Kulisy rządowej strategii w sprawie rewizji ETS
Rząd Donalda Tuska szykuje dwutorową ofensywę w sprawie ETS - krótkoterminową na najbliższym szczycie UE i długofalową w ramach rewizji całego systemu. Stawka jest wysoka: chodzi o ceny energii, konkurencyjność przemysłu i polityczny kapitał przed wyborami parlamentarnymi. Wirtualna Polska widziała list premiera i szefów rządów dziewięciu państw UE do Komisji Europejskiej w tej sprawie.
Zaczyna się długa walka w sprawie rewizji ETS, której finał może przypaść na finisz przyszłorocznej kampanii wyborczej w Polsce. Postulaty łagodzenia polityki klimatycznej już przebijają się do politycznego mainstreamu, ale teraz kolejne kilkanaście miesięcy będzie kluczowe. Z jednej strony Polska powinna zdecydować, co w sprawie ETS 2 i związanych z tym systemem aktów prawnych, na przykład wdrożenia dyrektywy budynkowej. Z drugiej strony na agendzie jest to, co robić z obecnym systemem ETS i planami zaostrzenia polityki dekarbonizacyjnej.
Rządowa strategia zakłada walkę na dwa tempa. Z jednej strony na najbliższym szczycie UE o obietnicę korekt w ETS, ale z drugiej - bardziej długofalowo - o duże korekty w ramach zaczynającej się właśnie rewizji ETS.
Pierwszy ruch to list, jaki premier Donald Tusk wysłał razem z dziewięcioma innymi szefami rządów do przewodniczącego Rady Europejskiej António Costy i szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen.
List do Brukseli
Wirtualna Polska widziała pismo. Autorzy podkreślają w nim, że sukces zielonej transformacji jest możliwy jedynie wówczas, gdy europejska baza przemysłowa pozostanie silna.
"Dziś widzimy, że ścieżka przewidziana przez unijny system handlu uprawnieniami do emisji (ETS) do 2034 r. jest zbyt stroma i nadmiernie ambitna. (...) W połączeniu z wysokimi cenami energii i wygaszaniem bezpłatnych uprawnień w ramach ETS obecne ramy stały się egzystencjalnym zagrożeniem dla wielu europejskich strategicznych sektorów przemysłowych. To jest lekcja, którą wyciągamy" - można wyczytać w piśmie.
Liderzy 10 państw UE nawiązują do przeglądu ETS. Ich zdaniem powinien mieć on na celu złagodzenie wpływu tego systemu na ceny energii elektrycznej oraz ograniczenie ryzyka zmienności cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla.
Mowa jest o takich pomysłach jak: "przedłużenie bezpłatnych uprawnień w ramach ETS 1 poza 2034 r. czy stopniowe wygaszanie bezpłatnych uprawnień od 2028 r., tak aby uniknąć nadmiernego obciążenia przemysłu w tym okresie przejściowym".
Liderzy 10 państw liczą, że przegląd zakończy się do końca maja. Pod listem podpisali się także premierzy: Austrii, Chorwacji, Grecji, Włoch, Rumunii, Bułgarii, Czech, Węgier i Słowacji.
List ma być dyskutowany na szczycie w czwartek w Brukseli.
- Na razie gramy o krótkoterminowe rzeczy, żeby dostać do ręki jakieś narzędzie, które pozwoli obniżyć ceny emisji, np. dodatkowe pule darmowych uprawnień. Tylko pytanie, czy uda się to załatwić na szczycie, żeby wszyscy się jakoś na to zgodzili - mówi nasz rozmówca zorientowany w rządowej strategii.
Choć Komisja Europejska wydaje się skłonna do jakichś kroków, rząd zachowuje rezerwę. Obawia się, że KE może zaproponować mechanizmy, które pozwolą obniżyć ceny energii, ale kosztem finansów publicznych państw członkowskich.
- Co z tego, że będziemy mogli obniżyć podatki czy opłaty, skoro zmniejszy to pieniądze do budżetu czy na inwestycje w transformację energetyczną - podkreśla inny rozmówca.
Co po szczycie?
Ale najważniejsza będzie walka o rewizję ETS w długim terminie. Taka dyskusja została zainaugurowana na unijnej Radzie ds. Środowiska w tym tygodniu. Polska wychodzi tu z własnymi postulatami. To m.in. dłuższe bezpłatne uprawnienia dla przemysłu, w tym sektorów objętych CBAM, kontynuacja darmowych uprawnień dla ciepłownictwa, większy Fundusz Modernizacyjny, który na podstawie dochodów z ETS wspiera transformację energetyczną i zwiększenie efektywności energetycznej.
Jednym z postulatów jest też ograniczenie możliwości spekulacji finansowej na rynku uprawnień ETS przez wyłączenie z niego części instytucji. Wreszcie - spowolnienie tempa redukcji liczby uprawnień do emisji.
Celem tych pomysłów jest ograniczenie wpływu cen emisji na ceny energii, a tym samym nie tylko na koszty utrzymania, ale przede wszystkim na konkurencyjność europejskiego przemysłu.
Na pewno szanse na rewizję ETS są największe od momentu startu tego systemu. Sama Bruksela dopuszcza zmiany, o czym świadczy list von der Leyen opublikowany przed szczytem - mowa w nim m.in. o bardziej realistycznej trajektorii dekarbonizacji po 2030 r. oraz o zwiększeniu rezerwy stabilności rynku (MSR - Market Stability Reserve) - to pula darmowych uprawnień ETS będąca w dyspozycji Komisji, która ma służyć do interwencji, jeśli ceny ETS za bardzo idą w górę.
Jednak opór Komisji przed większymi zmianami na pewno będzie znaczny. Zresztą, do tej pory, mimo że zdarzały się piki w cenach ETS, Komisji nie zdarzyło się skorzystać z rezerwy, mimo postulatów państw członkowskich. Domagał się tego rząd Mateusza Morawieckiego, gdy ceny uprawnień zwyżkowały, ale wówczas bezskutecznie.
Dziś sytuacja jest o tyle inna, że Polska nie jest osamotniona, a postulaty korekty ETS weszły do europejskiego mainstreamu. Tym bardziej że UE jest w sytuacji, gdy europejski przemysł przestaje być konkurencyjny, a jednocześnie im skuteczniejsza jest polityka klimatyczna UE, tym mniejszy ma to wpływ na emisje w skali globu. Jeszcze w poprzedniej dekadzie udział emisji z UE w światowych emisjach CO2 wynosił blisko 15 proc., a obecnie wynosi około 6 proc. - Czyli im jesteśmy bardziej skuteczni w dekarbonizacji, tym ma to mniejsze znaczenie - zauważa nasz rozmówca.
Ta prawda zaczyna przebijać się nie tylko do państw członkowskich, ale także do Brukseli, choć w przypadku Komisji jest najtrudniej, gdyż wielu urzędników traktuje forsowną dekarbonizację jako misję. Stąd ostatnie zielone światło KE dla redukcji emisji do 90 proc. w 2040 r., mimo wielu głosów, że to zbyt forsowne tempo. Dlatego trudno przewidzieć finał.
- Nie pamiętam, żeby była już taka duża niewiadoma. Jest dużo rozmów z różnych stolic, dużo zapytań, postulatów, dlatego naprawdę trudno przewidzieć, co się wydarzy. Na pewno będzie jakaś grupa państw, która będzie w stanie wyegzekwować coś od Komisji - zapewnia jeden z naszych rozmówców.
Polityczna kampania wokół ETS w Polsce
Pytanie jednak, czy będzie to zadowalające dla Polski. Tu poprzeczka jest podniesiona wysoko. Choć wbrew gorącemu tonowi dyskusji między opozycją z prawej strony a rządem kierunek jest podobny, czyli kurs na rewizję polityki klimatycznej. Spór dotyczy tego, co jest możliwe.
W odniesieniu do ETS 2, czyli wprowadzenia uprawnień dla budownictwa i transportu, obie strony myślą o odejściu od tego systemu w ogóle lub - jako warunek minimum - o odłożeniu jego wejścia w życie do 2030 r. Dziś KE zgodziła się na przełożenie tylko o rok.
Zupełny rozstrzał jest za to w sprawie obecnego ETS. Tu PiS proponuje wyjście z tego systemu, ale rząd nie widzi podstaw do tego - i nie tylko rząd, bo tak myśli też część polityków prawej strony. Za to w obozie rządowym trwa szukanie pomysłów na zmniejszenie dolegliwości tego systemu.
Swoje trzy grosze chce wtrącić w tym temacie także Kancelaria Prezydenta Karola Nawrockiego. Jego minister Karol Rabenda zaproponował, żeby Polska wyszła do całej UE z inicjatywą wyjścia 27 krajów z tego systemu.
- To przyniesie korzyść dodatkową nie tylko poszczególnym państwom, ale wspólnemu rynkowi - uzasadniał Rabenda.
- Udało nam się przebić Czarnka, bo on zaproponował wyjście z ETS, ale tylko Polski, a my całej UE - śmieje się rozmówca związany z Pałacem.
Tyle że to postulat dziś kompletnie nierealistyczny. Jednocześnie Karol Nawrocki ma pakiet innych pomysłów do dyskusji. To m.in. wprowadzenie opłaty zastępczej, która byłaby alternatywą dla kupowania ETS przez firmy emitujące gazy cieplarniane, limit cenowy uprawnień CO2 na poziomie 10 euro za tonę (dziś cena to około 65 euro), ograniczenie spekulacji na systemie emisji, zwiększenie puli bezpłatnych uprawnień, wreszcie rezygnacja z ETS 2.
- Dwa pierwsze postulaty są nierealistyczne, ale o reszcie można dyskutować - mówi rozmówca z rządu.