Trwa ładowanie...

Łukasz Warzecha: liberał, czyli zło wcielone

Nikt nie wyrządził takiej krzywdy liberalizmowi jak łże-liberałowie w rodzaju Donalda Tuska lub polityczni trefnisie w rodzaju Korwin-Mikkego, występujący pod liberalnym sztandarem. To dzięki takim politykom Jarosław Kaczyński może dzisiaj z powodzeniem odgrzewać szkodliwy podział na „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną” oraz straszyć „liberałami” - pisze w felietonie dla WP.PL Łukasz Warzecha.
Share
Jarosław Kaczyński
Jarosław KaczyńskiŹródło: PAP, Fot: Darek Delmanowicz
d3y27p4

Czytaj także wcześniejsze felietony Łukasza Warzechy

Ten podział dał Kaczyńskiemu zwycięstwo w 2005 r. Dzisiaj powraca w nieco tylko odświeżonej postaci, jednak sens i cel jest są te same. Różnica jest taka, że przez sześć lat swoich rządów Platforma Obywatelska zdążyła gruntownie skompromitować liberalne hasła, pod jakimi objęła władzę, a więc wspomniany podział trafia obecnie na jeszcze podatniejszy grunt.

Klasyczny liberalizm opierał się na kilku założeniach. Jednym z nich było, że naturalnym dążeniem człowieka jest chęć zapewnienia sobie pomyślności materialnej. Innym, że ludzie zwykle nie lubią, gdy narzuca się im wybory i decyzje. Że od państwa nie oczekują nachalnej opieki i pouczeń, ale stworzenia uczciwych i równych warunków dla wszystkich. Niestety, klasyczni liberałowie ze szkoły Adama Smitha nie przewidzieli, że ten naturalny instynkt wolności i odpowiedzialności może w niektórych okolicznościach, miejscach, okresach wygasać. Z tym mamy dzisiaj do czynienia. Sentyment ogromnej części Polaków nie jest po stronie wolności, a oczekiwania wobec państwa są ogromne. Jarosław Kaczyński odpowiada na to zapotrzebowanie.

d3y27p4

Jeśli z kolei zajrzeć dzisiaj do przemówień Tuska sprzed sześciu lat, kwestia osobistej wolności jest w nich na pierwszym miejscu. Państwo miało zaufać obywatelom, stworzyć im dobre warunki do działania, nie ingerować w ich wybory. Co z tych obietnic zostało, widać gołym okiem: drastyczne podwyżki podatków, niesłabnąca samowola skarbówki, inwigilacja obywateli i kolejne zamachy na naszą wolność. System fotoradarów, absurdalna ustawa śmieciowa, której skutkiem musi być kolejny poziom kontroli obywateli, wyposażenie kolejnych służb w daleko idące uprawnienia, podsłuchy i kontrola billingów, próba wprowadzenia ACTA, restrykcyjny zakaz palenia, Rychu, Zbychu i ich biznesowi kumple… Trudno się dziwić, że znaczna część wyborców reaguje alergicznie na samo słowo „liberalizm”.

Kaczyński sytuuje się na przeciwległym biegunie, tyle że nie wobec praktyki Tuska, ale wobec jego dawnej – bo już nawet nie obecnej – retoryki. Jeśli przyjrzeć się ostatnim wypowiedziom prezesa PiS – w tym zwłaszcza wywiadowi dla „Rzeczpospolitej” – widać kilka tropów. Po pierwsze – w wielu sprawach diagnoza i wskazanie problemów są trafne. Po drugie –niezłomna wiara lidera najważniejszej partii opozycyjnej (a być może przyszłego szefa rządu) we wszechmoc państwa, które jest w stanie urządzić obywatelom życie we właściwy sposób. Po trzecie – brakuje niemal całkowicie odwołań do takich wartości, jak wspomniane pragnienie wolności, odpowiedzialność za własne decyzje, wiara w mądrość i zapobiegliwość obywateli. Pod tym względem dzisiejsze deklaracje Kaczyńskiego przypominają do złudzenia jego retorykę z 2005 r. Wtedy również wiele było mowy o kontroli, o ważnej roli państwa, o konieczności sprawdzania biznesu, za to ani słowa o tym, jakie mają być zabezpieczenia przed nadużyciami i naturalną tendencją państwa
do poszerzania swoich uprawnień.

Dziś Kaczyński popada momentami w skrajny populizm. Takim stricte populistycznym pomysłem jest wprowadzenie 39-procentowej stawki PIT dla „najbogatszych”. Po pierwsze, nie wiemy, kto dla Jarosława Kaczyńskiego jest „najbogatszy”. Jeśli ma na myśli osoby pokroju Jana Kulczyka, to można być pewnym, że żadna z nich tego podatku nie zapłaci. Nie od tego zatrudniają za grube pieniądze magików od „optymalizacji podatkowej”. Obawiam się jednak, że grający na niskich instynktach Kaczyński za „najbogatszych” uzna już tych, którzy zarabiają trochę powyżej średniej wynagrodzeń w dużych miastach. Uderzy zatem swoim podatkiem w klasę średnią, którą podobno chce wspierać. Z nowego podatku ma przybyć ponad 20 miliardów złotych. Obawiam się, że te szacunki spełnią się w takim samym stopniu jak szacunki Rostowskiego dotyczące wpływów z mandatów.

Prezes PiS twierdzi, że w zamian wprowadzi ulgi inwestycyjne dotyczące przedsięwzięć, promujących rozwój. Trudno to sobie wyobrazić. Jakich inwestycji ma dokonywać osoba fizyczna – a przecież taka płaci progresywny PIT? Jakich inwestycji wspierających rozwój może dokonać, zwłaszcza jeśli granica najwyższej stawki podatkowej zostanie ustawiona stosunkowo nisko, a zatem obejmie ona ludzi, których nie stać np. na wybudowanie nowego domu czy zainwestowanie w mieszkania na wynajem, ale stać ich wciąż na w miarę wygodne życie?

d3y27p4

Umowy cywilnoprawne to dla Kaczyńskiego oczywiście „umowy śmieciowe”, które trzeba stopniowo zastępować umowami o pracę. Tu nastąpiło częściowe ustępstwo, ale tylko chwilowe. Istota sprawy pozostaje ta sama: nie dawać ludziom wyboru formy zatrudnienia. Państwo wie lepiej, czego chcą i czego im potrzeba. Nie znajdziemy natomiast w deklaracjach lidera PiS żadnych wątków, dotyczących poważnych redukcji w administracji, wprowadzenia autentycznej odpowiedzialności urzędników za błędy, radykalnego uproszczenia systemu podatkowego i wszystkiego tego, co łączy się z odchudzeniem, ale tym samym także usprawnieniem państwa.

We wspomnianym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” jest jedno bardzo rozsądne zdanie. Pada pytanie: „Jak pan chce zlustrować biznes?”. Kaczyński odpowiada: „Porządne państwo i dobrze działający rynek — gdzie nie trzeba łapówek i znajomości — same to uregulują”. Zapewne nieświadomie prezes PiS przedstawił tu najlepszy pomysł na stworzenie dobrych warunków dla ludzkiej wolności i przedsiębiorczości. Niestety, nie wyciągnął z tego konsekwencji dla całości swojego programu.

Łukasz Warzecha

d3y27p4

Podziel się opinią

Share
d3y27p4
d3y27p4
Więcej tematów