Wyborcy mogą mieć większy problem niż Tusk z oddzieleniem Giertycha adwokata od Giertycha polityka [OPINIA]
Polski premier zapytany o ustalenia dziennikarzy WP ws. Romana Giertycha odpowiedział, że ma "poważniejsze sprawy na głowie". "Problemem dla premiera Donalda Tuska może być jednak to, że opinia publiczna niekoniecznie będzie potrafiła oddzielić grubą kreską aktywność Giertycha adwokata od aktywności Giertycha polityka" - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Premier Donald Tusk pytany o komentarz do ustaleń Szymona Jadczaka i Karoliny Wysoty na temat tego, jak Roman Giertych reprezentował Getin Noble Bank w postępowaniu, które wytoczyli tej instytucji frankowicze odpowiedział, że ma ważniejsze rzeczy na głowie, nie zajmuje się "praktyką adwokacką pana Giertycha", a interesuje go wyłącznie to, jak Giertych zachowuje się jako poseł.
Problemem dla premiera może jednak okazać się to, że opinia publiczna niekoniecznie będzie potrafiła oddzielić grubą kreską aktywność Giertycha adwokata od aktywności Giertycha polityka. Zwłaszcza że w sprawie, którą opisali Jadczak i Wysota, wielu wyborców KO będzie instynktownie utożsamiać się z frankowiczami nieskutecznie próbującymi odzyskać pieniądze od reprezentowanej przez Giertycha instytucji.
To nie kwestia prawa
Według ustaleń dwójki dziennikarzy, Giertych miał mieć umowę skonstruowaną w ten sposób, by jego kancelarii opłacało się maksymalne przeciąganie sprawy, a jedno z postępowań z frankowiczami miesiącami opóźniać miał bliski współpracownik Giertycha, Sebastian J., pseudonim "Foka". Sebastian J. przystępuje do jednego z postępowań po stronie skarżących bank frankowiczów jako interwenient uboczny – a więc teoretycznie po przeciwnej stronie niż Giertych - po czym swoim postępowaniem regularnie opóźnia prace sądu.
Giertych pytany przez WP o rolę "Foki" w postępowaniu odpowiedział, że nie konsultował z nim decyzji o złożeniu interwencji ubocznej, a gdy się o tym dowiedział, to uznał pomysł za chybiony. Nie mamy możliwości ustalić, jak było naprawdę, trybunał opinii publicznej może mieć jednak wątpliwości, czy takie tłumaczenie jest wiarygodne. A jeśli uzna, że nie, to stanie się to politycznym obciążeniem dla Giertycha i jego partii.
Obrońcy Giertycha argumentują, że reprezentując bank nie złamał prawa, a rolą adwokata jest to, by walczyć o interesy klienta wszystkimi środkami, na jakie prawo i zawodowa etyka pozwalają. To prawda, tylko społeczna ocena działań Giertycha może być negatywna także wtedy, jeśli nawet w pełni poruszał się w ramach prawa. Zachowanie, które uchodzi albo nawet budzi podziw u adwokata twardo walczącego o interes klienta czy przedsiębiorcy w granicach prawa ostro walczącego z konkurencją i starającego się wycisnąć maksimum z kontrahentów, zyskuje zupełnie inny wymiar, gdy taka osoba ubiega się o urząd publiczny lub go piastuje, może się wtedy stać obciążeniem. Można zastanawiać się, na ile racjonalne są takie emocje społeczne, ale zajmując się polityką nie można ich ignorować.
Tym bardziej że osoby stojące w opisywanym przez Jadczaka i Wysotę procesie po drugiej stronie niż Giertych - frankowicze, klasa średnia na dorobku, wchodząca na rynek pracy w pierwszej dekadzie XXI wieku - pokrywają się w dużej mierze z profilem demograficznym wyborców KO i innych partii koalicji rządzącej. Jakaś część wyborców KO, czytając artykuł z WP, z uznaniem skomentuje talenty Giertycha-adwokata – ale sporo może też czuć współczucie dla stojących po drugiej stronie frankowiczów.
Wróci pytanie o polityczne zyski z Giertycha?
Z drugiej strony przed negatywną reakcją opinii publicznej Giertycha chronić będzie dzieląca polskie życie publiczne polaryzacja i charakterystyczne dla niej mechanizmy, nakazujące wszystkim siłom politycznym w podobnych sytuacjach zwieranie szeregów, bagatelizowanie spraw, obronę osób, o których w mediach ukazują się potencjalnie kłopotliwe wizerunkowo informacje.
Donald Tusk mówiąc, że ma na głowie ważniejsze sprawy, liczy najwyraźniej na to, że w obliczu sporu o SAFE, nowej wojny w Zatoce Perskiej, możliwego konstytucyjnego kryzysu wokół zaprzysiężenia wybranych niedawno przez Sejm sędziów TK, opinia publiczna szybko zapomni o Giertychu i przeniesie swoją uwagę gdzie indziej.
Co jednak, jeśli tak się nie stanie? Jeśli sprawa opisana w artykule zacznie żyć swoim życiem w mediach społecznościowych i podgrzewana przez PiS i ich medialny ekosystem, kłopotać rząd? Wrócą wtedy pytania, które pojawiły się już w momencie, gdy Tusk ogłosił, że Giertych wystartuje z list KO w okręgu świętokrzyskim z ostatniego miejsca: czy Giertych w Koalicji Obywatelskiej przynosi więcej politycznych zysków czy strat temu ugrupowaniu.
Na pewno obecność polityka kiedyś będącego liderem najbardziej wysuniętej na prawo formacji w Polsce w coraz bardziej liberalnej KO, której wielu wyborców deklaruje wręcz lewicowe poglądy, niosła ze sobą ryzyko. Z drugiej strony, w czasach rządów PiS Giertych zbudował sobie pozycję jako jeden z ich czołowych krytyków, gromadząc istotną publiczność w swoich mediach społecznościowych - a i tradycyjne zawsze chętnie udzielały mu platformy.
Po wyborach stał się głosem tych wszystkich wyborców koalicji 15 października, którzy domagali się najbardziej zdecydowanych rozliczeń z PiS. W ich oczach bardzo znacząco przyczynił się do nagłośnienia nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości. Giertych skonsolidował też poparcie wśród najbardziej radykalnie antypisowskich wyborców KO tym, co mówił o "sfałszowanych wyborach" prezydenckich i konieczności przeliczenia głosów – choć można mieć wątpliwości, czy to była narracja przekonująca przeciętnego wyborcę koalicji i służąca jakości polskiego życia publicznego.
Pytanie, czy Giertych pomaga, czy szkodzi, od początku było i ciągle dziś jest dla KO bardzo trudne.
PiS sam pozbawił się tu ruchu
Teoretycznie sprawa opisana przez Jadczaka i Wysotę to wymarzony materiał dla PiS. Jest w niej znienawidzony wręcz przez tę partię polityk, przedstawiciel elit biznesowych i wymiar sprawiedliwości, którego działanie utrudnia osiągnięcie sprawiedliwego wyroku zwykłym ludziom. Przekonanie, że prawo w Polsce działa na korzyść najbogatszych i najsilniejszych i trzeba to zmienić, było czymś, co jeśli nawet nie tworzyło poparcia dla "reform" wymiaru sprawiedliwości z lat 2015-23, to przynajmniej impregnowało część Polaków na dyskurs obrony wolnych sądów.
Dziś jednak PiS tak skompromitował się bałaganem, jaki zostawił po sobie w sądach, że poza jego najwierniejszym elektoratem, ataki tej partii na Giertycha i "prawo dla silniejszych" będą brzmieć zupełnie głucho. Po ośmiu latach rządów Ziobry pozycja zwykłych ludzi nie tylko się widocznie nie poprawiła, ale też do wszystkich problemów sprzed 2015 roku doszedł problem z tym, czy nasz sędzia jest, czy nie jest neo-sędzią i czy z tego powodu korzystny dla nas wyrok nie zostanie uchylony.
Co oczywiście nie zmienia faktu, że PiS z kolejnej kontrowersji wokół Giertycha będzie się starał wycisnąć maksimum politycznego kapitału – choć także narrację opozycji w tej kwestii może za chwilę przysłonić na przykład nowy spór o TK.
Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek
Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu Filmweb. Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".