Trump – reżyser polskiej polityki [OPINIA]
Donald Trump wpływa na nasze życie polityczne – to zewnętrzne i to wewnętrzne - pisze dla Wirtualnej Polski prof. Marek Migalski.
W tym pierwszym przypadku jego modus operandi - oparty na sile, relacjach unilateralnych, dobrych relacjach z Rosją, słabości do innych dyktatorów, niechęci do Unii Europejskiej, lekceważeniu znaczenia więzi euroatlantyckich, kierowaniu się sympatiami i antypatiami osobistymi w kontaktach z innymi państwami - wyraźnie zagraża bezpieczeństwu Polski.
Trudno nie dostrzec, że amerykański przywódca - który grozi atakiem na natowskiego sojusznika, poważnie rozważa włączenie do Stanów Zjednoczonych Kanady, wyraża się z pogardą o Europie, uzależnia pomoc w ramach art. 5 ATO od tego, czy dany kraj płaci odpowiednio wysokie stawki do wspólnego budżetu, wypowiada się lekceważąco o instytucjach międzynarodowych, natomiast z podziwem o Putinie - że ten przywódca jest zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa.
Polska jest za małym krajem, by móc wziąć udział w koncercie mocarstw, który jest marzeniem Trumpa. Może w nim odgrywać co najwyżej rolę drugiego skrzypka lub puzonisty, nigdy zaś zaproszonego gościa. Nasze państwo czerpie zyski z obowiązywania prawa międzynarodowego, trwałości i poszanowania obecnych granic, jedności UE i NATO, czyli z tego wszystkiego, czym gardzi lokator Białego Domu. Na razie jesteśmy jego pupilami, ale może się to szybko skończyć, gdy tylko ten niedojrzały emocjonalnie i intelektualnie człowiek zmieni o nas zdanie pod wpływem kaprysu lub... spinu podpowiedzianego mu przez rosyjskiego satrapę.
Uzależnieni od Trumpa
Ale Trump wpływa także na naszą wewnętrzną politykę. Dzieje się tak dlatego, że główni aktorzy na rodzimej partyjnej scenie podzielili się rolami w odniesieniu do niego i z uporem maniaka odgrywają je bez względu na to, co amerykański prezydent wyprawia. PiS chwali go za wszystko i na każdym kroku. Stało się zakładnikiem manifestacji swej radości z wybrania Trumpa ponownie na prezydenta USA, kiedy to w Sejmie zgotowało mu z tego powodu standing ovation. Od tamtej pory politycy głównej partii opozycyjnej za każdym razem, gdy tylko nadarza się taka okazja, wyrażają swoje ochy i achy nad posunięciami Trumpa.
To może w dłuższej perspektywie się opłacać, bo duża część naszego społeczeństwa jest ślepo proamerykańska, a także konserwatywna. Tej pierwszej podoba się po prostu wszystko, co przychodzi zza oceanu, a tej drugiej ataki obecnej administracji amerykańskiej na polityczną poprawność, programy afirmatywne, standardy polityki gender itp.
Z kolei Donald Tusk nie traci żadnej okazji, by w swego imiennika wbić szpilkę lub nawet kołek. Stał się jednym z najważniejszych przywódców europejskich, którzy obnoszą się ze swoim antytrumpizmem. Pewnie dlatego drzwi Białego Domu są dla niego zamknięte i jest wykluczany z rozmów unijnych liderów z Trumpem. Chyba nie za bardzo mu to przeszkadza, bo w zamian zyskuje poparcie tych Polek i Polaków, którzy nie mogą znieść języka oraz konkretnych działań obecnej administracji amerykańskiej w odniesieniu tyleż do prowadzonej przez nią polityki międzynarodowej, ile do działań wewnątrz kraju w stosunku do kobiet, imigrantów, osób trans, itp.
W jakimś sensie PO i PiS uzależniły się od stałego poparcia lub krytyki Trumpa. Może to mieć dalekosiężne skutki w naszej polityce, bowiem od sukcesów lub porażek amerykańskiego prezydenta będą uzależnione sukcesy i porażki partii Tuska i Kaczyńskiego.
Wpływ Trumpa na polską scenę polityczną
Na przykład w sprawie wojny w Ukrainie. Nie da się wykluczyć, że spadki notowań PiS, które widzimy w ostatnich miesiącach, są związane z nieporadnością lokatora Białego Domu w zakończeniu tego konfliktu, a może nawet konkretniej – w jego dziwnej słabości do Putina. Wszyscy przecież widzimy, z jaką uprzejmością się do niego odnosi, zwłaszcza jeśli zestawimy to z brutalnością, z jaką traktuje ukraińskiego przywódcę. W Polsce sympatia społeczna zdecydowania jest po stronie Ukrainy, a nie Rosji, więc być może PiS traci w sondażach właśnie dlatego, że jest postrzegane jako partia "miłośników miłośnika" Putina. Z kolei wzrosty notowań KO mogą być konsekwencją wyraźnej antytrumpowej retoryki Tuska.
Co jednak się stanie, jeśli Trumpowi uda się ostatecznie doprowadzić do zawarcia pokoju w tej strasznej wojnie i do historii przejdą zdjęcia, na których Zełenski i Putin podają sobie dłonie, a między nimi stoi uśmiechnięty od ucha do ucha amerykański prezydent, który błogosławi obu stronom? Czy wówczas sympatie Polaków nie mogą odwrócić się ku partii, która od początku zachwycała się obecnym lokatorem Białego Domu i której członkowie, łącznie z prezesem, nosili na głowach czerwone czapki z napisem "Make America Great Again"?
Jak widać, Trump nie tylko wpływa na bezpieczeństwo naszego kraju (w mojej opinii negatywnie), ale jego działania mogą także skutkować zmianami na rodzimej scenie partyjnej. Na chwilę obecną zyskuje na tym obecny rząd, ale nie da się przewidzieć, czy w przyszłości nie okaże się, że działania amerykańskiego przywódcy będą pomagać PiS i Karolowi Nawrockiemu. Tak oto nasza wewnętrzna scena polityczna uzależniła się w pewnej mierze od amerykańskiego reżysera.
Dla Wirtualnej Polski Marek Migalski
Przypis od redakcji:
Jarosław Kaczyński poparł przystąpienie Polski do tzw. Rady Pokoju, łącząc to bezpośrednio z koniecznością wniesienia wkładu w wysokości 1 mld dolarów. Prezes PiS argumentuje, że taki wydatek jest uzasadniony, aby Polska nie wchodziła do sojuszu z pozycji "państwa biednego", a obecność w Radzie jest kluczowa dla utrzymania jak najlepszych relacji ze Stanami Zjednoczonymi.
*Marek Migalski jest politologiem, prof. Uniwersytetu Śląskiego, byłym europosłem (2009-2014), wydał m.in. książki: "Koniec demokracji", "Parlament Antyeuropejski", "Nieudana rewolucja. Nieudana restauracja. Polska w latach 2005-2010", "Nieludzki ustrój", "Mgła emocje paradoksy", "Naród urojony".