PiS szuka premiera. Wiemy, co na to Pałac Prezydencki
Otoczenie Karola Nawrockiego z dużym sceptycyzmem podchodzi do deklaracji, że być może w marcu poznamy kandydata PiS na szefa przyszłego rządu. W Pałacu słychać opinie, że jest zdecydowanie za wcześnie na taki ruch. - Niech PiS zacznie przedstawiać ludziom argumenty, by na nich głosowali, a nie wiecznie rozmawiają o tym, kto ma być premierem - słyszymy od współpracownika prezydenta.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński wybrał już kandydata na premiera przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r. - Nie powiem, o kogo chodzi, ale ten wybór został już dokonany - stwierdził w czwartek na antenie Radia Maryja. Kaczyński zaznaczył, że sprawa powinna być rozstrzygnięta jeszcze w marcu.
W PiS zapowiedź prezesa została odebrana z mieszanymi uczuciami, o czym za chwilę. W całej układance istotne jest jeszcze to, co o sprawie sądzi głowa państwa. Przede wszystkim dlatego, że to prezydent desygnuje premiera i powierza mu powyborczą misję tworzenia rządu. Po drugie, Karol Nawrocki może mieć ambicję bycia akuszerem jakiejś formy nowego politycznego porozumienia na prawicy, w związku z czym nawet jeśli nie w tej chwili, to za jakiś czas może rościć sobie prawo do współdecydowania z Nowogrodzką o wystawieniu kandydata czy formalnego powołania szefa rządu.
To jednak, jak słyszymy, pieśń przyszłości. - Prezydent nie zajmuje się w tej chwili tymi tematami, nie będzie brał udziału w tych dyskusjach - ucina nasz rozmówca z Pałacu. Jego zdaniem na wskazywanie w tej chwili kandydata na szefa rządu jest przedwczesne.
- Niech PiS zacznie przedstawiać ludziom argumenty, by na nich głosowali, a nie wiecznie rozmawiali o tym, kto ma być premierem. Ludzi dzisiaj nie obchodzi kandydat, tylko to, dlaczego mieliby zmienić tę władzę - dodaje rozmówca z Pałacu.
O dystansie prezydenta względem inicjatywy Jarosława Kaczyńskiego świadczy to, że wymieniany wśród potencjalnych kandydatów na premiera jest Zbigniew Bogucki, czyli szef Kancelarii Prezydenta, który sam nie wyrywa się do nowej roli. - Prezydent nie chce go wypuścić, zresztą dla Boguckiego byłoby to wyniszczające, spaliłby się - ocenia kolejny rozmówca z otoczenia Nawrockiego.
W Pałacu ruch Kaczyńskiego interpretowany jest podobnie jak we frakcjach PiS nastawionych sceptycznie do obwieszczania teraz nazwiska kandydata. - Prezes Kaczyński najwyraźniej uważa, że trzeba coś zrobić, bo jak nie idzie, to nie idzie, więc trzeba z czymś wyjść do przodu. To pewnie też próba przykrócenia Morawieckiego i jego ludzi - ocenia rozmówca. Czy jednak ktoś faktycznie się wyłoni z tego kotła z nazwiskami w PiS? Tu również nasz pałacowy rozmówca komentuje z dużą ostrożnością. - Nauczyliśmy się, że dopóki kogoś nie przedstawią, to pojawiają się różne pomysły. I trzeba pamiętać o starym powiedzeniu, że kto wchodzi na konklawe papieżem, wychodzi kardynałem - podkreśla.
Tercet "BBC"
Nazwiska, które padają w kontekście kandydata na premiera, nie są zaskoczeniem. Tobiasz Bocheński i Przemysław Czarnek to nazwiska zgodnie wskazywane jako najbardziej prawdopodobne przez naszych rozmówców z różnych frakcji PiS. Przy okazji zawsze wspominany jest też szef kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki, ale też PAP dorzucił do puli - na podstawie nieoficjalnych informacji - posłankę PiS Annę Krupkę. Choć tę kandydaturę nasi rozmówcy i z Pałacu, i z PiS traktują z przymrużeniem oka.
- Na pewno będzie to ktoś z tercetu "BBC", czyli Bocheński, Bogucki, Czarnek, choć wobec zdania Nawrockiego, Bogucki teraz jest mało prawdopodobny - podkreśla rozmówca z PiS.
Natomiast co do samego pomysłu, ale także kandydatur Bocheńskiego czy Czarnka, jest w PiS podział zdań. - Partia potrzebuje dynamiki, energii, to ma być impuls, żeby to ruszyło. Potrzeba też przecięcia spekulacji, czy premierem będzie Morawiecki, czy anty-Morawiecki. Inaczej te dyskusje się nakręcają. Prezes liczy, że wszyscy skupią się wokół tej osoby - mówi polityk PiS, który optuje za wskazaniem już teraz kandydata PiS na premiera.
Ale inny dystansuje się od tego pomysłu. - Bocheński nie pogodzi frakcji, z kolei pytanie, czy Czarnek, jeśli odbije wyborców Brauna, nie spowoduje utraty miękkich wyborców PiS - zauważa rozmówca z PiS. Ale jego kolega z innej frakcji replikuje: - W ciągu 10 lat wyborcy PiS się przesunęli. Ci, co byli w centrum, są dziś na prawo. A ci, którzy byli na prawo, są radykalnie na prawo i musimy na to odpowiedzieć.
Politycy PiS nie są zresztą pewni, czy kandydat już jest, ponieważ gra personaliami to jeden z ulubionych chwytów Kaczyńskiego w polityce wewnętrznej w partii.
- Możliwe, że na koniec wybór będzie losowy. A dziś prezes nie wie jeszcze, kogo wskaże, tylko to zapowiada, żeby uspokoić sytuację w partii. Kiedyś była mowa np. o prezydencie Stalowej Woli Lucjuszu Nabereżnym - dodaje członek PiS.
Polityk jest sceptyczny wobec samego pomysłu, ponieważ czasu do wyborów jest sporo, a kandydat stanie się celem ataków politycznej konkurencji, bo na nim skoncentruje się uwaga mediów i innych partii. - Chyba, że robimy to z założeniem, że jak ktoś go rozwałkowuje, to wymieni się kandydata na nowego - dodaje. Takie założenie potwierdza jego partyjny kolega. - Dziś prezes da kandydatowi kluczyki do samochodu i mówi "jedziesz", a jak kandydat nie da rady, to się go wymieni - wyjaśnia.
Łatwo typować, trudniej trafić
Dotychczasowe podejścia do typowania premiera przed wyborami nie są zachęcające. W 2005 r. Platforma Obywatelska przeprowadziła całą kampanię, typując Donalda Tuska na prezydenta, a Jana Marię Rokitę na premiera, co skończyło się fiaskiem w obu przypadkach. Z kolei PiS w kadencji 2011-2015 zaproponował kandydaturę Piotra Glińskiego jako premiera technicznego, ale potem, gdy PiS zdobył władzę, na to stanowisko wysunął Beatę Szydło.
Politycy PiS traktują słowa prezesa jako ruch taktyczny i mają na uwadze to, że ostatecznie to prezydent wskazuje kandydata na premiera po wyborach. Głowa państwa nie ma tu dowolności, przy jednoznacznych wynikach wyborów w zasadzie musi przystać na kandydata większości, ale jeśli układ polityczny będzie niejednoznaczny, to nominacja może się stać polem gry prezydenta o kształt potencjalnej większości. PiS i Andrzej Duda próbowali takiego wariantu w 2023 roku, gdy PiS wygrał wybory, wskazując Mateusza Morawieckiego. Ale ten ruch nie miał szans, ponieważ widać było, że to obecna koalicja miała większość, a PiS nie miał żadnej zdolności koalicyjnej. - Pamiętamy lekcję z premiera technicznego - zauważa rozmówca z Pałacu. Natomiast jeśli układ wyłoniony po wyborach 2027 roku nie byłby tak jednoznaczny, prezydent typując premiera może spróbować odegrać rolę w wykreowaniu koalicji rządzącej.
Co z nową większością?
Niektórzy komentatorzy, choć także takie głosy zdarzają się w PiS, przy takich okazjach sugerują nieoczywiste ruchy, na jakie mógłby zdecydować się Kaczyński. Do takich można w końcu zaliczyć wystawienie w wyborach prezydenckich - wówczas politycznie niedoświadczonego i z wizerunkowymi obciążeniami - szefa IPN Karola Nawrockiego. Ostatnio takie teorie pojawiały się przy okazji dyskusji o próbie wymiany marszałka Włodzimierza Czarzastego. Zgodnie z nimi w PiS miały pojawić się rozważania, czy nie zagrać koalicji na nosie i próbując odwołać obecnego marszałka, nie wystawić jednocześnie kandydatury Szymona Hołowni. Ostatecznie do tego nie doszło.
Podobnie w ostatnich tygodniach wrócił temat dotyczący prób szukania nowej większości jeszcze w tej kadencji parlamentu z udziałem PSL. W ten scenariusz również nie dowierzają w Pałacu Prezydenta. - Jestem przekonany, że sam prezes Kaczyński nie wierzy w koncepcję, że Kosiniak-Kamysz jest skłonny z nami pójść. W ostatnich latach było już tylu polityków PiS mówiących, że mają dobre przeloty z Kosiniakiem-Kamyszem i że wszystko załatwione, że teraz takie rewelacje mają mniejsze znaczenie niż za pierwszym razem. Poza tym szef PSL czy jego otoczenie, w tym rodzina, pewnie nie są gotowi nieść jarzmo wejścia w koalicję z PiS. Psychicznie byłoby to dla nich trudne, a taki TVN by im tego nigdy nie wybaczył - przekonuje rozmówca z otoczenia prezydenta. Choć, jak zaznacza, w kolejnej kadencji Sejmu wszystko jest możliwe, a zależeć to będzie od wyników wyborów w 2027 roku.
Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki, dziennikarze wp.pl i money.pl