Ukraińska armia duchów. Z nią można byłoby powstrzymać Putina
Już blisko 2 mln Ukraińców w wieku poborowym figuruje jako osoby poszukiwane za uchylanie się od mobilizacji. Do tego dochodzi ok. 200 tys. żołnierzy, którzy formalnie widnieją w dokumentach jako nieobecni w jednostkach, czyli po prostu zdezerterowali. Kijów nie potrafi rozwiązać problemu, a od którego zależy utrzymanie frontu.
Na początku pełnoskalowej inwazji do armii masowo zgłaszali się dojrzali mężczyźni (często ojcowie rodzin), którzy czuli odpowiedzialność za kraj. To oni do dziś stanowią zresztą trzon wielu jednostek, bo przeciętny wiek żołnierzy na froncie to około 43–45 lat.
Przez długi czas obowiązywał zakaz mobilizowania mężczyzn poniżej 27 roku życia, chyba że byli ochotnikami lub mieli wcześniejsze doświadczenie wojskowe. Dopiero w kwietniu 2024 r. obniżono najniższy próg do 25 lat, a najwyższy podniesiono do lat 60. Z kolei w lutym 2025 r. wprowadzono roczne kontrakty dla ochotników w wieku 18–24 lat.
Powodem było nie tylko wykrwawianie się frontowych jednostek, ale również chęć oszczędzania młodszych pokoleń, co ma znaczenie dla powojennej demografii kraju.
Rozmowy pokojowe ws. Ukrainy? Ekspert: To teatr
Zmiany nie przyczyniły się jednak do utrzymania skali poboru, która zapewniłaby płynne uzupełnianie strat. Było to odczuwalne już dwa lata temu, a w rozpoczynającym się wkrótce piątym roku pełnoskalowej wojny z Rosją, stało się jednym z kluczowych problemów państwa.
Na początku 2026 r. ukraiński resort obrony podał, że blisko 2 mln mężczyzn w wieku poborowym figuruje jako osoby poszukiwane za uchylanie się od mobilizacji. Do tego dochodzi ok. 200 tys. żołnierzy, którzy formalnie widnieją w dokumentach jako nieobecni w jednostkach, czyli po prostu zdezerterowali.
Ukryci w miejskiej dżungli
Wbrew wyobrażeniom nie są to ludzie ukrywający się w lasach czy w jakichś improwizowanych kryjówkach. Najczęściej mieszkają w dużych miastach, takich jak Kijów, Dniepr, Odessa czy Charków. Paradoksalnie właśnie tam najłatwiej się ukryć. Duża liczba mieszkańców, anonimowość i przeciążone instytucje sprawiają, że państwo nie jest w stanie skutecznie dotrzeć do wszystkich.
Wielu mężczyzn ogranicza wyjścia z domu do minimum, unika transportu publicznego, centrów handlowych i miejsc, w których mogą pojawić się patrole komisji wojskowych. Pracują zdalnie albo dorywczo, często bez umów, żyjąc z oszczędności lub pomocy rodziny.
W miastach powstał też nieformalny system wzajemnego ostrzegania. W komunikatorach internetowych i mediach społecznościowych funkcjonują lokalne grupy, w których ludzie informują się o kontrolach dokumentów, o pojawieniu się żandarmerii w metrze, na dworcach czy w konkretnych dzielnicach.
W ten sposób wielu poborowych po prostu zniknęło z pola widzenia instytucji. Nie aktualizują danych, nie odbierają wezwań, nie pojawiają się w urzędach. Żyją w tym samym mieście, często w tym samym mieszkaniu, ale funkcjonują tak, by nie wchodzić w kontakt z państwem. To życie na pół gwizdka, bez normalnej pracy, bez planów na przyszłość, bez poczucia bezpieczeństwa.
Rozbudowana korupcja
Istotną rolę w całym procesie odgrywa korupcja. Ukraińskie służby regularnie informują o rozbijaniu kolejnych grup, u których za pieniądze można było uzyskać fałszywe zwolnienie medyczne, fikcyjne orzeczenie o niezdolności do służby albo dokument potwierdzający status studenta czy pracownika chronionego sektora. Ceny takich rozwiązań zaczynają się od kilku tysięcy dolarów i w bardziej rozbudowanych przypadkach sięgają kilkudziesięciu tysięcy. Dla wielu mieszkańców prowincji są to kwoty nieosiągalne. Pozostają jednak w zasięgu możliwości części klasy średniej w dużych miastach.
To prowadzi do wyraźnego podziału społecznego. W praktyce oznacza, że na front znacznie częściej trafiają ludzie biedniejsi, gorzej usytuowani, bez kontaktów i bez pieniędzy na obejście systemu. Ci, którzy mają środki lub odpowiednie znajomości, częściej znajdują sposób, by uniknąć mobilizacji albo odsunąć ją w czasie. Taki stan podkopuje poczucie sprawiedliwości i ma duży wpływ na morale, zarówno w społeczeństwie, jak i w samej armii.
Część mężczyzn decyduje się na najbardziej ryzykowny krok, czyli próbę opuszczenia kraju. Mimo formalnego zakazu wyjazdu dla mężczyzn w wieku poborowym regularnie ujawniane są przypadki nielegalnych przekroczeń granicy. Ludzie płacą przemytnikom, próbując przejść przez zieloną granicę albo posługują się fałszywymi dokumentami. Ryzyko zatrzymania, a nawet śmierci, jest wysokie, ale dla wielu perspektywa wojny wydaje się jeszcze gorsza.
Bezsilne państwo
Państwo reaguje głównie siłą i karami. Zwiększono grzywny, rozszerzono uprawnienia komisji wojskowych, nasilono kontrole w przestrzeni publicznej. Jednocześnie prowadzone są działania antykorupcyjne, które jednak nie zmieniają ogólnego obrazu. Dla dużej części społeczeństwa mobilizacja pozostaje procesem chaotycznym i nieprzewidywalnym, a wojna coraz częściej kojarzy się nie ze wspólnym wysiłkiem, lecz z nierówno rozłożonym ciężarem.
W efekcie Ukraina znalazła się w trudnym punkcie, bo unikanie poboru stało się elementem codzienności. To problem, którego nie da się rozwiązać samymi represjami ani kolejnymi zmianami przepisów, bo dotarł do takiego punktu, że władze stanęły pod ścianą.
Nie poradziły sobie ze skalą problemu, kiedy zmęczenie wojną nie było tak widoczne, a teraz wprowadzenie kolejnych ograniczeń i kar spotka się tylko z jeszcze większym oporem społecznym.
Prezydent Wołodymyr Zełenski nie chciał w 2023 r. zaostrzać prawa, choć armia to sugerowała. Wówczas bał się reakcji społeczeństwa i spadku poparcia. Teraz na reformę jest już za późno, a spadek poparcia i tak jest niemal pewny. Władze przespały odpowiedni moment.
Sławek Zagórski dla Wirtualnej Polski