Trwa ładowanie...
ycipk-1c1rnc
ycipk-1c1rnc

Rozbudzają wyobraźnię wiejskich dzieci

Jak do nich przyjechałam, siedzieli tępo patrząc w ścianę. Na pytania kim jesteś? odpowiadali np.: „Mam na imię Ania, niczym się nie interesuję”, „Lubię oglądać telewizję”, „Czasami pójdę na dyskotekę”. Teraz niektórzy z nich chcą iść nawet do liceum, a potem na studia – opowiada Dominika Rembelska, która od kilku lat jeździ do popegeerowskich wiosek i pokazuje dzieciom inny świat. Dociera do nich przez... afrobrazylijską sztukę walki.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
ycipk-1c1rnc
Podziel się

Galeria

[

Podziel się
ycipk-1c1rnc

]( http://wiadomosci.wp.pl/8222-swiat-fotografie-dzieci-z-jesionki-i-krzywej-8221-6038715923309697g )
„Świat. Fotografie dzieci z Jesionki i Krzywej”

Podziel się
Podziel się

Galeria

[

ycipk-1c1rnc
Podziel się

]( http://wiadomosci.wp.pl/dzieci-z-pragi-ucza-sie-brazylijskiej-sztuki-walki-6038708160451201g )
Dzieci z Pragi uczą się brazylijskiej sztuki walki

Podziel się

Dominika jest z wykształcenia teatrologiem. Swoją pracę z młodzieżą zaczęła 8 lat temu. Najpierw pracowała w ośrodku socjoterapii, potem nawiązała współpracę z fundacją wspierania wsi i warszawskim teatrem Remus. - Pierwszą wsią, do której pojechaliśmy, był Piotrowiec – mała miejscowość na Warmii i Mazurach. To był z założenia projekt teatralny, ale nie w tradycyjnym rozumieniu. Wprowadziliśmy do niego różne formy ekspresji - opowiada Dominika. Jak się jednak okazało młodzieży to się nie spodobało. - Nie chcieli współpracować z nami, bo teatr kojarzył im się z czymś nudnym - mówi. - Projekt już prawie upadał, więc w akcie desperacji wpadłam na pomysł pokazania dzieciakom capoeiry. To sztuka walki, którą trenowałam od kilku miesięcy. – Capoeirę stworzyli niewolnicy afrykańscy, pracujący na brazylijskich plantacjach. Połączyli różne formy zabawy tańca i walki, żeby wywołać rebelię i uciec. Do ćwiczenia capoeiry nie potrzebne są rekwizyty. Wystarczy własne ciało i rytualne instrumenty – np. bębenki (atabaque i
pandeiro), grający łuk (berimbau) czy dzwonki (agogo) – opowiada Dominika. - Któregoś dnia zaprosiłam swojego instruktora, żeby poprowadził warsztaty. Tamtego dnia wszystko stanęło na głowie. Dzieciaki oszalały na punkcie capoeiry - mówi Dominika.

ycipk-1c1rnc

Przebić mur

- Na początku byłam przerażona – wraca myślami do pierwszych dni w Piotrowcu Dominika. - To była wieś, w której na ponad stu mieszkańców, tylko dwie osoby pracowały. Panował totalny marazm wzięty z czasów popegeerowskich, kiedy ludzie podchodzili do życia na zasadzie: nie warto nic robić, bo na pewno nie uda – ocenia dziewczyna. To kultura przenoszona z pokolenia na pokolenie, więc podobne nastawienie do życia miała również tamtejsza młodzież – przypomina sobie teatrolożka. - Zaczynaliśmy od zajęć z trzydziestoosobową grupą młodych ludzi patrzących tępo przed siebie. Niechętnie odpowiadali na pytania. Jeśli mówili o sobie, to tylko zdawkowo np.: „Nazywam się Ania i niczym się nie interesuję”, „czasami chodzę na dyskotekę i oglądam telewizję”. Ich jedynym zajęciem było biadolenie na swój los pod sklepem. Słuchałam tego z przerażeniem – mówi Dominika. – Żeby przebić łączący nas mur musieliśmy ich podbudować i pokazać, że coś umieją.

Pójść na studia to jak wejść na Mount Everest

Na pierwszy pokaz capoeiry przyszła cała wieś – mówi z przejęciem Dominika. - Mamy piekły ciasta, a tatusiowie zbijali ławki, bo pokaz odbywał się na łące. Rodzice nie kryli dumy z pociech, więc dzieci poczuły się dowartościowane. A to dobry początek, bo jeśli się w to uwierzy, to łatwiej coś zrobić ze swoim życiem – mówi Rembelska i przypomina sobie, że kilku osobom udało się dokonać przemian. - Wiem, że niektórzy z uczestników warsztatów poszli na studia, a jedna z osób napisała nawet pracę magisterską o tym projekcie. To naprawdę zaskakujące, bo przecież dla nich pójść na studia, to jak wejść na Mount Everest. Z tego co słyszałam, parę osób odważyło się też wyjechać do pracy do innego miasta - wymienia.

ycipk-1c1rnc

- Kiedy okazało się, że nasz projekt w Piotrowcu dobiega końca, baliśmy się co będzie z tą młodzieżą, jak ją zostawimy. Z jednej strony zrobiliśmy im ogromną rewolucję w życiu i pokazaliśmy coś fajnego, a z drugiej nie mieli jeszcze wystarczających umiejętności, aby móc coś z tym zrobić. Osoby, które najbardziej się zaangażowały jeździły z nami potem z pokazami po domach dziecka, poprawczakach, miastach i popegeerowskich wsiach. Dominika zaangażowała się również w pomaganie dzieciom z rodzin patologicznych na warszawskiej Pradze. - Z miejskimi dziećmi jest trudniej. Jest większa presja środowiska i więcej pokus dookoła. Są bardziej rozpuszczone, więc trudno ich przekonać, do tego, że lepiej przyjść na zajęcia z capoeiry, niż ukraść coś w hipermarkecie. Poza tym są bardziej nieufni, dlatego jest ciężej wyrobić sobie u nich autorytet - mówi Dominika. – Mi się to udało, ale wcześniej musiałam im zaimponować. Żeby mieć respekt w grupie trzeba pokazać, że jest się lepszym i skupić się na „przodowniku stada”.
Czasem trzeba zrobić coś, żeby kumple się z niego pośmiali – żartuje Dominika.

Satysfakcja

Jak mówi Rembelska, nie jest łatwo dotrzeć do trudnej młodzieży, ale jeśli się to uda, przynosi to człowiekowi ogromną satysfakcję. - To są dzieciaki, które całe życie muszą walczyć. Są przyzwyczajeni do agresji i boją się otworzyć przed kimkolwiek. Kiedyś słyszałam w wywiadzie telewizyjnym wypowiedzi chłopców, którzy uczestniczyli w warsztatach, które prowadziłam. Mówili, że dzięki capoeirze przekonali się, że ludzie są dobrzy. Teraz wiedzą, że jeśli podejdą do drugiego człowieka, to nie dostaną w twarz, tylko, że ten ktoś się do nich uśmiechnie - zamyśla się Dominika.

Gdzieś ta fotografia im się zalęgła

ycipk-1c1rnc

Podobne refleksje ma Monika Sznajderman, żona pisarza Andrzeja Stasiuka, która jest przewodniczącą Stowarzyszenia Rozwoju Sołectwa Krzywa, pomagającego od siedmiu lat wiejskim dzieciom z dawnego PGR-u w Krzywej i Jasionce w powiecie gorlickim. Stowarzyszenie pomogło do tej pory m.in. remoncie szkoły, dożywianiu dzieci, fundowało stypendia na podręczniki i bilety autobusowe, zorganizowało bibliotekę. Najgłośniejszą akcją były jednak warsztaty fotograficzne w 2002 roku. – Dzieci dostały proste aparaty fotograficzne i miały za zadanie robić zdjęcia swojego otoczenia. To była dla nich nowość i bardzo zainteresowały się tym pomysłem. Teraz z perspektywy czasu widzę, że ta fotografia gdzieś im się zalęgła. Do dziś mają te aparaty i żadne z dzieci nie pomyślało o tym, aby go sprzedać czy zniszczyć.

Wśród fotografii przewijało się kilka wątków. Dzieci fotografowały swoje zwierzęta, kolegów, rodzinę, meblościanki, czy obrazy wiszące na ścianie – mówi Monika. W sumie zrobiły ponad trzy tysiące fotografii. Z tego wybrano ponad 100 najlepszych, które trafiły do albumu pt. „Świat. Fotografie dzieci z Jesionki i Krzywej” i wystawy m.in. w Krakowie, Warszawie, a nawet w Wiedniu, Berlinie, czy Goeteborgu.

- Przez te warsztaty dzieci stały się śmielsze. Nie miały oporów i nie bały się robić zdjęć. Efekty były naprawdę wspaniałe. Pamiętam jak jedna z matek, oglądając zdjęcia swojego dziecka, powiedziała: „Nie wiedziałam, że u nas jest tak pięknie” – relacjonuje Monika. Jak wspomina, zdjęcia urzekły też Piotra Jankowskiego, fotografa „Gazety Wyborczej”, który był inicjatorem warsztatów. - Pan Piotr nie sądził, że takie profesjonalne zdjęcia można zrobić, mając pierwszy raz aparat fotograficzny w ręku - mówi.

Dodaje jednak, że nie każdy zrozumiał przesłanie akcji. – Choć podczas wystaw spotykaliśmy się na ogół z samymi pozytywnymi komentarzami, to pamiętam reakcję polskich dyplomatów z ambasady w Wiedniu. Dziwili się, jak można pokazywać taki obraz Polski zagranicą. Sugerowali, że nie wypada tego robić - dodaje. Ale – jak mówi - fotografie dzieci cieszyły się dużym zainteresowaniem i wcale nie wywoływały zdziwienia. - Dwie Austriaczki powiedziały np., że obraz PGR-u przypomina im do złudzenia Tyrol 30 lat temu. To wcale nie było obce tym ludziom, a wręcz przypominało im własną przeszłość – akcentuje Sznajderman.

Dwa lata temu Stowarzyszenie zorganizowało podobną akcję. Owocem pracy dzieci był „Przewodnik po naszym podwórku” – album łączący zdjęcia, komentarze i opowiadania dzieci. Wystawę prac dzieci można było oglądać obecnie w krużgankach klasztoru dominikanów w Krakowie.

Dlaczego warto organizować takie akcje? – Nie trzeba chyba tego tłumaczyć – odpowiada krótko pani Monika. – W ten sposób horyzonty myślowe dzieci rozszerzają się. Np. jedna z dziewczynek napisała w albumie, że nie chce być już krawcową, ale marzy o karierze tancerki w Londynie. Takie akcje rozbudzają wyobraźnię i pozwalają dzieciom uwierzyć we własne siły, a ludziom z zewnątrz pokazują obcy świat, do którego nie byliby w stanie przeniknąć inaczej – podsumowuje Sznajderman. Brakuje pieniędzy

Choć stowarzyszenia, takie jak to, działające w sołectwie Krzywa, mają wiele ciekawych pomysłów na animację kultury na wsi, to często brakuje im środków na przetrwanie. - Działamy w skrajnie trudnych warunkach i brakuje nam na wszystko. Ostatnio brakuje nam rąk do pracy i nie staraliśmy się o dofinansowanie. Dlatego chwilowo ograniczyliśmy działalność - mówi przewodnicząca stowarzyszenia. Organizacja Moniki Sznajderman była dotychczas wspierana m.in. przez Polską Fundację Dzieci i Młodzieży. Fundacja przyznaje corocznie dotacje w wysokości 2-4,5 tys złotych autorom najlepszych projektów artystycznych, kulturalnych sportowych czy ekologicznych w swoim regionie.

W tym roku z pieniędzy fundacji skorzystały m.in.: „Klub biegacza narciarskiego w Przewodziszowicach”, który chce zachęcać młodych ludzi z gminy Żarki do zainteresowania się narciarstwem biegowym. Dotację chcą poświecić na zakup sprzętu narciarskiego sprzętu i zorganizowanie bezpłatnej wypożyczalni tego sprzętu. Inną interesującą grupą jest „Inicjatywa kulturalna Let it be”. Pomysłodawcy chcą uczyć wytwarzania instrumentów etnicznych - didgeridoo (aborygenski instrument dęty dmuchany), berimbau (brazylijski instrument strunowy), djiranga (aborygenski instrument do przywoływania "pomyślnych duchów" i komunikacji na odległość), a także gry na nich. Ciekawy pomysł na wykorzystanie pieniędzy fundacji ma też „Instytut TINH”, który chce w swojej okolicy organizować warsztaty poświęcone astronomii.

Agnieszka Niesłuchowska, Wirtualna Polska

Polub WP Wiadomości
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-1c1rnc

ycipk-1c1rnc
ycipk-1c1rnc