Rosjanie rekrutują w Kenii. "Ucz się, zabieramy cię na wojnę"
Setki Kenijczyków zostało zwerbowanych przez rosyjską armię do służby w Ukrainie - podaje "Washington Post", powołując się na relacje byłych rekrutów oraz rodziny niektórych wojskowych. Sporo ludzi twierdzi, że oferowano im "bezpieczną" pracę, tymczasem wysłano ich na front.
"Washington Post" podaje, że Rosjanie coraz częściej rekrutują wojskowych w Afryce do operacji w Ukrainie. Choć w Kenii proceder jest bardzo rozpowszechniony, to rekruci są także znajdowani w RPA, Botswanie, Tanzanii, Nigerii, Ghanie, Zimbabawe i Kamerunie.
W listopadzie minister spraw zagranicznych Ukrainy poinformował, że jego rząd zidentyfikował 1436 obywateli z 36 krajów afrykańskich walczących po stronie Rosji.
Dziennikarze zidentyfikowali pięć kenijskich firm, które oficjalnie rekrutowały do pracy cywilnej w Rosji. W rzeczywistości chodziło o poszukiwanie żołnierzy do walk. Były prawnik podejrzanego o tę działalność, powołując się na swojego klienta, powiedział, że ponad tysiąc osób wyjechało z Rosji tylko za pośrednictwem jego firmy. Większość z nich trafiła do rosyjskiej armii.
Firmy oferowały bardzo duże wynagrodzenie, zwłaszcza jak na warunki kenijskie - mowa o kilku tysiącach dolarów. W Rosji kandydatów zmuszano do podpisywania niezrozumiałych dla nich dokumentów, a następnie dawano im broń i wysyłano na front. Ci, którzy przeżyli, opisywali nieludzkie traktowanie ze strony rosyjskich dowódców.
Wśród rekrutowanych osób są m.in. byli wojskowi z elitarnego oddziału SPEAR, którzy w Nairobi zajmują się ochroną ambasady USA.
"Nawet nie widziałem ludzi"
Niektórzy rekruci zostali ranni podczas walk w Ukrainie. Z innymi ich rodziny nie mają w ogóle kontaktu.
Dwóch rannych Kenijczyków - z których jeden nie miał doświadczenia wojskowego - zostało wysłanych na front po zaledwie kilku dniach szkolenia w języku, którego nie znali. - Mówili: ucz się szybko, zabieramy cię na wojnę - mówił jeden z mężczyzn.
- Nawet nie widziałem żadnych ludzi - powiedział drugi Kenijczyk. - Strzelały do nas tylko roboty-drony - mówił.
Tylko kilka źródeł publikacji podało, że udało im się otrzymać jakiekolwiek pieniądze. Inni twierdzili, że ich konta bankowe zostały zhakowane lub zamrożone przez rekruterów. Rodziny tych, którzy nie wrócili, również nie otrzymały nic. Jeden z krewnych żołnierza, który wyjechał do pracy, przedstawił korespondencję z rosyjskim dowódcą, który wyjaśnił, że odszkodowanie za śmierć żołnierza przysługuje wyłącznie krewnym posiadającym obywatelstwo rosyjskie.
Rząd Kenii przekonuje, że o procederze werbunkowym dowiedział się dopiero z doniesień mediów kilka miesięcy temu. Jednocześnie władze twierdzą, że są ograniczone normami dyplomatycznymi, a ambasador w Moskwie nie ma prawa opuszczać biura i udawać się do kostnic, by identyfikować zabitych żołnierzy. Przekonują, że agencje rekrutujące żołnierzy są "nieuczciwe".
Źródło: "Washington Post"