"Samoloty końca świata". Ich pojawienie się mnoży złowieszcze spekulacje
Boeingi E-4B Nightwatch oraz E-6B Mercury należą do najbardziej tajemniczych, ale jednocześnie kluczowych elementów amerykańskiego systemu dowodzenia strategicznego. Obie maszyny są częścią systemu utrzymania ciągłości dowodzenia siłami nuklearnymi w sytuacji skrajnego kryzysu, w tym w czasie wojny jądrowej.
W ostatnim czasie w mediach społecznościowych regularnie pojawiają się alarmistyczne wpisy o "samolotach końca świata", które rzekomo mają zapowiadać nadchodzącą wojnę nuklearną. Najczęściej chodzi o dwie maszyny należące do amerykańskiego systemu dowodzenia strategicznego - Boeingi E-4B Nightwatch oraz E-6B Mercury.
Ich pojawienie się na publicznych serwisach śledzących ruch lotniczy bywa interpretowane jako sygnał nadchodzącego konfliktu. W rzeczywistości są one elementem stałej infrastruktury odstraszania nuklearnego, funkcjonującej od czasów zimnej wojny. Powodem do niepokoju byłoby raczej to, gdyby przez dłuższy czas nie pojawiały się na lotniczych mapach.
Podstawowym zadaniem obu typów samolotów jest zapewnienie ciągłości dowodzenia siłami zbrojnymi Stanów Zjednoczonych w sytuacji skrajnego kryzysu. Chodzi przede wszystkim o scenariusz wojny nuklearnej, w której część infrastruktury dowodzenia na ziemi mogłaby zostać zniszczona już w pierwszych minutach konfliktu.
Kuriozalne nagranie Białego Domu. "Mój Boże"
Dlatego od lat sześćdziesiątych rozwijano koncepcję przeniesienia części systemu dowodzenia w powietrze. Samoloty zostały wyposażone w rozbudowane systemy łączności, stanowiska sztabowe i zabezpieczenia przed skutkami eksplozji jądrowych; mogą przejąć funkcję centrów dowodzenia nawet wtedy, gdy naziemne instalacje zostaną zniszczone lub sparaliżowane.
"Latający Pentagon"
Najbardziej znaną maszyną tego typu jest Boeing E-4B Nightwatch. Samolot powstał na bazie szerokokadłubowego pasażerskiego Boeinga 747-200. E-4B pełni rolę powietrznego stanowiska dowodzenia dla najwyższych władz państwowych i wojskowych Stanów Zjednoczonych. W sytuacji kryzysowej na jego pokładzie mogą znaleźć się prezydent, sekretarz obrony oraz sztab odpowiedzialny za kierowanie operacjami strategicznymi. W praktyce oznacza to możliwość zarządzania działaniami wszystkich rodzajów sił zbrojnych z każdego miejsca na świecie.
Samolot został zaprojektowany tak, aby przetrwać w środowisku wojny nuklearnej. Instalacje elektryczne i systemy komunikacji są zabezpieczone przed impulsem elektromagnetycznym powstającym po wybuchu jądrowym. Na pokładzie znajduje się rozbudowane centrum dowodzenia z dziesiątkami stanowisk operatorskich, systemami łączności satelitarnej i radiowej oraz zapleczem pozwalającym na wielogodzinną pracę sztabu.
Strażnik okrętów podwodnych
Drugim elementem systemu jest Boeing E-6B Mercury. Maszyna została opracowana na bazie pasażerskiego Boeinga 707 i należy do amerykańskiej marynarki wojennej.
E-6B realizuje zadania w ramach systemu TACAMO (Take Charge And Move Out, przejmij kontrolę i rozpocznij działania). Jego podstawową funkcją jest utrzymywanie łączności z okrętami podwodnymi przenoszącymi międzykontynentalne rakiety balistyczne. W tym celu samolot wykorzystuje nadajniki bardzo niskiej częstotliwości, które pozwalają komunikować się z jednostkami pozostającymi w zanurzeniu.
Podczas takiej transmisji z kadłuba samolotu rozwijana jest wielokilometrowa antena przewodowa. Dzięki niej możliwe jest przekazywanie zakodowanych komunikatów do okrętów podwodnych, które stanowią najtrudniejszy do zniszczenia element amerykańskiego arsenału nuklearnego.
Zmodernizowana wersja E-6B otrzymała również zdolność do pełnienia funkcji powietrznego systemu kontroli startów międzykontynentalnych rakiet balistycznych bazowania lądowego.
Dlaczego latają właśnie teraz?
Loty E-4B i E-6B nie są wydarzeniem nadzwyczajnym. Maszyny wykonują regularne misje szkoleniowe i dyżury w ramach systemu odstraszania nuklearnego. Załogi muszą stale ćwiczyć procedury dowodzenia i łączności, a skomplikowane systemy komunikacyjne wymagają regularnych testów w powietrzu.
Dodatkowo samoloty uczestniczą w ćwiczeniach strategicznych prowadzonych przez amerykańskie siły zbrojne. W takich manewrach sprawdza się procedury przekazywania rozkazów, komunikacji z okrętami podwodnymi czy współpracy z dowództwami poszczególnych rodzajów sił zbrojnych. Faktycznie wzrost aktywności lotniczej może pojawić się w okresach napięć międzynarodowych lub podczas dużych ćwiczeń wojskowych. Nie oznacza to jednak automatycznie przygotowań do użycia broni jądrowej.
Zarówno Boeing E-4B Nightwatch, jak i Boeing E-6B Mercury są częścią znacznie większego systemu, którego celem jest utrzymanie zdolności dowodzenia siłami nuklearnymi w każdych warunkach. Kluczową zasadą tej strategii jest utrzymanie pewności, że nawet po ewentualnym pierwszym uderzeniu przeciwnika państwo nadal będzie zdolne do odpowiedzi. Powietrzne stanowiska dowodzenia zwiększają szanse przetrwania systemu dowodzenia i tym samym wzmacniają wiarygodność odstraszania.
Dlatego obecność tych samolotów na niebie nie jest zapowiedzią nadchodzącej wojny nuklearnej. Przeciwnie – ma to przede wszystkim sprawić, aby taki konflikt nigdy się nie rozpoczął. Samo pojawienie się w ostatnim czasie E-6B nie może w żaden sposób dziwić. W operacji "Epic Fury" biorą udział przynajmniej dwa okręty podwodne w składzie Lotniskowcowych Grup Bojowych. Kolejne - jak USS "Charlotte", który zatopił irańską korwetę na Oceanie Indyjskim - zapewne operują w regionie. Każdy z nich potrzebuje pośrednika w łączności. Jego obecność wcale nie oznacza, że ktokolwiek planuje rozpoczęcie wojny jądrowej.
Sławek Zagórski dla Wirtualnej Polski