Magierowski: Atak na Iran i lekcje z Iraku
Ostateczny upadek islamskiej dyktatury wywołałby na pewno oddech ulgi w większości państw i społeczeństw Bliskiego Wschodu. Niemniej możemy być równie blisko powtórki z Iraku: totalnego chaosu, terroru, katastrofy humanitarnej i gospodarczej.
"Przed chwilą siły zbrojne USA rozpoczęły operację wojskową w Iranie. Naszym celem jest obrona narodu amerykańskiego poprzez wyeliminowanie bezpośredniego zagrożenia płynącego ze strony irańskiego reżimu […] Próbował on odbudować swój program nuklearny, który może zagrażać naszym dobrym przyjaciołom i sojusznikom w Europie. Zrobimy wszystko, aby Iran nie zyskał dostępu do broni jądrowej. […] Zwracam się też do wspaniałego, dumnego narodu irańskiego. Wasza wolność jest dziś na wyciągnięcie dłoni. Nadszedł moment, w którym powinniście sami zdecydować o swoim losie. Nadeszła chwila działania. Nie zmarnujcie jej".
To słowa Donalda Trumpa, 47. prezydenta USA, z 28 lutego 2026, gdy ogłaszał uderzenie na Teheran.
Atak USA i Izraela na Iran. Pierwsze nagrania z Teheranu i reakcja Trumpa
"Moi rodacy, w tej właśnie chwili siły amerykańskie i wojska koalicyjne rozpoczęły militarną operację, która ma na celu rozbrojenie Iraku, oswobodzenie narodu irackiego i uchronienie świata przez ogromnym niebezpieczeństwem […] Naród Stanów Zjednoczonych, nasi przyjaciele i sojusznicy, nie mogą zdać się na łaskę reżimu, który posiada broń masowego rażenia i zagraża pokojowi […] Przybywamy do Iraku z ogromnym szacunkiem dla jego obywateli i wielkiej cywilizacji […] Naszym jedynym zamierzeniem jest usunięcie groźby i przekazanie kontroli nad tym krajem narodowi irackiemu".
To słowa George W. Busha, 43. prezydenta USA, wypowiedziane 19 marca 2003 r. w telewizyjnej przemowie, gdy obwieszczał wojnę przeciwko Saddamowi Husajnowi.
Zbieżność między tymi dwoma wystąpieniami jest uderzająca. Podobnie jak pretekst do ataku. Zarówno Irak, jak i Iran, miały terroryzować cały świat, dążąc do zbudowania własnego, śmiercionośnego arsenału. W przypadku Saddama Husajna - broni chemicznej i biologicznej (dowody, jak pamiętamy, okazały się co najmniej mocno naciągane), w przypadku irańskiej teokracji - głowic atomowych i rakiet balistycznych.
Najważniejsze jest jednak to, czy odnajdziemy, za jakiś czas, podobnie intrygującą paralelę między geopolitycznymi skutkami obu wojen - tej z 2003 roku i tej, która zaczęła się kilka godzin temu.
Czy dojdzie do obalenia reżimu ajatollahów? Tak jak 23 lata temu usunięto "rzeźnika z Tikritu"? Husajn ukrywał się przed Amerykanami (i swoimi rodakami) przez kilka miesięcy, został w końcu ujęty, skazany i powieszony. Czy podobny los spotka najwyższych przedstawicieli irańskiej dyktatury?
Bardziej prawdopodobne wydają się dwa inne scenariusze.
Po pierwsze: zgładzenie duchowego przywódcy Alego Chamenei, prezydenta Masuda Pezeszkiana oraz najważniejszych dowódców armii i Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (gdy piszę te słowa, media donoszą, iż Izraelczycy dokonali próby "dekapitacji", a nawet, że była ona udana). Po drugie: dezercja z pola bitwy i ucieczka, np. do Moskwy, wzorem syryjskiego satrapy Baszara al-Asada.
Czy Irańczycy raz jeszcze wyjdą na ulice i przyspieszą koniec tyranii? Tak jak uczynili to w 1979 roku, obalając rządy szacha Rezy Pahlawiego i wynosząc do władzy… ajatollahów. Niestety, może się to skończyć kolejną, krwawą łaźnią, gdyż reżim w Teheranie będzie się bronił do końca. Nawet kosztem własnego, późniejszego "męczeństwa". Kapitulacja przed masami nie wchodzi w grę. O czym świadczy m.in. fakt, że Iran zaatakował dzisiaj pociskami dalekiego zasięgu także sojuszników USA w regionie: nie tylko Izrael (czego można było się spodziewać), lecz również Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt i Jordanię. Oraz amerykańskie bazy w Iraku, Katarze i Bahrajnie. Mówiąc krótko: mamy do czynienia z obficie krwawiącym, rozwścieczonym drapieżnikiem, który miota się w ciasnej klatce.
Tak czy inaczej, wiele wskazuje na to, że tym razem nie skończy na "chirurgicznych" nalotach. Po oświadczeniu Donalda Trumpa, a także po orędziu Benjamina Netanjahu, nikt już nie ma wątpliwości, o co chodzi w tej operacji. Szczególnie premier Izraela mawiał zawsze wprost, że Iran zawsze będzie stanowił egzystencjalne zagrożenie dla jego kraju i wszystkich Żydów, dopóki w Teheranie u władzy pozostaną ajatollahowie. Niezależnie od kolejnych porozumień, negocjacji, kompromisów. Z drugiej strony w swoim wystąpieniu Netanjahu podkreślał, że pod jarzmem teokracji najbardziej cierpi sam naród Iranu. "Nie jesteśmy Waszymi wrogami, a Wy nie jesteście naszymi wrogami" - mówił szef izraelskiego rządu do zwykłych Irańczyków. "Wierzę, że w końcu nasze narody połączą wysiłki i razem zadbają o pokój i bezpieczeństwo w regionie".
Niewykluczone, że jesteśmy blisko takiej właśnie perspektywy. Ostateczny upadek islamskiej dyktatury i wznowienie normalnych relacji Iranu z Waszyngtonem i Jerozolimą wywołałoby na pewno oddech ulgi w większości państw i społeczeństw Bliskiego Wschodu. Niemniej możemy być także blisko powtórki z Iraku: totalnego chaosu, terroru, rozpętania waśni etnicznych i religijnych, katastrofy humanitarnej i gospodarczej.
Oby spełnił się ten pierwszy scenariusz. Inszallah, jak mawiają i Arabowie, i Persowie. A czasami nawet także sami Żydzi.
Marek Magierowski
Autor to analityk Wirtualnej Polski ds. geopolityki, dyrektor programu "Strategia dla Polski" w Instytucie Wolności, ambasador RP w Izraelu (2018-21) i Stanach Zjednoczonych (2021-24), były wiceminister spraw zagranicznych