Czarzasty ma nieoczekiwanego sojusznika. Mentzen podważa oskarżenia
Sławomir Mentzen wziął w obronę marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, któremu PiS zarzuca "wschodnie kontakty", w tym z obywatelką Rosji Swietłaną Czestnych. - Oni po prostu mają jakiś wspólny biznes - stwierdził lider Konfederacji, odnosząc się do Czarzastego i Rosjanki.
Sławomir Mentzen w Radiu ZET odniósł się do zaplanowanej na środę RBN, podczas której omawiane mają być - z punktu widzenia prezydenta i PiS-u - niepokojące kontakty Włodzimierza Czarzastego. Jak stwierdził lider Konfederacji, "nie jest to aż na tyle istotna sprawa, żeby Rada Bezpieczeństwa Narodowego miała się tym zajmować".
- Z tego co czytałem, oni po prostu mają jakiś tam wspólny biznes (Czarzasty i obywatelka Rosji Swietłana Czestnych) - rzucił. - Zresztą już od wielu lat nie wygląda to groźnie. A jeżeli jest to groźne, to raczej służby się powinny tym zająć, a nie politycy - kontynuował.
Ponadto stwierdził, że "z czysto politycznego punktu widzenia jest to niepotrzebne budowanie i pompowanie Czarzastego i całej Lewicy". Mentzen uznał przy tym, że RBN "to kompletna strata czasu".
Sam Czarzasty twierdzi, że nie ma sobie w tej sprawie nic do zarzucenia oraz że był w tym zakresie sprawdzany już przy innych okazjach. Sprawę Rosjanki tłumaczył m.in. w rozmowie z WP: poznał ją 20 lat temu przy okazji przejmowania przez wydawnictwo Muza (którym kierował) udziałów w hotelu w Spale. Rosjankę przedstawił mu znajomy profesor, wskazując, że jest ona w stanie ściągnąć z rosyjskich archiwów niepublikowane wcześniej zdjęcia pałacu w Spale. Efektem podjętej współpracy okazały się potem książki. wydane przez firmę Czarzastego. Rosjanka Swietłana Czestnych ma dziś też obywatelstwo polskie, wyszła za Polaka i bywa w hotelu, w którym udziały kupiła.
Mentzen staje w obronie Czarzastego
Następnie lider Konfederacji odniósł się do sporu Włodzimierza Czarzastego z ambasadorem USA w Polsce. W tej sprawie również wziął w obronę marszałka Sejmu.
- To, że posłowie to głąby i wybrali postkomunistów to jedno, ale to jest nasz postkomunista i żadni Amerykanie nie będą nam namówić, kto ma być marszałkiem polskiego Sejmu - powiedział.
Zapytany, czy Tom Rose powinien zostać wezwany "na dywanik" do MSZ, odparł, że "może by mu to pomogło". - Może ambasador znalazłby swoje miejsce w szeregu. Powinien wiedzieć, że nie powinien się interesować naszymi wewnętrznymi sprawami. Nie po to tutaj jest ambasadorem - powiedział.
- Cały czas słyszę, że Amerykanie będą nam wybierać marszałka Sejmu, albo że Amerykanie stoją za propozycją, żeby PSL z PiS-em obaliły ten rząd i powołali nowy rząd jeszcze w tej kadencji Sejmu. Czuję się nieswojo z tym, że jakieś obce państwo będzie wybierało nam rząd albo wybierało nam marszałka Sejmu - podkreślił.
Źródło: Radio ZET