Trump w Davos, czyli zamówcie mi już taksówkę [OPINIA]
Pigułka czerwona czy niebieska? Zdaje się, że nie mamy wyboru i musimy kontynuować podróż z Donaldem Trumpem w głąb króliczej nory - pisze dla Wirtualnej Polski po wydarzeniach w Davos Marek Magierowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Całe Davos, prezydenci i premierzy, globalne rynki finansowe, prezesi korporacji, ekonomiści oraz wszystkie media społecznościowe wpadły w euforię, gdy prezydent USA zapowiedział, że Ameryka jednak nie rozpocznie wojny z Danią.
Ameryka. Nie rozpocznie. Wojny. Z Danią.
Cofnijmy się o kilka lat i wyobraźmy sobie, że podczas miłej kolacji w gronie przyjaciół ktoś (nazwijmy owego "ktosia" Januszem) kreśli taki właśnie futurystyczny scenariusz.
Otóż Janusz, w tonie poważnej geopolitycznej prognozy, opowiada, iż na początku 2026 roku staniemy na progu konfliktu zbrojnego między Stanami Zjednoczonymi i Królestwem Danii. Między dwoma członkami NATO, dwoma bogatymi państwami Zachodu, o rozwiniętej gospodarce, szczycącymi się innowacjami technologicznymi, z ludnością - w większości - sytą, zadowoloną, a nawet szczęśliwą (jak w przypadku Duńczyków). I że miałaby to być wojna o Grenlandię, "ogromny kawał lodu", jak mówił w środę w swoim przemówieniu sam Trump, zamieszkały przez niespełna 60 tys. obywateli.
Dania wysyła wojska. Grenlandia dalej na celowniku Trumpa
Gawęda niczym z czasów wojen dynastycznych na Starym Kontynencie, gdy królowie wysyłali swoje kontyngenty tu i tam, za bardzo nie wiadomo, z jakich powodów. Albo wręcz przeciwnie: wiadomo, że w wyniku rodzinnych uraz, problemów w alkowie czy zwyczajnej, porannej zachcianki.
"Na szczęście w którymś momencie prezydent USA odstąpi od swoich planów" - ciągnie nasz przyjaciel. "Wojna nie wybuchnie, a świat odetchnie z ulgą".
Wszyscy biesiadnicy wysłuchaliby go uprzejmie w skupieniu. Następnie jeden z odważniejszych gości odezwałby się w te słowa: "Janusz, może zamówić Ci już taksówkę? Aha, i nie pij więcej".
Niekiedy powstaje wrażenie, iż w magiczny sposób przenieśliśmy się do Krainy Czarów Lewisa Carrolla i wturlaliśmy się właśnie do króliczej nory. Lecimy w dół, wszystko wokół się zmienia, nie wiemy, jaki będzie finał tej przygody. W "Matriksie" Laurence Fishburne, jako Morfeusz, składa ofertę Keanu Reevesowi (jako Neo): "Jeśli weźmiesz niebieską pigułkę, cała historia się tutaj zakończy. Obudzisz się we własnym łóżku i uwierzysz w to, w co sam zechcesz wierzyć. Jeśli połkniesz pigułkę czerwoną, zostaniesz w Krainie Czarów, a ja pokażę Ci, jak głęboko sięga królicza nora".
Nie ukrywam, kusząca jest perspektywa kontynuowania tej podróży. Czyli pigułka czerwona. Co jeszcze urodzi się w głowie Donalda Trumpa. Ile razy zmieni zdanie w tej czy innej sprawie. Kiedy po raz kolejny pomyli Grenlandię z Islandią (w Davos zdarzyło mu się to trzykrotnie). Jakie jeszcze kraje będzie chciał podbić lub przyłączyć do Stanów Zjednoczonych. O którym narodzie powie, że ma "niskie IQ" (to z kolei o Somalijczykach, także w Davos). Wreszcie, jak często będzie powtarzał, że "gdyby nie Ameryka, wszyscy mówilibyście po niemiecku"? (jak przypomniał swoim słuchaczom w… Szwajcarii).
Pozostańmy przy tym ostatnim wątku: w umyśle Trumpa historia ludzkości jest jednokolorowa: do 20 stycznia 2017 roku, daty jego pierwszej inauguracji, świat zawdzięczał wszystko Ameryce. Po tym dniu świat zawdzięcza wszystko jemu. Gdyby nie USA, wszyscy mówilibyśmy po niemiecku i japońsku. Gdyby nie USA, nie byłoby NATO. Gdyby nie Trump, wciąż trwałaby potyczka między Tajlandią i Kambodżą. Gdyby nie Trump, Ukraina już dawno skapitulowałaby przed Rosją. Gdyby nie Trump… etc., etc.
Równie nieskomplikowane jest jego wyobrażenie relacji międzynarodowych. To po prostu bezlitosna rywalizacja o najlepsze działki, położone w najlepszych dzielnicach, z najlepszymi zasobami.
Oczywiście, nie można mieć wszystkiego, czasami trzeba się podzielić z konkurentami. Amerykański prezydent najpierw wrzuca do internetu przerobione zdjęcie ze spotkania z europejskimi liderami w Gabinecie Owalnym, gdzie na gigantycznej mapie Grenlandia, Kanada i Wenezuela są oznaczone jako część Stanów Zjednoczonych. O samej "Grenlandii" mówi per "nasze terytorium". Ale tego samego dnia, nawiązując do sporu między Armenią a Azerbejdżanem, stwierdza, że to "terytorium Putina". Ciekaw jestem, kiedy usłyszymy z jego ust, że Tajwan, Japonia, Korea Południowa i Filipiny to "terytorium Xi Jinpinga".
Może usłyszymy, może nie. A może po prostu zamówcie mi już taksówkę.