Sikorski postawił na umiar zamiast "kodziarstwa" [OPINIA]
Niewykluczone, że najważniejszym elementem sejmowego expose wicepremiera Radosława Sikorskiego było powstrzymanie się od eskalowania sporu z opozycją i prezydentem. Jeśli mamy za kilka lat iść na wojnę – a wierzę, że analiza Sikorskiego jest trafna i mojemu pokoleniu oraz moim synom przyjdzie walczyć o nasze granice – taką zmianę tonu trzeba docenić.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Szef MSZ nie jest politykiem pozbawionym temperamentu. Nie gryzie się w język, gdy opowiada o swoich przeciwnikach. Tym razem było inaczej. Wyraźne zaznaczenie krytycznego momentu, w jakim znalazła się Polska (szaleństwo supermocarstwa – USA i filozofia wiecznej wojny realizowana przez Władimira Putina) dało mu papiery, by szukać drogi rozsądku, a nie KODziarskiej krzykliwości.
Nie zabrakło przy tym pewnych manipulacji. Wzywając do jedności poza granicami kraju szef dyplomacji zapomniał o tym, jak premier Donald Tusk traktował podczas swoich wizyt część ambasadorów, którzy zostali wysłani na placówki za poprzedniej władzy. Nie wspominał o tym, że na spotkania ze - sprawującym urząd do ubiegłego roku - prezydentem Rumunii Klausem Iohannisem nie zabierał byłego szefa BBN, a obecnie ambasadora w Bukareszcie Pawła Solocha. Nie wspomniał też o tym, jak pod Hradczanami swoje musiał odstać ambasador Mateusz Gniazdowski. O spotkaniach w Ukrainie z Wołodymyrem Zełenskim, na których nie było szefa placówki Jarosława Guzego, nie warto nawet wspominać.
Emocje w Sejmie po expose. Posłowie opozycji bez litości dla Sikorskiego
Jeśli szef MSZ chce uczyć jedności, musi być precyzyjny. Obie strony w tej małostkowej grze zachowują się niepoważnie. Nie tylko prezydent Karol Nawrocki deprecjonując Bogdana Klicha w USA. Również Donald Tusk jest mistrzem dawania partnerom zagranicznym do zrozumienia, że polscy dyplomaci są nieważni.
To jednak tylko szczegóły. Szef MSZ i wicepremier przygotował expose naprawdę dobrze. Jest w nim wszystko, co najważniejsze. Nie mogło być zresztą inaczej. Radosław Sikorski jest najdłużej urzędującym szefem dyplomacji w najnowszej historii Polski. I człowiekiem o ogromnym zasobie pamięci instytucjonalnej na temat kluczowych dla polskiego bezpieczeństwa spraw. To on przygotowywał wraz z Carlem Bildtem Partnerstwo Wschodnie. W dużej mierze za jego sprawą do przodu była pchana umowa stowarzyszeniowa Ukrainy z Unią Europejską w czasach rządów Wiktora Janukowycza. Tak, aby wyprzedzić Rosję i nie dać wciągnąć tego kleptokraty w "krugową porukę" - zmowę posowieckich satrapów, dla których narzędziem sprawowania władzy jest przemoc.
To w końcu Sikorski odegrał kluczową rolę podczas Majdanu 2014. Najpierw zorganizował misję unijnych ministrów, aby rozmiękczyć stanowisko Janukowycza wobec protestujących, a później przekonał władze Majdanu do zaakceptowania wypracowanych rozwiązań. Jego słowa "wszyscy zginiecie" rzucone do liderów protestu do dziś są przedmiotem manipulacji i mają wskazywać na złe intencje. Rzeczywistość była jednak bardziej złożona.
To tylko kilka przykładów wydarzeń, które pozycjonują Sikorskiego w gronie osób, które linearnie potrafią odtworzyć logikę polityki Rosji wobec najbliższych sąsiadów. I kompleksowo zrozumieć, jak złożona jest natura wyzwań dla polskiego bezpieczeństwa.
Ta wiedza znalazła swój wymiar w expose. Sikorski słusznie zauważa, że nie możemy być frajerami w stosunkach z USA. Były wiceszef MSZ Paweł Jabłoński słusznie dodaje, że nie możemy być frajerami wobec nikogo. Wicepremier i szef MSZ trafnie definiuje konieczność zachowania wsparcia dla Ukrainy i – rytualnie – cytuje Jerzego Giedroycia. Słuszne są również tezy zaczerpnięte z raportów wywiadowczych państw zachodnich dotyczące rosyjskich przygotowań do wojny.
Nie ma sensu żyć w wyparciu. Rosja nas najpewniej zaatakuje. Musimy być do tego przygotowani, okazać siłę i wygrać.
Równie trafne są oceny Unii Europejskiej. To pracowitość Polaków i warunki, jakie stwarza Wspólnota, pozwoliły nam stać się dwudziestą gospodarką świata.
Wszystko to prawda. Tylko co dalej? Jaka jest odpowiedź na te wyzwania? Tego w expose zabrakło. Jeśli USA zwariowały, to jak kształtować te stosunki, aby nie być frajerem? Jak sprawić, aby w relacjach z Waszyngtonem mieć choćby pełnego ambasadora, a nie kierownika, którym dziś jest Bogdan Klich? Minister wspomniał o konferencji poświęconej odbudowie Ukrainy, która pod koniec czerwca odbędzie się w Gdańsku. Ale nie powiedział, jak opracować ścieżkę dla wejścia polskiego biznesu do tego kraju. Wciąż jesteśmy w Ukrainie szczątkowo. A nasz trudny sąsiad na każdą próbę mówienia o chęci wejścia Polaków do gry, odpowiada symetrycznym: "ale my też w zamian chcemy wejść do Polski i na jednolity rynek UE".
I na tak postawiony dylemat słowa Giedroycia już nie wystarczą. Jest tak, jak mówi Sikorski: "Polska pozostaje bramą do inwestycji w tym kraju (w Ukrainie – red.)". Problem tylko w tym, że przez tę bramę nie przechodzi póki co polski inwestor. Zamiast próby odpowiedzi na pytanie, jak sprawić, by w Ukrainie zarobić, usłyszeliśmy krótki wykład o korzyściach z diaspory ukraińskiej w Polsce, która tu pracuje i dokłada się do PKB.
To wszystko prawda, ale z drugiej strony pracując, płacąc podatki i budując polskie PKB nikt tu nam łaski nie robi. Tak, jak Polacy w Wielkiej Brytanii nie robią łaski królestwu swoją obecnością. Jeśli ktoś chce dobrze żyć w porządnym państwie, jakim jest Polska, i korzystać z jej dóbr, to musi pracować, płacić podatki i dokładać się do PKB. Nic w tym nadzwyczajnego. Alternatywą jest wyjazd dalej na Zachód lub powrót do Ukrainy. Z jakichś powodów niewielu jednak się na to decyduje.
Również obecna w sejmowej sali ukraińska aktywistka Natalia Panczenko nie wydobywa z Polaków dobra, jak stwierdził minister. Bo Polacy są po prostu dobrzy od początku wojny i chętnie pomagają Ukraińcom. O czym czasami zdaje się zapominać część zarówno diaspory, która "przyklepuje" im cechy szmalcowników, ruskich onuc i botów, ewentualnie faszystów, jak i przywództwa politycznego Ukrainy, które swego czasu wrzuciło polskiego prezydenta do jednego wora z Putinem. W tej kwestii minister nie musiał się z niczego w Sejmie tłumaczyć ani szukać atencji u liderów diaspory.
W przypadku Rosji było więcej konkretów. Sikorski przypomniał, że polikwidował konsulaty służące Putinowi za coś na wzór forward operating base do dywersji w Polsce. Powiedział również o ważnej inicjatywie, jaką było ograniczenie możliwości poruszania się dyplomatów rosyjskich między państwami strefy Schengen. Wcześniej zadania wywiadowcze mógł realizować w Polsce rosyjski konsul z Pragi, który nie trafiał z automatu na bęben ABW. Dziś to już niemożliwe. Konkretem były również omówione wysiłki polskiej prezydencji w UE na rzecz ograniczenia floty cieni, którą Sikorski trafnie nazywa flotą złomu.
Niecodzienne było również przypomnienie o największym jak do tej pory kontrakcie zbrojeniowym w kontekście Ukrainy - na 54 armatohaubice Krab. Sikorski nie musiał już dodawać, że dopięto go za poprzedniego rządu. Jego słowa uznania wobec tego kontraktu to przy dzisiejszych standardach i tak bardzo dużo.
W tym wystąpieniu nie było giertychowszczyzny i fantastycznych tez o tym, że rząd Mateusza Morawieckiego szykował się na rozbiór Ukrainy do spółki z Rosją. Nie było też zakładania ruskich onuc. I to jest ogromna wartość. Jeśli mamy za kilka lat iść na wojnę – a szczerze mówiąc wierzę, że analiza Sikorskiego jest trafna i mojemu pokoleniu oraz moim synom przyjdzie walczyć o nasze granice – taka zmiana tonu jest pewnym novum.
Na niedawnym spotkaniu usłyszałem od jednego z ważnych polityków PiS słowa, które do pewnego stopnia wpisują się w wystąpienie wicepremiera w Sejmie. Polityk ten przyznał, że stopień polaryzacji w Polsce stał się niebezpieczny dla istnienia państwa. W rzeczy samej tak jest. To dobrze, że polski wicepremier i szef dyplomacji zdaje się to rozumieć.
Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz Wirtualnej Polski