Polityczny efekt rozliczenia, bez rozliczeń [OPINIA]
Wydawało się, że polityczny serial KO pt. "rozliczymy rządy Zjednoczonej Prawicy" ugrzązł już dawno w labiryncie zbyt zawiłej fabuły, słabej gry aktorów, czy gorszej dyspozycji reżysera. A jednak kolejny jego naddunajski sezon z byłym ministrem Zbigniewem Ziobrą w roli głównej dość niespodziewanie nadał mu wyrazistości i, jak wiele na to wskazuje, nowego politycznego znaczenia - pisze dla Wirtualnej Polski prof. Sławomir Sowiński.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Rozliczanie władzy, każdej władzy, przez jej następców to w demokracji sprawa poważna. Lekceważenie bowiem błędów poprzedników z jednej strony lub szukanie w ich działaniach okazji do zwykłej politycznej zemsty ze strony drugiej, to prosta droga do demobilizacji obywateli i destrukcji autorytetu państwa.
Trudno więc dziwić się, że wraz z ujawnianymi kolejnymi informacjami o działaniu na przykład Funduszu Sprawiedliwości czy Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych (RARS) przed rokiem 2024, sprawa rozliczeń rządów Zjednoczonej Prawicy ciągle powraca i polaryzuje scenę polityczną. To natomiast, co jakoś zaskakuje, to dość nieoczekiwana dynamika tej politycznej historii, a zwłaszcza ostatnia jej naddunajska odsłona.
Rozliczenia pod górę i po grudzie
Długa jest lista powodów, dla których rozliczenia rządów Zjednoczonej Prawicy, niesione przez ówczesną PO tak wysoko na wyborczym sztandarze z roku 2023, w roku 2024 politycznie ugrzęzły, zanim w ogóle zdążyły się zacząć.
Nieudana polityczna karuzela sejmowych komisji śledczych z tamtego okresu, miast postawić polityków PiS w krzyżowym ogniu kłopotliwych pytań, ciężar stawianych im zarzutów sprowadzała niejednokrotnie na skraj farsy i groteski.
Formalna zawiłość formułowanych wówczas, politycznie czy publicystycznie, zarzutów limitować zaś musiała tempo ich procedowania przez aparat sprawiedliwości, co u najbardziej niecierpliwych wyborców Koalicji 15 października pogłębiało poczucie zawodu i rozczarowania tą sprawą.
Wyborców z kolei bardziej umiarkowanych zaniepokoić mogło (i do rozliczeń zniechęcać) rzucone przez premiera hasło "demokracji walczącej", sugerujące jakoś upolitycznianie działań aparatu państwa, w stopniu podobnym do tego z okresu rządów Zjednoczonej Prawicy. Powadze rozliczeń nie służyły też głośne przypadki kiksów proceduralnych, jak choćby przy okazji zatrzymania i szybkiego zwolnienia z powodów formalnych byłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego.
Dla wielu wreszcie sprawę tę czynił coraz mniej czytelną unoszący się nad nią zgiełk ostrego politycznego konfliktu, w którym, z właściwą polskiej polityce przesadą, jedni nadużywali argumentu o rzekomo powszechnym niemal złodziejstwie politycznym przed rokiem 2024, drudzy zaś mówili o zemście politycznej dyktatury, która rządzić ma Polską obecnie.
W efekcie, nawet jeśli do opinii publicznej docierały wyraziste opowieści o nadużyciach, jak choćby te Tomasza Mraza ws. Funduszu Sprawiedliwości, czy te zaprezentowane w książce "Chłopcy z Ferajny" Jacka Harłukowicza o RARS, to sprawy te społecznie i politycznie zdawały się rezonować coraz mniej.
Nieoczekiwana zmiana znaczeń
Paradoksalnie nieoczekiwanym punktem zwrotnym w tej historii wydaje się wielki sukces kandydata PiS w kampanii prezydenckiej roku 2025, który temat rozliczeń - teoretycznie przynajmniej - powinien przecież ostatecznie pogrzebać.
Tymczasem moment, w którym prawicowa opozycja wygrała wybory prezydenckie, utrzymując najważniejszy w państwie urząd, wytrącił z jej rąk argument w tej historii bodaj kluczowy, ten o jej politycznym prześladowaniu przez "dyktaturę" Donalda Tuska.
A bez tego właśnie argumentu dla sporej części wyborców skądinąd złożone kwestie rozliczeń nabierają nowego znaczenia i nowej jednoznaczności. Azyl polityczny, jaki politycy Zjednoczonej Prawicy znaleźli dziś nad Dunajem, nie wygląda już - w tym nowym politycznym kontekście - na emigrację polityczną, ale raczej na próbę ucieczki przed aparatem sprawiedliwości polskiego państwa.
Wybór zaś politycznego patronatu Viktora Orbana - najbliższego przecież w UE sojusznika Putina, nie ma już tylko znamion politycznej desperacji, ale wyglądać może na skrajną nieodpowiedzialność polityków obozu, który po sukcesie wyborczym Karola Nawrockiego realnie myśleć może przecież o powrocie do władzy w roku 2027. A i sama perspektywa ponownego przejęcia pełni władzy przez PiS w roku 2027, którą sukces prawicy w wyborach prezydenckich znacznie urealnił, także wzmogła ponownie zainteresowanie opinii publicznej praktyką rządów PiS w latach 2015-2023.
W efekcie, bez skomplikowanych procesów sądowych, których wynik trudno dziś przewidzieć, i bez wyroków, które nie wydają się wcale oczywiste, politycy KO powtarzać dziś mogą, że ucieczka na Węgry polityków Suwerennej Polski to, w sensie moralnym i politycznym, ich przyznanie się do winy. A spora część sfrustrowanego dotąd brakiem rozliczeń elektoratu KO zyskuje jakąś namiastkę politycznej satysfakcji. I co może najważniejsze, po prawej stronie poszerza się przestrzeń dla polityków spoza PiS, przed rokiem 2024 w żaden sposób nie uczestniczących we władzy.
Ciąg dalszy nastąpi
Premier Donald Tusk jest politykiem zbyt wytrawnym, by tego korzystnego dla siebie splotu politycznych okoliczności nie eksploatować nadal, aż do kampanii wyborczej roku 2027. Niezależnie zatem od zawiłości i kolejnych możliwych zwrotów akcji, w toczących się wokół Funduszu Sprawiedliwości czy RARS postępowaniach formalnych, będziemy zapewne w roku 2026 światkami dalszego eksponowania politycznego przekazu o PiS-ie uciekającym od odpowiedzialności za negatywne skutki swych rządów przed rokiem 2024. I o groźbie powrotu do władzy polityków, szukających dziś schronienia u politycznego akolity prezydenta Putina.
Jak każdy jednak polityczny kryzys, sytuacja ta jest jednak paradoksalnie także jakąś szansą i polityczny instrumentem, w rękach równie doświadczonego kingmakera, jakim jest prezes Kaczyński. Stając dziś przed ekstremalnie trudnym zadaniem uspokojenia rozhuśtanego politycznego pokładu swej partii, zewnętrzną presję na rozliczenie jej rządów sprzed roku 2024 wykorzystać on może do forsowania własnych autorskich scenariuszy, bez oglądania się na skłócone frakcje. A także do ograniczania wpływów i aspiracji tych frakcji.
Dla Wirtualnej Polski Sławomir Sowiński
Sławomir Sowiński jest politologiem z Instytutu Nauk o Polityce i Administracji UKSW, specjalizuje się w badaniach nad polityką i religią oraz współczesnymi procesami politycznymi. Autor książki "Boskie, cesarskie, publiczne. Debata o legitymizacji Kościoła katolickiego w Polsce w sferze publicznej w latach 1989-2010".