Trump stawia Iranowi ultimatum. Amerykańska armada gromadzi się na Bliskim Wschodzie
Obserwujemy właśnie największą koncentrację amerykańskich sił zbrojnych na Bliskim Wschodzie od inwazji na Irak w 2003 r. Dwie grupy uderzeniowe lotniskowców, setki samolotów bojowych i bombowce strategiczne. Administracja prezydenta Trumpa ma nadzieję, że ta demonstracja siły zmusi Iran do ustępstw - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz Rydelek z Pulsu Lewantu.
Jednocześnie prezydent Trump grzmi, że jeśli w ciągu najbliższych dni Irańczycy nie zawrą umowy z USA, narażą się na uderzenie wojskowe. Dodaje, że dał Iranowi 10 dni, ale współpracownicy prezydenta twierdzą, że amerykańskie uderzenie na Iran może nastąpić wcześniej - nawet w najbliższy weekend.
Niedokończona rozgrywka
Prezydent Trump ma "niewyrównane rachunki" z Iranem, jeszcze z czasu swojej pierwszej kadencji. W 2018 r. Trump wypowiedział porozumienie nuklearne JCPOA i zapowiedział, że szybko wynegocjuje z Iranem "lepszą umowę". Osiem lat później nowej umowy nie ma, Iran nadal stawia opór, a Trump jest zdeterminowany jak nigdy dotąd, aby dokończyć "grę" z Teheranem.
Amerykański wywiad jest przekonany, że Islamska Republika Iranu znajduje się w najgorszej sytuacji od 1980 r., gdy czołgi Saddama Husajna przekroczyły iracko-irańską granicę. Budowana przez dekady Oś Oporu (sieć proirańskich sojuszników, pełniąca rolę wysuniętej linii obrony Teheranu) - została de facto rozmontowana, a droga do Teheranu zdaje się stać otworem. Tak przynajmniej ocenia Waszyngton.
Jak wrażliwa na zewnętrzną agresję stała się Islamska Republika widać było już podczas wojny 12-dniowej z czerwca 2025 r., gdy izraelskie, a następnie amerykańskie lotnictwo, swobodnie operowało w irańskiej przestrzeni powietrznej. Trudne położenie Iranu wynika jednak nie tylko z rozmontowania Osi Oporu, ale również fatalnej sytuacji gospodarczo-społecznej kraju.
Gdy pod koniec 2025 r. w Iranie wybuchły anty-rządowe demonstracje, Trump momentalnie wmieszał się w konflikt, obiecując pomóc irańskim protestującym i grożąć Teheranowi atakiem. Mimo że protesty zostały już spacyfikowane, to Amerykanie cały czas kierują na Bliski Wschód kolejne zasoby wojskowe.
Ruchy wojsk i negocjacje
Pod koniec stycznia na Morzu Arabskim pojawiła się amerykańska grupa uderzeniowa lotniskowca USS Abraham Lincoln. 13 lutego Trump skierował do regionu drugą grupę – na czele z USS Gerald R. Ford. Do amerykańskich baz lotniczych napływają dodatkowe eskadry i systemy obrony przeciwrakietowej.
W tle cały czas toczą się negocjacje USA-Iran. Obie strony odbyły w lutym dwie rundy rozmów, jednak żadna z nich nie przyniosła przełomu. Trump żąda, aby Teheran zgodził się na nałożenie ograniczeń na irański program nuklearny, program pocisków balistycznych oraz relacje łączące Iran z członkami Osi Oporu. Dla Teheranu to zbyt wygórowane żądania. Irańczycy zgadzają się wyłącznie na negocjacje w sprawie programu nuklearnego.
Mimo że drzwi dla dyplomacji jeszcze całkowicie się nie zamknęły, to współpracownicy Trumpa ostrzegają - prezydent traci cierpliwość do Iranu.
Jakimi opcjami dysponuje Trump?
Jeśli rozmowy się załamią, Trump będzie miał na stole kilka opcji militarnych. Pierwsza to precyzyjne uderzenie na wybrane cele. Byłoby to powtórzenie zeszłorocznej operacji "Midnight Hammer", tyle że zamiast irańskich ośrodków nuklearnych, tym razem amerykańskie bombowce mogłyby skupić się np. na bazach wojsk rakietowych. Atak mógłby być bolesny dla irańskich sił zbrojnych, jednak wątpliwe aby zmusił on Teheran do ustępstw.
Druga opcja to intensywna i rozciągnięta w czasie kampania: ataki na centra dowodzenia, eliminacja dowódców wojskowych, a może nawet i przywódców politycznych. Taka kampania mogłaby mieć za cel nie tylko zmuszenie Iranu do ustępstw, ale nawet "zmianę reżimu" - zwłaszcza jeśli kampania lotnicza zostałaby połączona z podburzaniem ludności cywilnej do antyrządowych wystąpień i obalenia Islamskiej Republiki. Istnieją pewne poszlaki, że Amerykanie przygotowują się właśnie do takiej opcji. Świadczyć o tym może m.in. artykuł "Wall Street Journal", w którym ujawniono że na początku roku USA przemyciły do Iranu ok. 6000 urządzeń Starlink, które pozwalają ominąć rządową blokadę internetu.
Mimo ogromnej koncentracji amerykańskich sił w regionie, nie widzimy jednak, aby Amerykanie kierowali na Bliski Wschód dodatkowe siły lądowe. Sugeruje to, że ewentualnie amerykańskie uderzenie będzie ograniczone do uderzeń z morza i powietrza. To sygnał dużej pewności siebie po stronie administracji Trumpa, pewności siebie która ogranicza możliwości manewru USA w sytuacji gdy dojdzie do wojny. Co bowiem, jeśli po kilku tygodniach bombardowań struktury Islamskiej Republiki nie załamią się, nie dojdzie do rewolucji, a Teheran nadal będzie obstawał przy swoich negocjacyjnych "czerwonych liniach"? Jak taką perspektywę administracja Trumpa miałaby "sprzedać" jako sukces?
Widok z Teheranu
Iran traktuje groźby Trumpa bardzo poważnie. Aparat bezpieczeństwa wzmacnia swoje pozycje w Teheranie i większych miastach, przygotowując się do zwalczania sabotażystów i dywersantów. W miastach identyfikowane są budynki, które mogą służyć jako schrony bombowe. Delegowane są również większe uprawnienia do lokalnych dowódców, tak aby mogli działać swobodniej w przypadku utraty kontaktu z centralnym dowództwem.
Irańscy dyplomaci próbują przedłużać rozmowy z Amerykanami, aby dać krajowi więcej czasu na przygotowanie do ewentualnego konfliktu. Choć irańska delegacja twardo obstaje przy swoich warunkach, aby z rozmów wyłączony był program pocisków balistycznych oraz Osi Oporu, to jednocześnie Teheran wykazuje więcej "elastyczności" w temacie programu nuklearnego np. proponując ograniczenie wzbogacania uranu na kilka lat. Pytanie jednak, czy takie propozycje są w stanie zadowolić Trumpa, który obstaje przy swoich maksymalistycznych żądaniach?
Jedno jest jednak pewne. Amerykanie nie kierowaliby na Bliski Wschód tak dużych sił, gdyby nie mieli zamiaru ich użyć. W czwartek, 19 lutego, prezydent Trump zadeklarował że Iran ma 10 dni na podjęcie decyzji. Ostatni raz, gdy Trump przedstawił Iranowi, podobne ultimatum miało miejsce w czerwcu 2025 r. Wtedy Trump dał Iranowi 2 tygodnie.
Trzy dni później amerykańskie bomby spadły na irańskie ośrodki nuklearne.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz Rydelek, Puls Lewantu