Trump groził Iranowi, potem się wycofał. "Bardzo dużo ryzykuje"
Donald Trump postawił w weekend Iranowi ultimatum: 48 godzin na pełne otwarcie Cieśniny Ormuz. W przeciwnym razie USA mają uderzyć w irańską infrastrukturę energetyczną. W poniedziałek dał jeszcze dodatkowe pięć dni. Eksperci, z którymi rozmawiała Wirtualna Polska, oceniają, że realizacja groźby prezydenta USA oznaczałaby eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie.
- Donald Trump cofnął swoje ultimatum wobec Iranu. Zamiast uderzyć po 48 godzinach, dał Teheranowi dodatkowe pięć dni na odblokowanie Cieśniny Ormuz. Nowy termin upływa w sobotę 29 marca.
- Nagłe zmiany zdania Donalda Trumpa nikogo w Waszyngtonie już nie zaskakują. Od początku konfliktu na Bliskim Wschodzie prezydent USA wielokrotnie przeskakiwał między groźbami a deklaracjami zwycięstwa - w ubiegły czwartek ogłosił, że wojna jest praktycznie wygrana, w sobotę postawił ultimatum z groźbą zniszczenia elektrowni, a w poniedziałek cofnął się i dał Iranowi dodatkowe pięć dni. Ten schemat powtarza się nie tylko wobec Iranu.
- Trump w podobny sposób stawiał ultimata w sprawie ceł, Grenlandii czy wojny w Ukrainie, za każdym razem zostawiając sobie furtkę do wycofania. Eksperci oceniają, że nagła zmiana planów obnażyła brak spójnej strategii USA wobec Iranu. Zdaniem gen. Stanisława Kozieja Trump ryzykuje utratę wiarygodności - zarówno wobec sojuszników, jak i przeciwników.
Prezydent USA Donald Trump w sobotę wieczorem zagroził zniszczeniem irańskich elektrowni, jeśli Teheran nie odblokuje cieśniny Ormuz. "Jeśli Iran nie otworzy całkowicie, bez żadnych gróźb, cieśniny Ormuz w ciągu 48 godzin (...) Stany Zjednoczone Ameryki zniszczą jego różne elektrownie, zaczynając od największej!" - napisał na platformie Truth Social. Z jego wpisu wynikało, że wyznaczony termin upływał tuż przed 1 w nocy czasu polskiego z poniedziałku na wtorek.
Ale do uderzenia nie doszło i nie dojdzie. W poniedziałek Trump poinformował, że w weekend przeprowadzono "produktywne rozmowy" z Iranem i ogłosił wstrzymanie wszelkich ataków na irańską infrastrukturę energetyczną na pięć dni. To oznacza, że nowy termin ultimatum upływa w sobotę 29 marca. Pytanie brzmi: czy tym razem Trump pójdzie na całość, czy - jak wielokrotnie wcześniej - znajdzie sobie furtkę?
"Cieszę się, że Stany Zjednoczone Ameryki i kraj Iran mają w ciągu ostatnich dwóch dni bardzo dobre i produktywne rozmowy dotyczące całkowitego i całkowitego rozwiązania naszych wrogów na Bliskim Wschodzie" - napisał Trump na platformie Truth Social (wpis opublikowany wielkimi literami, pisownia oryginalna - przyp. red.).
Iran odpowiada groźbami
Na pierwsze słowa Trumpa szybko zareagowały władze Iranu. Zapowiedziały, że w przypadku realizacji gróźb przez USA odpowiedzą atakami na infrastrukturę energetyczną, informatyczną i instalacje odsalania wody należące do Stanów Zjednoczonych i Izraela w regionie.
Tyle że irańska wersja wydarzeń jest zupełnie inna. Irańskie MSZ, na które powołują się irańskie media, zaprzecza jakiemukolwiek dialogowi Teheranu z Waszyngtonem. Z kolei agencja Fars, powiązana z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej, cytując anonimowe źródło, przekazała, że nie doszło do "żadnego bezpośredniego ani pośredniego kontaktu" między Iranem a USA. Według tego źródła Trump wycofał się po tym, jak dowiedział się o irańskich planach uderzenia w elektrownie w regionie.
Irańskie MSZ zaprzecza jakiemukolwiek dialogowi Teheranu z Waszyngtonem.
Eksperci, z którymi rozmawiała Wirtualna Polska, są sceptyczni wobec całej strategii Trumpa. Ich zdaniem samo postawienie ultimatum na tak wysokim szczeblu, a potem cofnięcie go w ciągu dwóch dni, obnażyło brak spójnego planu wobec Iranu. Poniedziałkowe przedłużenie terminu o pięć dni - zamiast realizacji groźby - jest tego najlepszym dowodem. Zdaniem gen. Stanisława Kozieja, byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, mamy do czynienia z ryzykowną grą, w której Trump może stracić więcej niż zyska.
Zdaniem gen. Kozieja to nietypowe ultimatum jak na głowę państwa operującą na tak wysokim poziomie strategicznym.
- To ultimatum strategiczne przez duże "S". Nie jestem przekonany, czy to dobra metoda. Donald Trump ryzykuje bardzo dużo. Jeśli zrealizowałby swoje warunki, wojna mogłaby niebezpiecznie eskalować, a to uderzyłoby przede wszystkim w amerykańskich sojuszników w regionie i popsuło całą politykę Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie - mówi Wirtualnej Polsce gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
W jego ocenie nie jest to najlepsza metoda.
- Realizując groźbę, utraci prestiż i wiarygodność w wielu innych sprawach strategicznych - podkreśla gen. Stanisław Koziej.
"To może być takie salomonowe rozwiązanie"
Były szef BBN nie za bardzo rozumie, dlaczego prezydent Trump zagrał "va banque". - Nie sądzę, żeby takimi działaniami rozwiązał problem Cieśniny Ormuz - uważa gen. Stanisław Koziej.
Z kolei, jak przypomina Piotr Szymański z Ośrodka Studiów Wschodnich, Trump już wielokrotnie stawiał ultimatum różnym państwom i zawsze sobie jakąś furtkę zostawiał. I tak samo jest tym razem. Gdy ultimatum miało wygasnąć, prezydent USA po prostu ogłosił przerwę na "konstruktywne rozmowy".
- Mieliśmy groźby nałożenia ceł na państwa, które wysłały żołnierzy na Grenlandię. Mieliśmy stawianie warunków Rosji, przy okazji wojny w Ukrainie. Patrząc na jego politykę, taki margines na zmianę zdania zawsze był obecny. W tym przypadku nawet Izrael mu podpowiadał, żeby nie wdrożył ultimatum w życie. Jakby nie patrzeć, jest to kraj najbardziej narażony na irańskie ataki i odwet w takim wypadku - mówi Wirtualnej Polsce Piotr Szymański, analityk w Zespole Bezpieczeństwa i Obronności OSW.
Trump od lat stosuje tę samą metodę - podbija stawkę do poziomu, przy którym przeciwnik (i reszta świata) zaczyna wierzyć, że jest gotów na wszystko, a potem w ostatniej chwili oferuje "deal". Tak było z Koreą Północną, gdzie po groźbach "ognia i furii" przyszły uściski z Kim Dzong Unem. Tak było z wojnami celnymi, w których astronomiczne taryfy służyły za punkt wyjścia do negocjacji. Tak jest teraz z Iranem - 48 godzin zamieniło się w pięć dni, a "produktywne rozmowy" zastąpiły groźbę zniszczenia elektrowni.
Trump skorzysta z furtki?
- I dlatego ciężko na tym etapie wyciągać daleko idące wnioski. Oczywiście, że strasząc Teheran, próbuje wpłynąć i ustabilizować ceny ropy na giełdach. Czy to, co robi teraz prezydent USA, jest częścią większego planu konsekwentnie realizowanego przez Stany Zjednoczone? Czy też wielu rzeczy nie przewidział i mamy do czynienia z zarządzaniem kryzysowym? Trudno ocenić, ale byłbym skłonny bardziej wierzyć, że do realizacji ultimatum nie dojdzie. A Trump wyjdzie z tego, korzystając z kolejnej furtki, którą sobie wymyśli - komentuje Piotr Szymański.
Przypomnijmy, że prezydent USA wielokrotnie wcześniej groził zniszczeniem irańskich elektrowni - w tym elektrowni jądrowej - twierdząc, że w ten sposób w ciągu godziny mógłby spowodować takie zniszczenia, że kraj nie byłby się w stanie z tego podnieść. Trump zaznaczał jednak wówczas, że jest "miły" i tego nie robi.
- Mógłbym to zrobić w ciągu najbliższej godziny. Czytalibyście o likwidacji elektrowni jądrowych lub elektrowni, które wytwarzają prąd, które wytwarzają wodę. Wszędzie są odsalarki - mówił w wywiadzie w ubiegłym tygodniu w Fox News.
Iran zrealizuje odwet?
Jeśli rozmowy nie przyniosą przełomu, a ultimatum zostanie zrealizowane, Stany Zjednoczone rozpoczną ataki od największej elektrowni gazowej w Demawendzie. Z kolei ambasador USA przy ONZ, Michael Waltz, nie wykluczył ataków na elektrownię jądrową w Buszehrze, choć zastrzegał, że celem ma być jedynie infrastruktura wojskowa.
We wcześniejszej odpowiedzi na wpis Trumpa irańskie władze zapowiedziały, że jeśli USA spełnią groźby, Iran odpowie atakami na wszelkie obiekty infrastruktury energetycznej, informatycznej i odsalarki należące do USA i Izraela w regionie.
"Krytyczna infrastruktura energetyczna i rafinerie będą uznane za uzasadnione cele natychmiast po atakach na irańskie elektrownie i infrastrukturę" - napisał przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf na portalu X. Dodał, że obiekty te zostaną "nieodwracalnie zniszczone".
Iran nie poprzestaje na ogólnych groźbach - Teheran opublikował konkretne listy celów odwetowych. Powiązana z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej agencja Tasnim wskazała pięć obiektów energetycznych w krajach Zatoki Perskiej, które miałyby zostać zaatakowane w odwecie: rafinerię SAMREF i kompleks petrochemiczny Jubail w Arabii Saudyjskiej, złoże gazowe Al Hosn w Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz rafinerię Ras Laffan i kompleks petrochemiczny Mesaieed w Katarze.
Osobna lista obejmuje infrastrukturę technologiczną - centra danych i biura amerykańskich gigantów: Google, Microsoft, Palantir, IBM, Nvidia i Oracle, zlokalizowane w Izraelu i państwach Zatoki. Tasnim opisała je jako "nowe cele Iranu", argumentując, że ich technologia jest wykorzystywana do celów wojskowych. To oznacza, że w razie eskalacji Iran zamierza uderzyć nie tylko w tradycyjną infrastrukturę energetyczną, ale też w cyfrowe zaplecze amerykańskiej obecności w regionie.
Iran blokuje ruch przez kluczową dla transportu ropy naftowej cieśninę Ormuz w odpowiedzi na ataki USA i Izraela, które rozpoczęły się 28 lutego. Irańskie siły zbrojne wielokrotnie uderzały w statki przemieszczające się przez cieśninę, powodując ograniczenie żeglugi i wzrost cen ropy na światowych rynkach.
Nowy termin ultimatum upływa w sobotę 29 marca. Jeśli Trump ponownie się wycofa, potwierdzi to schemat, który eksperci opisują od lat - groźby służą negocjacjom, nie działaniu. Ale jeśli tym razem pójdzie na całość, konsekwencje odczuje cały region: od rafinerii w Arabii Saudyjskiej po centra danych w Izraelu. Lista irańskich celów odwetowych jest już gotowa.
Sylwester Ruszkiewicz, dziennikarz Wirtualnej Polski