Polacy widzieli przerażający żywioł. Oto ich relacje
- Przez całą dobę nie opuściliśmy hotelu, było tak niebezpiecznie. Piorun uderzył w budynek obok nas i zapalił go na naszych oczach – relacjonuje pani Anna, która była na Malcie w czasie cyklonu Harry. Podobne relacje napływają do naszej redakcji z Sycylii. - Normalnie się chce płakać. Tutaj spadła palma, na chodnikach jest ogrom piasku – dodaje Pani Aneta.
Cyklon Harry sieje spustoszenie na Sycylii, Sardynii, Kalabrii i na Malcie. Przez trzy dni niebezpieczna pogoda niszczyła kolejne miejscowości. Przez wyspy przeszły burze, ulewy, sztorm i wiatr osiągający prędkość ponad 120 kilometrów na godzinę.
Ogromne zniszczenia zanotowano m.in. w miejscowościach w rejonie miasta Acireale na Sycylii, gdzie wysokie fale morskie uderzyły w wiele budynków. Duże szkody są też na nabrzeżu i w porcie w Palermo, gdzie uszkodzony jest jeden z promów oraz wiele łodzi i jachtów.
W Katanii ewakuowano dziesiątki mieszkańców terenów, na które wdarła się woda. W Kalabrii w mieście Crotone zarządzono ewakuację mieszkańców domów w dwóch dzielnicach z najniższych pięter. Włoskie media podają, że trzydniowe ulewy spowodowały ogromne straty. Wirtualna Polska dotarła do relacji Polaków, którzy byli świadkami cyklonu.
"Było niebezpiecznie"
- Przez całą dobę nie opuściliśmy hotelu, bo było niebezpiecznie. Do tego piorun uderzył w budynek obok nas i go zapalił na naszych oczach praktycznie więc mieliśmy jeszcze dodatkowe atrakcje poza falami, deszczem, gradem i wielkim wiatrem – relacjonuje Anna, która była na Malcie.
- Normalnie chce się płakać. Tutaj palma spadła. Jest tyle piasku. Po prostu to wszystko jest straszne i przykre. Przy wejściu do hotelu wyrwało całe ogrodzenie, wszystko roz...ło. Tu się zawsze świeciły światełka, wszystko było oświetlone, wesołe. A teraz jest jeden wielki chaos – opowiada z kolei Aneta, która była we Włoszech.
- Ja mieszkam w Mesynie u nas było ok, ale prawie wszystkie miasteczka na wybrzeżu Jońskim do okolic Taorminy są zniszczone. Straty są ogromne. Fale miały nawet po 9–10 metrów – opisuje z kolei Iwona.
Mateusz Dolak, dziennikarz Wirtualnej Polski