Niemiecka prasa ostrzega przed zapędami Trumpa
Według rządu w Berlinie ocena interwencji USA w Wenezueli jest "złożoną" kwestią. Niemiecka prasa komentuje tę powściągliwą reakcję i ostrzega przed zapędami Trumpa.
"Światowe reakcje na posunięcie Trumpa w Wenezueli są podzielone: jedni chwalą amerykańskiego prezydenta, inni go potępiają. Rząd (Friedricha) Merza desperacko stara się nie zrobić ani jednego, ani drugiego" – pisze we wtorek niemiecki dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" (FAZ), komentując wypowiedzi przedstawicieli niemieckiego rządu na temat amerykńskiej interwencji w Wenezueli i pojmanie prezydenta tego kraju Nicolasa Maduro.
Jak zauważa autor komentarza Berthold Kohler, zarówno kanclerz Merz, jak i minister spraw zagranicznych Johann Wadephul stwierdzili, że prawna klasyfikacja tej interwencji jest "złożona", co może zadziwić nie tylko ekspertów od prawa międzynarodowego. Bowiem z czysto prawnego punktu widzenia "atak na Caracas i porwanie Maduro przez amerykańskie siły zbrojne stanowią wyraźne naruszenie zakazu użycia siły oraz suwerenności i integralności terytorialnej Wenezueli, niezależnie od tego, czy Maduro jest baronem narkotykowym, czy nie. Fakt, że były już przywódca nie był uważany za legalnego prezydenta, również nie usprawiedliwia ataku. W Nowym Jorku Maduro nie zostanie oskarżony o fałszowanie wyborów" – wskazuje Kohler.
Merz nie chce ryzykować
Jego zdaniem dobrze wiedzą o tym również Merz i Wadephul, którzy są prawnikami. "Jednak w pierwszym rzędzie są politykami, którzy ponoszą polityczną odpowiedzialność za Niemcy i to ona powstrzymuje ich przed tym, by zakwalifikować działania Trumpa bez ogródek jako naruszenie prawa międzynarodowego" – pisze dziennikarz "FAZ". Za główny powód tego kluczenia uważa on nadzieję w Berlinie, że Amerykanom uda się nakłonić Rosję do zawieszenia broni w Ukrainie.
Merz "nie chce ryzykować swoich dobrych relacji z Trumpem poprzez otwartą krytykę Waszyngtonu. Tylko na podstawie tych osobistych kontaktów Berlin może wpływać na poglądy i decyzje amerykańskiego prezydenta. I tylko ci, których Trump uważa za przyjaciół dzięki ich życzliwości i pochlebstwom (co może się szybko zmienić), mogą zrównoważyć fatalny wpływ, jaki Putin stale na niego wywiera, co słychać i widać po każdej rozmowie telefonicznej między nimi" – ocenia Kohler.
"Od gotowości Trumpa do słuchania Europejczyków i jego dobrej woli zależy nie tylko przyszły los Ukrainy, ale także bezpieczeństwo i pokój w całej Europie (…) Trump, zwabiony ropą z Wenezueli i chcąc odwrócić uwagę od faktu, że obiecana ‚złota era' dla Amerykanów nadal pozostaje raczej mglistą wizją, jeszcze bardziej przyspieszył proces umacniania się prawa silniejszego na świecie. Niemcy nie są w stanie temu przeciwdziałać, ponieważ są słabe militarnie i nie są już światową potęgą gospodarczą. Muszą podjąć drastyczne kroki i szukać ścisłej współpracy z tymi europejskimi sojusznikami, którzy rozumieją, jakie czasy nastały. Kiedy Trump wyśle wojska na Grenlandię, nie wystarczy już powiedzieć, że sytuacja jest złożona" – pisze dziennikarz "FAZ".
Groźby Trumpa w sprawie Grenlandii
Gazeta "Neue Osnabruecker Zeitung" zauważa, że podobnie do Berlina zareagowały inne europejskie stolice i Bruksela. "Zamiast występować jako autorytet moralny, UE ogranicza się do roli zwykłego obserwatora, który przyjmuje działania USA bez sprzeciwu. Wahania państw europejskich mają swoją cenę.
Kto w przypadku każdego naruszenia prawa międzynarodowego przez Rosję i Chiny reaguje zdecydowanie, ale w przypadku własnych sojuszników, podkreśla – jak kanclerz Friedrich Merz – przede wszystkim 'złożoność’ sytuacji i gra na czas, ten sprawia, że słynny 'porządek oparty na zasadach’ staje się pustym frazesem. Nawet megalomańska fantazja Trumpa dotycząca Grenlandii, którą szokuje on europejskich partnerów, nagle jawi się w innym świetle" – pisze dziennik z Osnabrueck.
W ocenie gazety "Frankfurter Rundschau" Europejczycy powinni byli potępić "niezgodne z prawem międzynarodowym samowolne działania Donalda Trumpa wobec Wenezueli, tak jak uczyniła to później większość członków ONZ". "W końcu Niemcy i inne państwa UE są uzależnione od porządku światowego opartego na zasadach i dlatego powinny się za nim opowiadać" pisze.
"Nie wystarczy sprzeciwiać się promującej prawo silniejszego polityce Trumpa za pomocą miękkich oświadczeń i w obawie przed nastrojami prezydenta USA. Zwłaszcza że nie jest pewne, czy jego brutalne działania będą sukcesem na dłuższą metę. Postępowanie USA dowodzi jednak, że Trump chce realizować również inne swoje imperialistyczne cele.
Dlatego sensowne byłoby, gdyby Niemcy i inne państwa UE, a nie tylko kraje skandynawskie, jednoznacznie opowiedziały się za Grenlandią jako częścią starego kontynentu, odrzucając w ten sposób jawną groźbę Trumpa" – dodaje gazeta z Frankfurtu nad Menem.
Przeczytaj także:
Amerykańska dominacja
Przed zapędami prezydenta USA ostrzega też lewicowa gazeta "Junge Welt". "Teraz liczy się wyłącznie czysta siła. Deklarowanym celem Trumpa jest ponowne umocnienie dominacji Stanów Zjednoczonych na zachodniej półkuli" – ocenia dziennik.
"A Grenlandia, która dla Trumpa należy do zachodniej półkuli? Wyspa jest bezbronna. Ani Dania, ani UE nie byłyby w stanie jej bronić, zwłaszcza w czasie, gdy UE pogrąża się coraz bardziej w kryzysie i i tak już jest przeciążona wojną w Ukrainie. Nie, to wszystko niekoniecznie oznacza, że Waszyngton uznaje dalsze najazdy za najlepsze opcje; nawet lokalny zbir ma czasem sprawy, które powstrzymują go przed biciem. Zazwyczaj jednak nie są one znane. Lepiej więc być przygotowanym na wszelkiego rodzaju ataki – i to już od teraz" – dodaje "Junge Welt".