Nie da się ufać sojusznikowi, który ciągle grozi wojną handlową [OPINIA]
Donald Trump dopiero co w sobotę rano rozpoczął wojnę w Iranie, a już we wtorek zagroził kolejną – tym razem handlową z Hiszpanią. To pokazuje, jak złe są dziś transatlantyckie relacje. A że nic nie wskazuje, by Trump miał zmienić swój sposób komunikacji z europejskimi sojusznikami, to mogą się one tylko pogarszać - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
W trakcie otwartego dla dziennikarzy spotkania z kanclerzem Niemiec, Friedrichem Merzem, w Białym Domu Trump wychwalał swojego gościa i współpracę z Niemcami, skrytykował za to brytyjskiego premiera i rząd Hiszpanii, który nie zgodził się na to, by amerykańskie wojska użyły dwóch hiszpańskich baz wojskowych do ataków na Iran. Amerykański prezydent stwierdził, że Hiszpania zachowała się "okropnie" i "nieprzyjaźnie" i że Stany "nie chcą z nią mieć nic wspólnego". Zapowiedział też zerwanie wszelkich relacji handlowych z Hiszpanią.
Biorąc pod uwagę, że Hiszpania jest częścią Unii Europejskiej, która negocjacje handlowe z zewnętrznymi partnerami prowadzi jako jeden blok – z którym Trump wynegocjował porozumienie handlowe w lecie zeszłego roku – można wątpić, czy groźba embarga handlowego kiedykolwiek się zmaterializuje. W takiej sytuacji Hiszpania naciskałaby na odpowiedź innych państw Unii, co mogłoby się przerodzić w pełnoekranową wojnę handlową na linii Unia Europejska-Stany, co nie jest w amerykańskim interesie. Trump wysuwał podobne groźby pod adresem Hiszpanii już jesienią zeszłego roku – wtedy chodziło o procent PKB wydawany na obronność – i nigdy ich nie spełnił.
Samo jednak to, że taka groźba pada publicznie jako narzędzie dyscyplinowania nie dość pokornego sojusznika pokazuje, jak złe są dziś transatlantyckie relacje. A że nic nie wskazuje, by Trump miał zmienić swój sposób komunikacji z europejskimi sojusznikami, to mogą się one tylko pogarszać.
Ataki Izraela. "Należało się tego spodziewać"
Gra Sancheza
Nie da się przy tym ukryć, że Sanchez zrobił wiele, by zwrócić na siebie uwagę Trumpa. Hiszpański premier nie tylko nie zgodził się na wykorzystanie hiszpańskich baz, ale także ze wszystkich europejskich przywódców najbardziej zdecydowanie potępił atak na Iran jako sprzeczny z prawem międzynarodowym. Już wcześniej krytykował politykę Trumpa wobec Gazy i porwanie prezydenta Wenezueli Nichalasa Maduro. Wszystko to pozwala uznać Sancheza za antagonistę Trumpa w Unii Europejskiej.
Dlaczego premier Hiszpanii ustawia się w tej roli? Niezależnie od kierujących nim zasad istotne znaczenie ma też sytuacja wewnętrzna w Hiszpanii. Sanchez i jego partia – socjalistyczna PSOE – są głęboko niepopularni, zużył ich długi czas sprawowania władzy i liczne korupcyjne afery. Sondaże dają średnio sześć punktów procentowych przewagi głównemu konkurentowi PSOE, chadekom z Partii Ludowej (PP), a mocne trzecie miejsce z 19 proc. zajmuje antysystemowa prawica z VOX.
Konflikt z Trumpem może być narzędziem pozwalającym Sanchezowi zgromadzić wokół siebie Hiszpanów i zbudować poparcie. W Hiszpanii Trump jest skrajnie niepopularny, nawet jak na Europę – w jednym z sondaży 80 proc. badanych uznało go za zagrożenie dla pokoju światowego.
Sanchez nie przestraszył się słów Trumpa z wtorku. W środę odpowiedział na nie w specjalnym oświadczeniu, gdzie podkreślił przywiązanie Hiszpanii do prawa międzynarodowego i zaznaczył, że wszelkie renegocjacje relacji handlowych z Hiszpanią muszą się toczyć z poszanowaniem odpowiednich procedur.
Trump do tej pory częściej groził wojnami handlowymi, niż realnie je prowadził na naprawdę bolesną dla wszystkich skalę, stąd skrót TACO – Trump Always Chickens Out - Trump zawsze tchórzy. Sanchez liczy, że dzięki poparciu Unii tak stanie się też w przypadku nowych gróźb Trumpa. Hiszpański eksport do Stanów nie jest przy tym szczególnie istotny dla hiszpańskiej gospodarki, choć istotną rolę odgrywa import ropy i skroplonego gazu ze Stanów – i tu Trump miałby teoretycznie największe narzędzie nacisku na Hiszpanię.
Jakie karty ma Europa?
Czy Europa faktycznie byłaby gotowa użyć swojej siły jako bloku handlowego, by bronić Hiszpanii przed gniewem Trumpa? Prezydent Rady Europejskiej António Costa, poinformował na portalu X, że rozmawiał przez telefon z Sanchezem i zapewnił go o pełnej solidarności Unii z Hiszpanią: "Unia zawsze dołoży wszelkich starań, by interesy jej członków były w pełni chronione". O swojej solidarności z Hiszpanią zapewnił też prezydent Francji Emmanuel Macron.
Ale już kanclerz Merz siedział biernie koło Trumpa w Białym Domu, słuchając jak ten grozi embargiem innemu państwu Unii. Postawa Merza spotkała się z krytyką także w Niemczech – gdzie Trump także jest bardzo niepopularny. Kanclerz usprawiedliwiał się, że nie chciał eskalować sytuacji, wdając się publicznie w spór z prezydentem. Zapewnił przy tym, że później, w prywatnej rozmowie, miał wytłumaczyć Trumpowi, że Hiszpania jest częścią wspólnego rynku i próba zablokowania handlu z Hiszpanią miałaby konsekwencje dla relacji całego bloku ze Stanami.
Trudno jednak się oprzeć wrażeniu, że Merz, przytłoczony wszystkimi problemami Niemiec – ciągnąca się kolejny rok stagnacja gospodarcza, wysokie ceny energii i zależność energetyczna od Stanów, konkurencja ze strony chińskiego przemysłu, wojna w Ukrainie – uznał, że musi bardzo uważnie postępować z Trumpem, bo Niemcy nie mają kart, by pozwolić sobie na otwarty konflikt z sojusznikiem zza oceanu. Zwłaszcza gdyby miał na nim ucierpieć niemiecki eksport do Stanów.
I Trump wydaje się zakładać, że Europa w relacjach z nim nie ma kart, że nie jest w stanie wypracować wspólnej polityki, że będzie w stanie rozgrywać przeciw sobie mniejsze państwa, a te będą musiały ustępować.
Na dłuższą metę tak się nie da
Trump nie jest tu niestety bez racji. Europa w bolesny sposób przekonuje się właśnie, jaka jest cena braku nawet nie autonomii strategicznej, co lat zaniedbań budowania własnej siły wojskowej i outsourcingu bezpieczeństwa na sojusznika zza oceanu. Nasz kontynent płaci też cenę za niedoskonałości wspólnego rynku, niepozwalające w pełni wykorzystać europejskiego potencjału, czy za błędy w polityce energetycznej. Sytuacja Niemiec nie byłaby dziś tak napięta, gdyby nie decyzja o wygaszeniu energetyki jądrowej – pozbawiona podstaw merytorycznych, choć podążająca za nastrojami społecznymi.
Ale nawet jeśli dziś kraje europejskie nie mają wyboru i muszą czasem ustępować Trumpowi, to jednocześnie podstawowy instynkt samozachowawczy powinien nakazywać, by następnym razem do stołu z amerykańskim prezydentem zasiąść, trzymając w ręku mocniejsze karty. Nikt rozsądny nie chce dziś zrywać relacji transatlantyckich, zwłaszcza w Polsce są one niezbędne dla bezpieczeństwa, ale Europa musi zacząć realnie działać, by w dłuższej perspektywie ustawiać się w nich bardziej podmiotowej roli.
Bo Trump pokazuje, jakie ryzyko wiąże się z sojuszem na obecnych zasadach. Tam, gdzie inni amerykańscy prezydenci w imię długotrwałych interesów potrafili nałożyć sobie ograniczenia w formułowaniu żądań wobec europejskich sojuszników, tam Trump gotów jest zaadaptować maksymalną presję, by uzyskać to, czego w danej chwili pragnie. A często są to żądania zupełnie absurdalne i nie do zaakceptowania w punkcie wyjścia – by przypomnieć sprawę Grenlandii.
Jeśli w ten sposób Trump wysuwając podobne żądania i ciągle uciekając się do handlowego szantażu, przebudzi Europę, to będzie to paradoksalny pozytywny efekt prezydentury na transatlantyckie relacje.
Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek
Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu Filmweb. Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".