Przemysław Czarnek jako idealny kandydat duopolu [OPINIA]
Przemysław Czarnek to idealny kandydat na premiera dla duopolu KO-PiS. I mocny dowód na to, że pewien model politycznego układu w Polsce dobiega końca. Czy jednak uda mu się zmienić układ sił na scenie politycznej? To pozostaje kwestią otwartą, bo - jak na razie - Czarnek nie zaprezentował wizji, która mogłaby porwać nieprzekonanych do PiS - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
To, że Czarnek wszedł na partyjny szczyt, to nie ulega wątpliwości. Gdy kilka tygodni temu pytałem go w RMF FM o określenie go przez prezesa Kaczyńskiego mianem "przyszłego premiera", on sam żartował, że to tylko "ksywa", i że się do niej nie przywiązuje.
Teraz, choć oczywiście do objęcia funkcji premiera daleka i wysoce niepewna jest jego droga (i to nawet jeśli, do czego też daleko, PiS wygra wybory), to już nie jest tylko ksywa, a oficjalne uznanie przez prezesa, że jest on graczem, który może pociągnąć za sobą partię ku zwycięstwu, a wcześniej odbudować jej jedność. I już tylko to jest z jednej strony ogromnym osobistym sukcesem Czarnka, a z drugiej dowodem, że pozycja Jarosława Kaczyńskiego słabnie.
Czarnek wyszarpał nominację
Dlaczego? Bo były minister edukacji to partyjny self-made men.
Jego nie wypromował Jarosław Kaczyński, on nigdy nie był cudownym dzieckiem prezesa, a wielu w PiS uważało nawet, że choć ten ceni jego przemówienia, to niechętnie spoglądał na jego cierpliwie budowane słupki sympatii wewnątrz partii.
Kariera Czarnka jest zatem efektem jego cierpliwej, ciężkiej pracy, budowania wpływów, spotkań i medialnej "waleczności", a jednocześnie rozmawiania (prywatnie) z każdym. Konfederaci patrzą na niego jak na potencjalnego koalicjanta, politycy PSL, też prywatnie, mówią o nim tylko dobrze, a i wśród działaczy Koalicji Obywatelskiej słychać, że da się z nim dogadać.
Nie to jest jednak, co oczywiste, jego główną, czy nawet jedyną zaletą. Przemysław Czarnek ma być elementem walki o odzyskanie straconych na rzecz Konfederacji czy Konfederacji Korony Polskiej wyborców prawicy. To on ma ich przekonać, że PiS wraca na pozycje mocno prawicowe, i że będzie odważnie walczyć zarówno o kwestie obyczajowe, cywilizacyjne, jak i twardo stawiać będzie kwestie tożsamości i dumy narodowej. Czy mu się to uda? Nie ulega wątpliwości, że jest dobrym mówcą, że potrafi uwodzić tłum, i że - jak sam mówił - "nie odstawia nogi".
To - w polityce - jest zaletą, ale wcale nie jest oczywiste, czy wystarczy do wyborczego sukcesu? A może nie wystarczyć, bo - co jasno wynikało z przemówienia prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ale i samego kandydata na premiera - postawiono przed nim dwa, zasadniczo nie do pogodzenia - zadania.
Po pierwsze ma odbudować jedność partii, przywrócić dumę z bycia jej wyborcą, zakończyć okres sporów, a po drugie odzyskać wyborców z prawej strony. Tego zaś jednocześnie zrobić się nie da, bo… dla wielu rozczarowanych wyborców PiS, którzy przenieśli głosy na formacje bardziej radykalne, to Mateusz Morawiecki jest głównym problemem, a odcięcie się od niego pozostaje jedynym skutecznym lekarstwem na ich anty-pisowską fobię. Odcinać się zaś od byłego premiera z PiS Czarnek, i to było widać, nie może.
Brak konkretów
Po drugie, nie jest też jasne, czym kandydat na premiera, miałby przyciągnąć nowych wyborców do PiS. Na obecnej konwencji, i dotyczy to zarówno przemówienia Jarosława Kaczyńskiego, jak i Przemysława Czarnka, nie zaprezentowano wielkich wizji, z których słynął PiS. Owszem odwołano się do zwykłych ludzi, przypomniano o ich prawach, zgrabnie wykorzystano zamykanie porodówek, ale nie zaprezentowano żadnego chwytliwego hasła, które miałoby przekonać do PiS nieprzekonanych.
Model przekazu, co też stanowiło problem, styl żartów czy wizja stosunków męsko-damskich, była zaś na tyle dziaderska, że nie do zaakceptowania dla młodszego pokolenia.
I to także sprawiało, że nawet tam, gdzie kandydat na premiera zwracał uwagę na ewidentnie ważne dla młodych kwestie, to robił to w sposób wizerunkowo słaby. Tak było, gdy przekonywał, że prawica jest bardziej pro-kobieca niż "lewaczki", bo czerpie z tradycji wyniesienia Matki Bożej do godności królowej Polski… Jeśli to miało kogoś młodszego przekonać, to bardziej prokobiecej twarzy PiS-u, to obawiam się, że mogło się to nie udać.
Brak nowego pomysłu na określenie PiS widać jeszcze w jednej kwestii. Jarosław Kaczyński, wybierając Czarnka na kandydata na premiera, podjął decyzję o ustawieniu PiS w roli "prawicowego zagrożenia", a Donald Tusk natychmiast podjął tę grę.
Od teraz KO będzie mówić o brunatnieniu, o zagrożeniu, którego symbolem stanie się Przemysław Czarnek, i to niewątpliwie będzie budować determinację po stronie liberalnej, by nie pozwolić na realizację tego zagrożenia… Wszystkie zaś te lęki, frustracje i ataki strony liberalnej na pisowskiego kandydata na premiera będą go umacniać w jego własnym elektoracie…
Tyle, że ani jednej, ani drugiej stronie nie da to dotarcia do wyborców, którzy mają już tego wszystkiego dość i chcieliby rzeczywiście nowego otwarcia. Tacy wyborcy są i na lewicy i na prawicy, tyle, że na razie nie ma nikogo (poza - niestety - Koroną Polską Grzegorza Brauna), kto umiałby się do nich odwołać. Przemysław Czarnek, przy całym swoim talencie politycznym, raczej nie jest w stanie tego zrobić.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".