Izrael poluje na irańskich wojskowych w Libanie. "Mogli siedzieć cicho"
Oficerowie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) oraz doradcy wojskowi Hezbollahu masowo opuszczają Bejrut. Jak podaje portal Axios, powodem jest obawa, że mogą stać się celem izraelskich ataków. - Doszło do dość absurdalnej sytuacji, w której to Hezbollah włączył się do wojny w sposób mało logiczny. Mogli siedzieć cicho - mówi WP Paweł Rakowski, ekspert ds. Bliskiego Wschodu.
Irańscy oficerowie byli w większości członkami elitarnych Sił Ghods i pracowali jako doradcy wojskowi Hezbollahu, mając znaczący wpływ na działania tej grupy. Irańskich oficerów, którzy pozostali w Libanie, wystraszył w szczególności wtorkowy komunikat Sił Obronnych Izraela, w którym IDF ostrzegło, że wojskowi będą "atakowani, gdziekolwiek się znajdują" - jeśli nie opuszczą kraju w ciągu 24 godzin.
Według izraelskich urzędników, kilkudziesięciu wojskowych z IRGC opuściło Liban. Niektórzy z nich pracowali w irańskiej ambasadzie w Bejrucie. Na miejscu pozostał niewielki kontyngent IRGC, by zapewnić obecność Sił Ghods i utrzymywać kontakty z Hezbollahem.
- Problem w tym, że irańscy oficerowie, doradcy wojskowi Hezbollahu, nie mają praktycznie, jak i gdzie uciekać. Gdyby się pojawili w Syrii, jest to dla nich jak wyrok śmierci. Zostaje im co najwyżej ponton i kierunek Cypr - zauważa Paweł Rakowski, autor książki "Nowy Bliski Wschód".
I jak dodaje, włączenie się do wojny Hezbollahu spowodowało bardzo dużą krytykę organizacji wewnątrz kraju, jeśli chodzi o władze Libanu.
- Były nadzieje, że będą siedzieć cicho. Tak, jak to miało miejsce w tamtym roku w wojnie czerwcowej. Dodatkowo pojawiają się doniesienia o rozłamie w samej organizacji - między pionem irańskim a libańskim, który chciałby przeżyć i funkcjonować, jeśli upadnie Islamska Republika Iranu - dodaje ekspert.
Jak twierdzi jeden z izraelskich urzędników, osłabione szeregi Hezbollahu nie chciały otwierać nowego frontu z Izraelem, ale ostatecznie 1 marca przyłączyły się do wojny pod silną presją Iranu. Organizacja oficjalnie przyznała się wtedy do wystrzelenia rakiet i dronów w stronę Izraela w odwecie za zabicie Najwyższego Przywódcy Iranu Alego Chameneiego.
W odpowiedzi Izrael poinformował, że zaatakował miejsca powiązane z libańską szyicką grupą zbrojną Hezbollah.
- Hezbollah popełnił błąd i zapłaci wysoką cenę. Uderzamy w głowę ośmiornicy w Iranie, a w tym samym czasie odcinamy również rękę Hezbollahu. Południowe przedmieścia Bejrutu będą niedługo przypominać Strefę Gazy - ostrzegł izraelski minister finansów Becalel Smotrich na nagraniu przy granicy izraelsko-libańskiej.
Wcześniej izraelska armia wezwała mieszkańców okolic libańskiej stolicy do ewakuacji, sugerując, że może tam dojść do bombardowań celów należących do Hezbollahu.
"Złowrogi głos"
Według Pawła Rakowskiego znamienne jest to, że Izrael domaga się, żeby ludność cywilna opuszczała południowy Liban. Wezwanie do ewakuacji zostało opublikowane przez izraelską armię już w środę. Wtedy teren ewakuacji objął niemal 8 proc. terytorium kraju.
- Złowrogo brzmi głos z izraelskiego rządu, że południowy Bejrut zamieni się w Gazę. Pamiętajmy o tym, że mimo zawieszenia broni z listopada 2024 r., Izrael ciągle bombardował terytorium Libanu. W wyniku tych ataków zginęło do tej pory ok. 400 przedstawicieli Hezbollahu. Natomiast włączenie się organizacji do wojny to już poważniejsza sytuacja - ocenia rozmówca Wirtualnej Polski.
Izrael chce wykorzystać okazję?
W jego ocenie Hezbollah sprowokował obecne działania Izraela w Libanie.
- To jest absurd całej sytuacji. Podczas ataków amerykańsko-izraelskich na Iran w czerwcu 2025 r. nie podjął żadnych działań. Organizacja jest osłabiona po wojnie z Izraelem, która miała miejsce dwa lata temu. Może to sprawić, że izraelska obecność potrwa tam dłużej - podkreśla rozmówca WP.
- I być może jak oni już wejdą do Libanu, to będą siedzieli tam kolejne 40 lat. Komu to potrzebne? Wygląda na to, że Izrael właściwie chce wykorzystać wojnę i okazję, która im się nadarzyła - wskazuje dalej Paweł Rakowski.
Zdaniem eksperta, obecność izraelska w Libanie plus obecność izraelska w Syrii, stworzy zupełnie inną rzeczywistość w realiach powojennych.
- Za jakiś czas wojna się zakończy. Byłoby dużym osiągnięciem, gdyby Hezbollah jako organizacja przestała istnieć przynajmniej w wymiarze militarnym. Mamy presję na organizację nie tylko ze strony Izraela, ale też od libańskich władz. To byłaby symbioza, między tym, co Izrael chce osiągnąć i co z perspektywy Libanu i Libańczyków jest też korzystne - puentuje Paweł Rakowski.
Ewakuacja Bejrutu
Libańskie władze przekazały w czwartek, że od rozpoczęcia w ubiegłą sobotę przez Izrael i USA wojny przeciwko Iranowi w Libanie zginęło co najmniej 77 osób. Wszystkie były ofiarami izraelskich ostrzałów domniemanych pozycji terrorystycznego ugrupowania Hezbollah, które jest sojusznikiem Iranu, a które stacjonuje w południowej części Libanu. Główny trzon organizacji ukrywa się w stolicy Libanu Bejrucie.
W czwartek armia izraelska nakazała mieszkańcom 4 południowych dzielnic natychmiastowe opuszczenie domów. Nakaz ewakuacji obejmuje ok. pół miliona ludzi. Także w czwartek zaczęły się izraelskie naloty na stolicę Libanu.
Uderzenia objęły południowe dzielnice Bejrutu. Celem stały się m.in. okolice pałacu prezydenckiego oraz bastiony sprzymierzonego z Iranem Hezbollahu.
Sylwester Ruszkiewicz, dziennikarz Wirtualnej Polski