękę szukać dojścia gdzieś do czarterów, prywatnych lotów z Polski. Na tej grupie jest 150 do 200 osób - opisywała rozmówczyni WP.
Milczenie dyplomacji i oszustwa
W chwilach najcięższego kryzysu turyści zostali praktycznie pozostawieni sami sobie. Jak twierdzi Zofia Pietrzak, rejestracja w rządowym systemie Odyseusz nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. - Jedyny kontakt to konsulat, który najbliższy jest w Indiach, w New Delhi. Nikomu chyba nie udało się z nimi skontaktować. Dostaliśmy tylko SMS-a z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, żeby kontaktować się z przewoźnikami - żaliła się Wirtualnej Polsce turystka. Jej siostra usiłuje interweniować bezpośrednio w kraju. - Poszła notatka do MSZ przez konsulat. Ale czy dotarła? Nie wiem - zastanawiała się kobieta.
Brak informacji to pożywka dla paniki i internetowych naciągaczy. - Ceny lotów drastycznie rosną. Pojawiają się oszuści i oferty z bardzo dziwnych stron. Są ludzie z bardzo małymi dziećmi, są ludzie starsi, spanikowani, bardzo to przeżywają – alarmowała rozmówczyni WP.
Sytuacja wydaje się patowa, zwłaszcza że najwcześniejsze bezpieczne loty powrotne do głównych hubów w Europie (m.in. Frankfurtu czy Londynu) widnieją w systemach dopiero na połowę marca. - Nie wiemy, co robić. Czy kupować bilety za niemałe pieniądze, czy czekać na wznowienie lotów. Jesteśmy w bardzo kiepskiej sytuacji. Jest ogromny chaos - podsumowała dramatycznie Polka.
Przed publikacją artykułu próbowaliśmy dodzwonić się do rzecznika polskiego MSZ. Nie odebrał jednak od nas telefonu.
Mateusz Dolak, dziennikarz Wirtualnej Polski