Zabawy Kaczyńskiego z Ziobrą w tle [OPINIA]
Zostało ogłoszone urbi et orbi, że następnym prawicowym premierem, wskazanym przez prezesa PiS, musi być ktoś młody, najlepiej przed pięćdziesiątką. I co najmniej kilku polityków tej partii poczuło, że to o nich właśnie mowa - pisze w analizie dot. PiS dla Wirtualnej Polski prof. Marek Migalski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
W lecie 2009 roku, w kilka tygodni po objęciu przeze mnie mandatu europosła z listy PiS, Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu jednemu z polskich tabloidów, w którym powiedział, że być może kandydatem jego partii w wyborach prezydenckich w 2015 roku będę ja.
Prawdziwą intencją prezesa w wypowiedzeniu tych słów była de facto chęć upokorzenia Zbigniewa Ziobro, który wówczas był traktowany jako naturalny następca Kaczyńskiego i partyjny delfin, bo pytanie dziennikarza zawierało sugestię, że to właśnie dzisiejszy uciekinier w Budapeszcie będzie następcą w pałacu żyjącego jeszcze wówczas Lecha Kaczyńskiego.
Prezes PiS odpowiedział, że owszem, jest to ważny polityk, ale są także inni dobrze się zapowiadający i rokujący. W tym właśnie kontekście padło moje nazwisko. Moje, czyli kogoś, kto w polityce był wówczas od miesiąca. Głównym przekazem miało zatem być nie rzeczywiste wskazanie mnie jako przyszłej głowy państwa (Boże, chroń Polskę przed takim scenariuszem!), lecz przywołanie do porządku Ziobry, który usłyszał, że równie dobrze jak on, faworytem Kaczyńskiego może być ktoś tak wówczas nie liczący się w polityce, jak nowicjusz o nazwisku Migalski.
Testy lidera PiS
Oczywiście w mig pojąłem intencje prezesa i nie za bardzo przejmowałem się "obietnicą" prezesa (zresztą bardzo szybko nasze drogi zaczęły się rozchodzić i już rok później współtworzyłem PJN, partyjną alternatywę wobec PiS). A już na pewno nie stroiłem swej głowy z prezydencką koronę i nie odgrywałem wieczorami władczych spektakli przed lustrem. Bo ta wypowiedź Kaczyńskiego była zarówno świadomym uderzeniem w ambicje Ziobry, jak i testem dla mnie. Gdybym wówczas powiedział w jakimś wywiadzie, że cieszę się z opinii lidera ówczesnej opozycji i będę starał się jak najlepiej przygotowywać do roli głowy państwa, ośmieszyłbym się w oczach zarówno lidera PiS, jak i jego działaczy.
Dlaczego o tym piszę? Bo obecnie jesteśmy świadkami podobnego manewru ze strony Kaczyńskiego i zdaje się, że kilka osób nie trzyma ciśnienia. Oto bowiem zostało ogłoszone urbi et orbi, że następnym prawicowym premierem, wskazanym przez prezesa PiS, musi być ktoś młody, najlepiej przed pięćdziesiątką. I co najmniej kilku polityków tej partii poczuło, że to o nich właśnie mowa.
Udzielili wywiadów, docenili genialną strategię swego przywódcy, przybrali odpowiednie maski i miny. Oraz zaczęli spode łba patrzeć na konkurentów, innych "pięćdziesięciolatków minus". Bardzo to musi śmieszyć prezesa. A analityków dziwić – że ci ludzie nadal niczego się nie uczą i nie rozumieją zabaw, jakim lubi oddawać się Kaczyński. Radować musi go ogromnie ten spektakl.
Problemy Kaczyńskiego
Choć szczerze mówiąc Kaczyński wiele powodów do radości nie ma, o czym jakiś czas temu pisałem w Wirtualnej Polsce. Karol Nawrocki odebrał mu tytuł lidera prawicy, walki frakcyjne przestały być przez niego kontrolowane i wylewają się na zewnątrz w liczbie wcześniej niespotykanej, na prawo od PiS istnieje już nie tylko jedna partia, lecz dwie (chodzi o Konfederację Sławomira Mentzena oraz Konfederację Korony Polskiej Grzegorza Brauna), notowania jego partii są o kilka punktów procentowych niższe, niż były w wyborach 2023 roku (wówczas było to 35 proc., dzisiaj zdecydowanie poniżej 30 proc.).
Do tego doszedł problem ze wspominanym już byłym ministrem sprawiedliwości. Znalazł azyl polityczny na Węgrzech, ale ta sytuacja o ile jest kłopotem osobistym dla niego, o tyle staje się kłopotem wizerunkowym dla Kaczyńskiego. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że negatywnie tę ucieczkę ocenia ponad trzy czwarte Polek i Polaków, czyli także pewna część wyborców PiS.
A po drugie, i ważniejsze, sytuacja ta pokazuje opozycję jako bezsilną i bezradną wobec coraz twardszego rozliczania jej rządów. Jeśli wiceprezes PiS musi czmychać do Budapesztu przed "reżimem Tuska", to w oczach elektoratu zyskuje na tym…Tusk, a nie czmychający i jego przełożony. Bo ktoś na tym obrazku jest sprawczy i władczy, a ktoś uciekający i bojący się. A ludzie wolą raczej polityków mających moc, niż jej nie posiadających. To dziedzictwo naszej ewolucji człowieczej i przedczłowieczej – bardziej opłacalne było stawanie po stronie silniejszych w stadzie czy plemieniu, niż po stronie przegrywów.
Ten mechanizm tłumaczył zresztą przez długi czas popularność rządów PiS – wyborcy może i nie do końca akceptowali "reżim Kaczyńskiego", ale trochę się go obawiali, a trochę podziwiali. "Mają rozmach!" – chciało się wtedy mówić.
To skończyło się wraz z powrotem Tuska do Polski. Jego pierwszym zadaniem było tchnięcie odwagi i nadziei w serca jego zwolenników i odczarowanie PiS jako może i "bandy złodziei", ale za to "groźnych złodziei". Obecny premier w kampanii 2023 roku, ale także przed nią, dekonstruował ów image Kaczyńskiego i jego przybocznych, jakby chciał wszystkim powiedzieć: "popatrzcie, to ciamajdy i "tamtaramcie", a nie groźne zbóje". I udało się.
Ucieczka Ziobry do Budapesztu jest, jak napisałem, jego osobistym dramatem i być może początkiem jego politycznego końca (wszak jak można połączyć ten fakt z kreowanym przez niego obrazem siebie samego jako twardego szeryfa, z giwerą za paskiem?), ale także wizerunkowym problemem Kaczyńskiego jako kogoś, kogo podwładni muszą uciekać z kraju, bo ich boss nie może zapewnić im bezpieczeństwa.
I żadne zabawy w konkurs na młodego premiera w odwróceniu tej groźnej dla prezesa PiS narracji nie pomogą. Tu potrzeba czegoś o wiele poważniejszego i trafniejszego, niż stare i znane zabawy w napuszczaniu jednych polityków swej formacji na innych.
Dla Wirtualnej Polski Marek Migalski
Marek Migalski jest politologiem, prof. Uniwersytetu Śląskiego, byłym europosłem (2009-2014), wydał m.in. książki: "Koniec demokracji", "Parlament Antyeuropejski", "Nieudana rewolucja. Nieudana restauracja. Polska w latach 2005-2010", "Nieludzki ustrój", "Mgła emocje paradoksy", "Naród urojony".