Najgenialniejszy naród świata i jego nowa szkoła dyplomacji [OPINIA]
Nikogo nie powinny już zaskakiwać kontrowersyjne i szorstkie wypowiedzi ambasadorów USA w różnych krajach świata. Amerykańska dyplomacja wkroczyła na nowe tory i zapewne szybko z nich nie zejdzie.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Waszyngton słynie nie tylko z Białego Domu czy Kapitolu, lecz także z imponujących muzeów. Większość zachwyca, choć są też takie, które budzą co najmniej mieszane uczucia.
Narodowe Muzeum Indian Amerykańskich opowiada głównie o martyrologii tubylczej ludności. O tym, jak indiańskie szczepy były wyrzynane (bo były), ograbiane z należących do nich terenów (owszem), oszukiwane i dyskryminowane. Historycznie wszystko się zgadza i nikt nie ma wątpliwości, że Ameryka ma się tutaj czego wstydzić. Jednak w tym samym muzeum dużo mniej miejsca poświęcono kulturze Siuksów, Czirokezów czy Apaczy, ich obyczajom, tradycjom, językom. Jakich używali instrumentów muzycznych, w co się ubierali, co jedli, co pili. W skrócie: samobiczowanie jest niekiedy wskazane, ale - na Boga - nie w takiej dawce.
Burza wokół Czarzastego. Mocne komentarze z Sejmu ws. ambasadora USA
Są też instytucje stosownie "wyważone", jak np. Narodowe Muzeum Afroamerykańskiej Historii i Kultury. W podziemiach: wstrząsające dzieje niewolnictwa i rasowej segregacji. Na wyższych kondygnacjach zaś optymistyczna narracja o tym, jak czarnoskórzy Amerykanie stawali się powoli pełnoprawnymi obywatelami, wybitnymi pisarzami, szanowanymi profesorami czy bohaterami popkultury (wśród eksponatów m.in. trąbka Louisa Armstronga i rękawice bokserskie Muhammada Alego). Na końcu docieramy, jakżeby inaczej, do słynnego plakatu z Barackiem Obamą i napisem "Hope".
Z kolei słynne Narodowe Muzeum Lotnictwa i Kosmosu to jeden wielki - i absolutnie zasłużony - pean na cześć amerykańskiej nauki, innowacji i zmysłu inżynieryjnego. Wprawdzie dowiemy się też co nieco o Sputniku i o Gagarinie, ale przekaz całej ekspozycji jest jednoznaczny i przytłaczający: "Jesteśmy Największym, Najwspanialszym i Najgenialniejszym Narodem na tej planecie. I nie zapraszamy do dyskusji, bo nie ma o czym".
Zastanawiacie się Państwo zapewne, dlaczego rozwodzę się o waszyngtońskich muzeach, pisząc felieton o współczesnej polityce zagranicznej USA. Śpieszę z wyjaśnieniem: otóż różnica między amerykańską dyplomacją jeszcze sprzed kilku lat, a tą obecną, jest mniej więcej taka, jak między Muzeum Indian, a Muzeum Lotnictwa i Kosmosu. Od skłonności (jednak) do uznawania własnych błędów czy zrozumienia dla oczekiwań partnerów, przeszliśmy do glorii, chwały i nieomylności.
Kilka dni temu Biały Dom wrzucił do mediów społecznościowych "patriotyczny" klip, z Donaldem Trumpem w roli głównej, w którym pojawia się sformułowanie "Nie przepraszamy za to, że [ciągle] wygrywamy" oraz, trudniej przetłumaczalne, "We are fully, proudly, and unapologetically American". Z grubsza: "Jesteśmy w pełni, dumnie i bezkompromisowo amerykańscy". Aczkolwiek wyraz "bezkompromisowo" brzmi w tym kontekście zbyt miękko. Raczej: "Nie mamy zamiaru przepraszać za naszą amerykańskość".
Tak mogłoby dziś brzmieć motto wszystkich dyplomatów, mianowanych i ekspediowanych w różne zakątki globu przez Donalda Trumpa. A szczególnie tych urzędników, którzy starają się od czasu do czasu podkreślić swoją lojalność - polityczną czy osobistą - wobec prezydenta czy całego obozu Republikanów. Niestety, takie wysiłki niekiedy pociągają za sobą pewne turbulencje.
Wysłannicy Trumpa, broniąc jego decyzji czy deklaracji, i przy braku solidniejszych argumentów, uciekają się właśnie do języka "bezkompromisowości". Jak Thomas Rose, reprezentujący interesy USA nad Wisłą, w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej". Powtórzył on w nim m.in. swoje zarzuty wobec marszałka Czarzastego oraz ogłosił, jaki rząd w Warszawie (po wyborach w 2027 roku) byłby "nieakceptowalny" dla obecnej administracji.
Od reguły "bezkompromisowości" są oczywiście wyjątki. Gdy kilka tygodni temu wybuchła burza po wypowiedzi Trumpa na temat udziału państw NATO w wojnie w Afganistanie, amerykańskie placówki zaczęły zarządzać kryzysem, publikując koncyliacyjne tweety. Naturalnie, żadne przeprosiny nie padły, o co akurat do Trumpa i jego przybocznych pretensji mieć nie powinniśmy.
W polityce, zwłaszcza zagranicznej, za własne słowa czy gesty się nie przeprasza. I od tej akurat reguły wyjątków nie ma.
W ostatnim czasie wielu komentatorów, oceniając zachowanie ambasadorów z nadania Trumpa, zaczęło używać określenia "Wolf Warriors" ("Wilki wojny"), dotąd zastrzeżonego dla dyplomatów chińskich - znanych z asertywnego, bojowego, a wręcz aroganckiego stylu uprawiania tego zawodu.
Czas pokaże, czy ich odpowiednicy ze Stanów Zjednoczonych podążą, już nieodwracalnie, tą samą drogą.
Ja zawsze podziwiałem racjonalny balans między profesjonalizmem amerykańskiej dyplomacji oraz przekonaniem, że Jankesi są zawsze Najwspanialsi i Najgenialniejsi.
Tę zdrową równowagę widać np. w… Muzeum Kolejnictwa na obrzeżach Strasburga w stanie Pensylwania (3 tys. mieszkańców). Przeurocze miejsce, z fantastyczną kolekcją ponad stu historycznych parowozów, lokomotyw i wagonów. Jest duma z narodowej historii i technologicznej potęgi, ale jest też wyczuwalna w powietrzu skromność i pokora małomiasteczkowej Ameryki. Tym bardziej, że ktoś wpadł na pomysł, aby w budynku muzeum zainstalować dwie ogromne makiety kolejek. Czego tutaj nie ma! Sklepy, restauracje, stacje benzynowe, wystrzyżone trawniki, lasy, mosty, wiadukty. Raj dla 5-latków i dla 90-latków.
Znajdziemy także lilipucie pole golfowe, z miniaturowymi graczami, w różnych pozach. Jedna z postaci wydaje się nawet znajoma. Gdy jednak przyjrzeć się bliżej…
Nie, to jednak nie on.
Donald Trump nie wpasowałby się w Muzeum Kolejnictwa w Strasburgu. Jest ono, owszem, "beautiful", ale na pewno nie wystarczająco "big".