Putin zaprasza Zełenskiego do siebie. "Misja samobójcza"
Kreml zaprasza Wołodymira Zełenskiego do Moskwy na dwustronne rozmowy. Wygląda to tak, jakby kot zapraszał mysz do stołu. Od początku wojny putinowcy wciąż próbują zlikwidować prezydenta Ukrainy. Lepszej okazji nie mogliby sobie wyobrazić.
Doradca Władimira Putina, Jurij Uszakow, poinformował na antenie Rossija 1, że Donald Trump miał zaproponować spotkanie dwustronne Putina z Zełenskim. Kreml jednak nie wyobraża sobie, aby spotkanie odbyło się na neutralnym terenie. Uszakow stwierdził także Rosjanie są w stanie zapewnić Zełenskiemu "bezpieczeństwo i niezbędne warunki pracy".
Deklarowane przez Rosję "gwarancje bezpieczeństwa" nie zmieniają oceny takiego scenariusza. W rosyjskiej praktyce prowadzenia polityki tego rodzaju zapewnienia służą jedynie budowaniu przekazu na potrzeby opinii publicznej i nie stanowią żadnej gwarancji bezpieczeństwa. Doświadczenie zebrane z wielu lat pokazuje, że podobne gwarancje wielokrotnie okazywały się pozbawione realnej wartości.
Śmiertelne wycieczki do Moskwy
Historia regionu dostarcza przykładów polityków, którzy przyjeżdżali do Moskwy jako formalni partnerzy, a kończyli swoją aktywność polityczną w sposób nagły i niewyjaśniony. Najbardziej znanym polskim przypadkiem pozostaje Bolesław Bierut. W lutym 1956 r. udał się do Moskwy na XX Zjazd KPZR, podczas którego doszło do przełomu w sowieckiej polityce wewnętrznej. Bierut zachorował na miejscu i 12 marca zmarł w Moskwie. Oficjalnie przyczyną śmierci był zawał serca i zapalenie płuc, jednak brak pełnej dokumentacji medycznej oraz sprzeczne relacje sprawiły, że okoliczności zgonu do dziś pozostają przedmiotem wątpliwości. Wówczas to polskie ulice żyły rymowanką: "pojechał w futerku wrócił w kuferku".
W podobny sposób oceniana jest śmierć bułgarskiego przywódcy komunistycznego Gieorgija Dymitrowa. W 1949 r. przybył do Moskwy na leczenie i rozmowy polityczne. Został ostro zrugany przez Stalina za brak stanowczości i zbyt miękkie stanowisko wobec "reakcji". Zmarł tam w lipcu tego samego roku. Oficjalnie przyczyną była choroba serca, jednak nie przeprowadzono przejrzystego postępowania wyjaśniającego.
Jego śmierć otworzyła za to drogę do dalszej centralizacji władzy i pełnej stalinizacji Bułgarii, czego wymagał Stalin. Czeczeński politolog Abdurachman Awtorchanow, którego Stalin również próbował zlikwidować, sugerował wprost, że Dymitrow został zamordowany na polecenie Stalina. Awtorchanowa też próbowano ściągnąć do Moskwy w latach wielkiej czystki. Ostatecznie miał szczęście, bo trafił jedynie do łagru. Mniej szczęścia mieli ściągani z Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, Stanisław Kosior, pierwszy sekretarz KP(b) Ukrainy, czy Paweł Postyszew, jeden z głównych odpowiedzialnych za Wielki Głód. Po latach lojalnej służby obaj zostali wezwani do stolicy, aresztowani i rozstrzelani po brutalnym śledztwie.
Podobnie skończyli Jan Rudzutaks, członek Politbiura i wiceprzewodniczący Rady Komisarzy Ludowych, Robert Ejche, pierwszy sekretarz partii w Zachodniej Syberii, czy Nikołaj Bucharin, przez lata czołowy ideolog partii bolszewickiej i członek ścisłego kierownictwa. Po wezwaniu do Moskwy, oficjalnie na naradę, wszyscy zostali oskarżeni o sabotaż i działalność antysowiecką, a następnie straceni.
Polowanie na Zełenskiego
Przywoływanie tych przypadków nie służy budowaniu sensacyjnych tez, lecz przypomnieniu charakteru rosyjskiego systemu politycznego i sposobu rozwiązywania "problemów". W końcu nie tak dawno Jewgienij Prigożyn, szef Grupy Wagnera, również został zaproszony do Moskwy, a w drodze samolot uległ "awarii". Również miał gwarancje bezpieczeństwa. Ale, jak sam Kreml stwierdził – awarie przecież się zdarzają.
Zwłaszcza, jeśli na kogoś się poluje od czterech lat. Pierwsze dwa tygodnie wojny były najniebezpieczniejsze. Tylko w pierwszych dwóch dniach doszło do pięciu prób zamachu. Żaden z nich się nie powiódł, choć prezydent Zełenski kilka razy był poważnie zagrożony. Zwłaszcza 25 lutego, kiedy chcąc zdementować rosyjską propagandę, jakoby miał uciec z Kijowa na zachód, nagrywał filmiki, spacerując ulicami stolicy. Wówczas ochrona prezydenta przeżywała bardzo trudne chwile. Zwłaszcza że w mieście znajdowały się uśpione dotychczas grupy dywersyjne, które ukraiński kontrwywiad powoli likwidował.
Na ich miejsce przybywały jednak kolejne, przerzucane bezpośrednio z Rosji, ale także z Węgier i Białorusi. "Kolejni najemnicy związani z prywatną firmą wojskową, tak zwaną ‘grupą Wagnera’, przybyli w niedzielę na Ukrainę, by zamordować najważniejsze osoby w państwie" – informowały ukraińskie służby. Prócz Zełenskiego na liście osób przeznaczonych do likwidacji znaleźli się m.in. bracia Władimir i Witalij Kliczko oraz ówczesny premier Denys Szmyhal.
Z biegiem wojny częstotliwość prób znacznie spadła, ale nie jest powiedziane, że Rosjanie dalej nie próbują. Próbują. Ukraińskie służby czasem informują o udaremnionych próbach. W maju zeszłego roku poinformowali, że w 2024 r. zapobiegli trzem zamachom na życie Zełenskiego. Przyjęcie zaproszenia Kremla byłoby wręcz misją samobójczą.
Prócz tego obecność prezydenta Ukrainy w Moskwie, w siedzibie rosyjskiej władzy, zostałaby na arenie międzynarodowej odczytana jako uznanie politycznej sprawczości Rosji i akceptacja narzuconych przez nią warunków gry. Niezależnie od treści rozmów byłby to sygnał, że agresja przyniosła efekt polityczny i doprowadziła do sytuacji, w której strona napadnięta przyjeżdża do stolicy agresora błagać o rozejm. Z każdej strony wizyta Zełenskiego na Kremlu byłaby ogromnym sukcesem rosyjskiej propagandy.
Sławek Zagórski dla Wirtualnej Polski