Trwa ładowanie...
Ola i Michalina są pracowniczkami socjalnymi
Ola i Michalina są pracowniczkami socjalnymi (WP.PL)

Tylko nie ufaj za bardzo. Na rejonie zobaczysz wszystko

Otwierasz drzwi. Nie wiesz, co będzie za nimi. Mogą być agresywni, pijani rodzice, którym musisz odebrać dziecko. A może staruszka, która nakryła stół, czeka z herbatą. Trudno po tym wszystkim odpocząć, bo trzeba jechać do drugiej pracy. Groszowa pensja nie wystarcza.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Dwadzieścia osiem. Tyle lat ma Ola. "Na rejonie" od pięciu. Dwadzieścia siedem. Tyle Michalina. "Na rejonie" od niecałych trzech. Obie jako pracowniczki socjalne.

- Jesteśmy od wszystkiego - mówią.

Krzyki za ścianą? Ola jedzie wypytać sąsiadów. Staruszka nie żyje? Michalina czeka na karawan. Pan potrzebuje pracy? Ola pomoże. Matka przepija zasiłek? Michalina to sprawdzi. Rodzice biją dziecko? Ola je odbierze.

- Nie wyobrażamy sobie innej pracy - opowiadają. - Tylko z tej wracamy tak zmęczone i szczęśliwe.

Codziennie rano wchodzą do małego budynku ośrodka. Nie wiedzą, jakie tym razem dostaną zadanie.

Pani pracę załatwi

Zaczęło się od wątpliwości. Wkładały w coś całe serce, ale nie wychodziło nic. Jak na samym początku, kiedy Ola znalazła jednej z kobiet pracę. Sama jeździła do pracodawcy, rozmawiała, ręczyła za nią. I udało się, załatwiła jej pracę przy sprzątaniu.

Kobieta była samotną matką, dziecko chodziło do gimnazjum, czas nie był problemem. I tak miała pracować na pół etatu. Ola opowiadała jej, że tak będzie lepiej, że będzie miała dodatkowe pieniądze, że córkę na wakacje wyśle.

Nawet autobusy jej sprawdziła. Powiedziała, jak i o której dojechać. Tylko co z tego, skoro po trzech dniach odebrała telefon. Dzwonił zdenerwowany kierownik. Miał pretensje, że zabrała mu tyle czasu, wcisnęła nierzetelną osobę. Zaufał jej i wziął człowieka z marginesu.

- Dosłownie tak powiedział - wspomina. - Potem zrozumiałam, że poszłam za daleko, bo naszą rolą nie jest kogoś wyręczać.

Michalina też się rozczarowała. Zajęła się raz mężczyzną, który wyszedł z więzienia. Miała pomóc znaleźć mu pracę, odnaleźć się znów na wolności. Był uprzejmy, czarował, zawsze przychodził jak należy. Pracę też znalazł, nawet dobrze w niej rokował.

Ale wszyscy znajomi z ośrodka mówili jej, że on się nie zmienia. To nie pierwszy razy, gdy wychodzi na wolność. Za każdym razem była chwila spokoju, a potem powrót do picia. Michalina jednak wierzyła, że teraz nastąpił przełom. Bo może po tym wyroku się nauczył.

- Nie nauczył się - mówi.

Pił. Ale pił tak, że ona nic nie widziała. Żadnych butelek w mieszkaniu. Żadnego zapachu. Do czasu, bo potem ten uprzejmy pan zaczął jej grozić. Rzucać bluzgami. I od tamtego momentu wie, że musi ludziom wierzyć mniej.

Źródło: Agencja Gazeta

(Nie) każdemu da się pomóc

Słuchały na studiach wykładowców, którzy mówili o ideałach. O tym, że każdemu da się pomóc, wystarczy tylko chcieć. Muszą pamiętać, że nie wszyscy mieli taki start, jak one. Niektórzy nie mogą się tak uczyć, nawet czystych ubrań nie mają.

Opowiadali im o misji, którą w przyszłości będą mieć.

- O jednym zapomnieli nam powiedzieć - mówi Michalina. - Że świata nie zbawimy, choć byśmy bardzo chciały.

Niektórzy ich znajomi poszli pracować gdziekolwiek, do sklepów albo knajp. One zaczęły pracę w zawodzie. I to zaraz po studiach. Dwadzieścia parę lat, etat w ośrodku i na rejon. Pukać do drzwi, czasem w blokach, które wcześniej omijały szerokim łukiem.

- Wydawało się, że to cudowna praca - opowiada Ola. - Będę miała tyle czasu, żeby rozmawiać z ludźmi. Będę jakby urzędnikiem, ale nie przy biurku. Tylko przy czyimś stole.

Szybko okazało się, że wykłady to jedno, a rzeczywistość drugie. Bo rodzin dostała kilkadziesiąt, a do tego tonę papierów. Gdyby chciała porozmawiać z każdym o wszystkim, musiałaby wyrabiać drugi etat.

Tak ludzie żyją

Wyszły z ośrodka, zobaczyły, jak ludzie w ich mieście żyją. Wchodziły do ciasnych mieszkań, w których nie było nawet łazienek. Tylko wspólne, po jednej na piętro. Pukały do drzwi rozpadających się baraków, przeciskały przez zawalone śmieciami pokoje.

- Wtedy to był dla mnie szok - mówi Ola.

Raz dostały wezwanie w okolicy, gdzie stały same jednorodzinne, eleganckie domy. Dotarły pod wskazany adres i wiedziały, że to na pewno nie tam. Okazało się, że zmieniono numery ulic. Ktoś im powiedział, że za stawem i lasem jest jeszcze jeden dom. To pewnie ten.

Gdy wybiegły bezpańskie psy, wiedziały, że są blisko. Zobaczyły rozwalający się dom, weszły na zagracone podwórko. Widziały, że nie wszystkie okna miały szyby. Ściany wyglądały jakby ktoś pomalował je na czarno. Tak były osmolone od pieca. Przez podwórko szło się do wychodka, był w małej budce na zewnątrz.

Coraz rzadziej się dziwiły.

Źródło: Agencja Gazeta

Bieda, ale nie brud

Wchodząc do mieszkania musiały patrzeć, jaka jest droga ucieczki. Rzut oka, którędy do drzwi, czy da się przez okno. Zwracały uwagę, czy ktoś zamyka drzwi na zamek. Jeśli szczekał pies, kazały zamknąć go w drugim pokoju. Bo zdarzyło się, że kogoś pogryzł.

Gdy szły do matek, to prosiły, żeby pokazały, co kupiły dzieciom do jedzenia. Były wyczulone na wszystkie zapachy. Powtarzały im, że można żyć biednie, ale schludnie. Nie trzeba mieć góry pieniędzy, żeby utrzymać porządek.

- Czasami ludzie nie chcą z naszej pomocy korzystać - mówi Michalina. - Wolą żyć w urągających warunkach.

Raz weszły do malutkiego mieszkania. Rodzina wielodzietna, więc ciasnota nie do zniesienia. Była pora obiadowa, ale widziały, że na kuchence nic się nie gotuje. Wszędzie panował bałagan, matka chodziła w brudnych ubraniach.

- Mogłabym od ręki odebrać im pieniądze - opowiada Ola.

Miała sprawdzić, jak rodzina wydaje pieniądze ze świadczeń. Nie musiała długo pytać. Widziała, że półki z jedzeniem są puste. Ale postanowiła dać szansę. Powiedziała, że przyjdzie w przyszłym tygodniu.

Zapukała po czterech dniach. Tym razem pachniało świeżą farbą, odmalowane były i dziecięce pokoje, i kuchnia. Kobieta sama otwierała szafki, pokazywała, co kupiła. Pochwaliła się dziecięcymi bucikami z wyprzedaży.

- Pamiętam jak wyszłyśmy potem z klatki - wspomina. - Moja starsza koleżanka powiedziała, że nie wierzyła w nią. I się myliła.

Później dowiedziały się, że kobieta znalazła pracę. Dopiero postawiona pod ścianą zrozumiała, co musi w swoim życiu zmienić.

Źródło: Agencja Gazeta

Najgorszy dzień

Bywały dni, których nigdy nie zapomną. Michalina pamięta ten, gdy musiała odebrać rodzicom dziecko. Półtoraroczne. Za drzwiami byli pijani dorośli, w salonie staruszka z ręką na temblaku. Tylko ona była trzeźwa. Libacja trwała tam całą noc, przeciągnęła się do południa.

Weszły razem z policją. Matka stała się agresywna. Dostała szału. Policjanci musieli ją obezwładnić.

- Wtedy ci ludzie nie widzą winy w sobie. Widzą ją w nas. Dopiero potem przychodzi skrucha - opowiada.

Były we dwójkę, ona i koleżanka. Wybiegły stamtąd przerażone, z dzieckiem na rękach. Wciąż nie wiedziały, czy zrobiły dobrze. Wątpliwości śniły im się po nocach. Choć to nie była to tylko ich decyzja, ale kilku instytucji.

Dziecko przytuliło się do nich.

- On się tak przylepił - wspomina.

Dochodziła do siebie przez tydzień. Bała się, że matkę spotka potem na mieście. Nie wiedziała, co miałaby jej powiedzieć.

Źródło: WP.PL

Ola też odbierała dziecko. I to rodzinie, którą znała. Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Przyjmowała ich zawsze kawą i ciastkami, był porządek. Ale nie widziała, co działo się za zamkniętymi drzwiami. Był alkohol, była przemoc.

Pewnego dnia przyszedł faks. Wiadomość z sądu.

- To był paraliż - wspomina.

Nie wiedziała, jak ma jej to zrobić. Poszła razem z kierowniczką, zapukały do drzwi. Za pierwszym razem cisza. Matka wiedziała, po co do niej przyjdą. Też dostała pismo z sądu. Za drugim otworzyła. Powiedziała, że pismo podarła. Prosiły, żeby odbyło się to w ciszy, spokojnie. Dały czas, żeby spakowała dziecku rzeczy.

- Poszłyśmy po prostu się przejść - wspomina. - To wyglądało jak spacer z dzieckiem.

Zabrały dziecko prosto do placówki.

Ola spotkała matkę po roku. Zaczepiła ją na korytarzu w przychodni. Okazało się, że odzyskała dziecko. Poszła i na terapię rodzinną, i alkoholową. Znalazła pracę jako sprzątaczka. Powiedziała, że odbiór dziecka był dla niej nauczką.

Łzy cisną się do oczu

Nie raz łzy cisnęły im się do oczu, smutek mieszał z bezradnością. Michalina poznała raz niewidomego chłopaka. Usłyszała, że wzrok stracił w dzieciństwie, miał dwa lata. Wypadł z okna, gdy rodzice pili. Nie dopilnowali go. Wcześniej był zdrowym dzieckiem.

- Wystarczyło, żeby urodził się w innej rodzinie - wzdycha.

Potem poszła do mężczyzny, który mieszkał ze swoim chorym bratem. Słuchała, że zostawił swoje mieszkanie, swoją pracę, niemal całe swoje życie, żeby zająć się bratem. Płakał, gdy to wszystko opowiadał, a ona z nim.

- Czasami wychodzisz przytłoczony - opowiada. - Tak, jakby ktoś ci dziesięć kilogramów do plecaka wrzucił.

Do dzisiaj pamięta oczy tamtego chorego, bo widziała w nich śmierć. Wyszła i nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Tak jak Ola, gdy poszła do rodziny z ciężko chorym dzieckiem. Chłopiec miał zdeformowaną twarz, karmiony był sondą, tego wcześniej nie widziała.

- Musiałam wyjść. Zadzwoniłam do mamy i się popłakałam.

Tak po prostu

Mówią, że bez empatii w tym zawodzie się nie da. Tylko trzeba mięć ją pod kontrolą. Choć czasami nie potrafią nie zrobić czegoś, co wykracza ponad obowiązki. Ola miała podopiecznego, który chorował na raka. Lekarz zalecił mu, by pił dużo wody. Ale miał problem, żeby wnieść ciężkie baniaki do mieszkania.

- Stwierdziłam, że nie ma co czekać, wzięłam znajomego i pojechaliśmy do sklepu - opowiada Ola.

Był wtedy lipiec, najgorsze upały. Kupiła parę zgrzewek wody, trochę jedzenia. Zapłaciła swoją kartą.

- Znajomy nie mógł się nadziwić - wspomina.

A ona po prostu zrobiła przysługę. Potem wnieśli zakupy do mieszkania, a pan się popłakał. Jak przyszła parę dni później, czekał na nią tort.

- Napisał, że to dla jego Oleńki.

Zapytała, czemu jego dwie dorosłe córki nie pomagają. Myślała, że będzie się tłumaczył. Podopieczni zwykle chcą się wybielić. Ale on powiedział, że nie był dobrym ojcem. Tylko alkoholikiem.

Źródło: Archiwum prywatne

Zostają czasem po godzinach. Bo się ktoś rozgada, nie chcą mu przerywać. Wiedzą, że dla niektórych są pierwszą i ostatnia osobą, której mogą się zwierzyć. Samotni staruszkowie nie mają nikogo innego.

- Nie mam serca odmówić. Nawet jeśli słyszę piąty raz tę samą historię - mówi Michalina.

Wiedzą, że te osoby potrzebują rozmowy, zrozumienia. Gdy się spóźniają, widzą, jak wypatrują ich z okien. I wiedzą też, że wśród starszych są osoby, które wstydzą się o pomoc prosić. Wtedy dzwonią za nie sąsiadki.

- Jest im ciężko, ale będą ciułać. Emerytura siedemset złotych, kupią jedzenia tyle, co kot napłakał, a do nas nie przyjdą - mówi Ola.

Myślą, że to wstyd do ośrodka chodzić. Niektórzy przez ten wstyd rezygnowali z pomocy, która była im potrzebna.

Podopieczny świętej pamięci

Gdy tracą ze starszym podopiecznym kontakt, pojawia się niepokój. Michalina pamięta jedną staruszkę. Przychodziła do nich co miesiąc, zawsze w ten sam dzień. Ale raz się nie pojawiła. Pojechały do niej, nikt nie otwierał. Przez kolejne dni dalej cisza.

- To była osoba samotna, miała tylko nas - opowiada. - Zostawiła nam nawet list z życzeniami, co zrobić po jej śmierci.

Okazało się, że musiały ten list otworzyć. Pani cały czas leżała w mieszkaniu. Drzwi wyważyła straż, prokurator obejrzał ciało, policjanci zakończyli czynności. I zostały same z ciałem. Musiała czekać, aż przyjedzie karawan.

- Jeżeli nie ma osoby, która może kogoś pochować, to my wszystko załatwiamy - wtrąca Ola.

Muszą też być na pogrzebie. Sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Ale oprócz grabarzy, czasem księdza, trumny i ich, nie ma nikogo. Raz ksiądz spytał się Oli, jaki był człowiek, którego chowają. Ola nie wiedziała.

Źródło: WP.PL

Praca po pracy

Bywa, że po tym wszystkim nie mają czasu, aby odpocząć. Często muszą jechać do kolejnej pracy. Dorobić, bo zarabiają grosze. Tak robi Ola. Gdy ich kolega potrzebował pieniędzy, spał godzinę dziennie. Pracował na nocki, potem przychodził do ośrodka.

- Ludzie nam się dziwią - mówi Ola.

Dziwią, że im się chce. I podziwiają, bo sami nie daliby rady.

- Dlaczego warto? - Pytam.
- Opowiem na przykładzie - odpowiada Ola.

Miały raz ukraińską rodzinę. Pomagały jej na samym początku, zaraz po tym, jak przyjechali. Ale pewnego dnia odebrali telefon, że już nie potrzebują pomocy. Udało im się znaleźć pracę, poradzą sobie sami.

- Pani przyniosła wielką bombonierkę. Była taka szczęśliwa. Mówiła, że w pracy lody kręci - wspomina Ola. - To była piękna chwila.

Bo warto choćby dla pojedynczych osób, które przychodzą podziękować. Docenią to, co dla nich zrobiły. Bo państwo tak ich nie docenia.

Polub WP Wiadomości
d3852i0

Podziel się opinią

Share

Więcej tematów