peru
08-01-2013 (08:24)

Krwawy Świetlisty Szlak - tragiczna historia Peru zatoczy koło?

Pół wieku temu rozkręcili spiralę śmierci, jakiej Peru nie widziało od stuleci. Zaczęli od krwawego przesłania: w stolicy na latarniach powiesili zwłoki psów, symbolizujące kapitalistów. Komunistyczni partyzanci zjednoczeni pod banderą Świetlistego Szlaku w czasach swojej świetności wymordowali około 30 tysięcy rodaków. Obecnie organizacja próbuje wrócić na firmament pod przykrywką partii politycznej. Czy jej się to uda?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Abimael Guzman przed sądem, 2004 r.
Abimael Guzman przed sądem, 2004 r. (AFP, Fot: Jaime Razuri)
WP

Na początku była ich zaledwie garstka. Niczym gąbki chłonęli nauki Abimaela Guzmána Reynoso - charyzmatycznego profesora prawa i filozofii. Cały kontynent był wciąż pod wrażeniem niespodziewanego sukcesu Fidela Castro i dowodzonego przezeń Ruchu 26 lipca. Zapoczątkowana przez 82 partyzantów rewolucja kubańska zakończyła się pełnym sukcesem - dyktator Fulgencio Batista został odsunięty od władzy, a nad Hawaną zawisły czerwone sztandary. Południowoamerykańscy komuniści ruszyli do boju. Skoro udało się El Comendante, czemu i oni nie mieliby zwyciężyć?

Wśród nich był Guzmán i utworzony przez niego Świetlisty Szlak - jedna z najbardziej radykalnych i bezwzględnych organizacji komunistycznych w dziejach ludzkości. Agitację rozpoczął od uniwersytetów, by wkrótce rozszerzyć ją na prosty lud - ten, który już niebawem miał przejąć władzę w kraju, poprawić swój los, położyć kres wyzyskowi i niesprawiedliwości. Rewolucyjne ziarno padło na podatny grunt. Dopiero później miało okazać się, że plony były znikome - peruwiańską ziemię pokryły za to spływające krwią chwasty.

Początek

WP

To było na początku lat osiemdziesiątych (...). Zanim dojechali do miasta, autobus został zatrzymany przez grupę terrorystyczną, która zażądała dokumentów od wszystkich pasażerów. Wojskowi jadący w cywilu połknęli swoje papiery. Pomocnik prokuratora też przeżuł swoją legitymację służbową. Terroryści zebrali wszystkie książeczki wyborcze z autobusu, a potem zniszczyli je na oczach właścicieli. - Nie macie już dokumentów! - krzyczeli. - Nie możecie głosować, nie jesteście obywatelami. Niech żyje wojna ludowa! Niech żyje komunistyczna partia Peru! (...) Kazali im powtórzyć te hasła i zmyli się, okradając wcześniej pasażerów z czego się dało. Mieli kominiarki i broń palną.*

Najpierw była Komunistyczna Partia Peru, którą w 1928 roku utworzył José Carlos Mariátegui, guru południowoamerykańskich socjalistów. Później część jej członków stwierdziła, że jest ona zbyt liberalna, więc w 1964 roku odłączyli się od partii-matki i utworzyli jej bardziej radykalną, prochińską odnogę, KPP-Czerwony Sztandar. Dla zauroczonego marksizmem Abimael Guzmán Reynoso, profesora prawa i filozofii na uniwersytecie San Cristobál de Huamanga, było to jednak wciąż za mało. Uznał, że żadna z peruwiańskich lewicowych partii nie jest absolutnie wierna ideom marksistowskim. Postanowił więc sam stworzyć taką organizację.

Szczególne wrażenie wywarło na nim stwierdzenie Mariátegui, że "myśl marksistowsko-leninowska otworzy świetlisty szlak rewolucji". Tak w 1969 roku narodziła się Komunistyczna Partia Peru na Świetlistym Szlaku Mariátegui. Nieco ponad dekadę później okazało się jednak, że organizacja zamiast świetlistego szlaku wytyczyła w Peru rzekę krwi.

Guzmán miał pole do popisu - jako profesor filozofii na ponownie otwartym uniwersytecie św. Krzysztofa w Huamanga i jednocześnie kierownik ds. zarządzania zasobami ludzkimi na uczelni sączył marksistowskie idee do umysłów młodych ludzi, często pochodzących z ubogich wiejskich rodzin. Do połowy lat 70. przekonywał do nich coraz większe rzesze studentów, przejmując jednocześnie kontrolę nad kolejnymi uczelniami. Gdy w 1975 roku został wyrzucony z pracy, miał już wystarczające zaplecze w postaci tysięcy zwolenników, którzy błyskawicznie przejmowali kontrolę nad systemem szkolnictwa w prowincji Ayacucho.

WP

W końcu Guzmán uznał, że czas przenieść walkę z uniwersytetów na prowincję, a gdy świetlistym szlakiem podążą rzesze chłopów - uderzyć w wielkie miasta i przejąć władzę w kraju. Przygotowania do masowej rewolucji trwały od 1977 roku. W marcu 1980 roku, podczas serii tajnych spotkań w Ayacucho, został powołany Dyrektoriat Rewolucyjny, a partyzanci otrzymali rozkaz rozpoczęcia "walki zbrojnej". Jednocześnie została utworzona "Pierwsza Szkoła Wojskowa", w której gruntowne przeszkolenie (i pranie mózgów) przechodzili ci, których zadaniem miało być wyzwolenie kraju spod kapitalistycznego jarzma. Spirala przemocy

Stojące kawałek dalej latarnie mimo dnia wciąż się świeciły. Wyglądało na to, że przyozdobiono je jakimiś girlandami czy innymi kolorowymi ornamentami. (...) Dopiero kiedy znalazł się pod latarniami, zobaczył, co tak naprawdę na nich wisi. To były psy. Niektóre powieszono, innym poderżnięto gardła, jeszcze inne rozcięto jak wieprzowe tusze, tak że z ich wewnętrznych organów ściekała krew. (...) Psom poprzyczepiano tabliczki z napisami: "Tak giną zdrajcy" albo "Śmierć sprzedawczykom".

Okazja, by przejść od słów do czynów nadarzyła się już w maju - rządząca krajem junta wojskowa zezwoliła na przeprowadzenie pierwszych od 11 lat wyborów. Część partii z lewej strony sceny politycznej zbojkotowała wybory, w tym Świetlisty Szlak. Senderyści poszli jednak o krok dalej i w przededniu głosowania spalili urny wyborcze w małej miejscowości Chuschi. Akcja ta została zbagatelizowana przez władze i media, wybory przebiegły bez większych incydentów, w kraju miał zapanować nowy ład. Nikt nie przypuszczał wówczas, że senderyści mają w zanadrzu znacznie bardziej radykalne środki prowadzenia walki zbrojnej i apetyt na podpalenie całego Peru.

- Bodźcem do rozpoczęcia działań rewolucyjnych było stwierdzenie, że rządy wojskowe w latach 70. nie rozwiązywały problemu biedy i niesprawiedliwości społecznej w kraju. To doprowadziło do wzrostu ich radykalizmu i ostatecznie do rozpoczęcia działań przeciwko rządowi w roku 1980 - wyjaśniła w rozmowie z portalem dlastudenta.pl pochodząca z Peru Leonora Sagermann Bustinza, profesor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

WP

W grudniu na ulicznych latarniach w Limie senderyści powiesili zwłoki psów, symbolizujące kapitalistów. Wkrótce przeszli do bardziej radykalnych działań, włącznie z zamachami terrorystycznymi (których tylko w 1981 roku przeprowadzili ponad tysiąc) i samosądami wymierzanymi na właścicielach ziemskich. Guzmán chciał tym samym przekonać do walki zbrojnej ubogich chłopów. Tym razem jednak charyzmatyczny profesor, który już wtedy zdążył nadać sobie tytuł Prezydenta i Czwartego Miecza Marksizmu (po Marksie, Leninie i Mao Zedongu), przeliczył się.

Początkowo Świetlisty Szlak cieszył się dosyć dużą sympatią wśród ubogiej ludności wiejskiej. - Organizacja zajęła się samosądem, krwawymi wyrokami dla tych, którzy wykorzystywali swoją władzę, by krzywdzić biednych. Najbiedniejsi cieszyli się, że wreszcie ktoś się nimi interesował, ktoś bronił ich praw, które dotąd istniały tylko na papierze - mówiła Sagermann Bustinza.

Agitacja wśród ubogiej, głównie indiańskiej ludności nie przyniosła jednak aż takich rezultatów, jak oczekiwał Guzmán. Lata 70. upływały w Peru pod znakiem masowego bezrobocia, rosnącej inflacji i wielkich strajków ulicznych. Klimat niepewności i chaosu sprzyjał senderystom, do których przyłączali się młodzi i zdesperowani mieszkańcy przedmieść i prowincji.

Na prowincji Świetlisty Szlak zakładał komitety ludowe, które jako pierwsze żywo interesowały się losem chłopów - aktywiści ruchu walczyli z analfabetyzmem, pomagali w pracach rolnych, oferowali opiekę medyczną. Jednak jak ustaliła w 2003 roku Narodowa Komisja Prawdy i Pojednania, w okresie swojej świetności, gdy w szeregach Świetlistego Szlaku walczyło ok. 20 tysięcy partyzantów, chłopi stanowili mniejszy odsetek, niż można by tego oczekiwać, bo zaledwie 20 procent. Większość senderystów posiadała wyższe wykształcenie i trudniła się handlem albo wykonywała wolne zawody.

WP

Sam przywódca organizacji twierdził, że "dzieci ludu nie umarły, żyją w nas i w nas tętnią". Gdy jednak owe dzieci okazywały się nieposłuszne i nie chciały odrzucać tradycyjnego stylu życia na rzecz nowych, rewolucyjnych porządków, próbował przekonać je do tego siłą. Indianie byli bezwzględnie karani nawet za najdrobniejsze przewinienia. Wojna domowa

W połowie drogi, w górach, z krzaków wynurzył się człowiek z czerwoną flagą. Był sam. I biegł przed helikopterem, pokazując flagę. Żołnierz siedzący z brzegu miał karabin maszynowy Star. Wystrzelił. (...) Człowiek na dole biegł tak szybko, jak mógł, ścigany przez serie z karabinu, którymi próbowali go dosięgnąć, zanim przepadnie w krzakach. (...) Po pięciu minutach pościgu został trafiony, najpierw w nogi, a potem, kiedy padł, w plecy i pierś. Resztki sił zużył na trzymanie prosto flagi. - Dlaczego to zrobił? (...) - Żeby pokazać, że śmierć go nie obchodzi.

Władze Peru początkowo bagatelizowały zagrożenie. Pierwsza akcja senderystów przeszła niemal bez echa. Dopiero gdy rewolucjoniści stanęli na rogatkach Limy, władze zorientowały się, że sytuacja jest dramatyczna. Senderyści rozpętali istne piekło w kraju: przeprowadzali ataki terrorystyczne nie tylko na bazy wojskowe i patrole policji, ale też budynki urzędów, szkoły, sądy, mosty, linie energetyczne i kolejowe, a nawet w sierpniu 1981 roku - na ambasadę Stanów Zjednoczonych. W ciągu dwóch lat od rozpoczęcia zbrojnej rewolucji Świetlisty Szlak kontrolował już niemal całe trzy południowe departamenty.

Rząd prezydenta Fernando Belaunde Terry'ego traktował senderystów jako "zwykłych" terrorystów, z którymi wojsko szybko zdoła się rozprawić. Jednak w marcu 1982 roku wtargnęli oni do więzienia w kolebce rewolucji, Ayacucho, i uwolnili prawie 250 tysięcy więźniów, na czele z aresztowanymi wcześniej towarzyszami walki, a niedługo później zaatakowali instalację energetyczną w pobliżu stolicy. To przelało czarę goryczy - rząd postanowił działać. Wprowadzono stan wyjątkowy w zajętych przez senderystów prowincjach i podjęto decyzję o zmasowanej ofensywie.

WP

Okazało się jednak, że armia nie jest kompletnie przygotowana do prowadzenia wojny przeciwko partyzantom - mimo że uchodziła w owym czasie za najlepiej wyszkoloną i uzbrojoną na całym kontynencie, w walce z niewidzialnym wrogiem, kryjącym się w górach, lasach i gospodarstwach chłopów, nie miała początkowo szans. Żołnierze napadali wioski i celowali na oślep, aresztując i mordując Bogu ducha winnych Indian. Już po zakończeniu tej wojny domowej Narodowa Komisja Prawdy i Pojednania obliczyła, że w ciągu 12 lat terroru zginęło około 70 tysięcy ludzi. Nie wszyscy byli ofiarami Świetlistego Szlaku - ok. jedną trzecią ofiar ma na sumieniu wojsko.

- Dla służb porządkowych terrorystą był prawie każdy mieszkaniec wsi, bo niewidzialny wróg był właśnie tam ukryty. Organizowano areszty, przesłuchania, z których nie raz podejrzani nie wychodzili żywi. Zostać podejrzanym o terroryzm oznaczało być terrorystą. Do tego dochodziły różnice społeczne - mieszkaniec wsi niewiele znaczył dla wojska, dlatego nie szanowano go i popełniano nadużycia - wspominała profesor Sagermann Bustinza.

W końcu ofensywa przeciwko uznanemu za organizację terrorystyczną Świetlistemu Szlakowi zaczęła przynosić efekty. Duża w tym zasługa samych chłopów, którym coraz bardziej dawały się we znaki rewolucyjne porządki. Zaczęli oni tworzyć tzw. Rondas Campesinas, czyli oddziały samoobrony, które podjęły walkę z terrorystami. Odpowiedź Świetlistego Szlaku była bezwzględna - teraz z ich rąk ginęli wszyscy, nie wykluczając kobiet i dzieci. Nieposłuszni mieszkańcy wiosek sprzeciwiających się ich walce zbrojnej lub podejrzanych o kolaborację z rządem byli dosłownie masakrowani. Kolejny raz rewolucja pożerała własne dzieci.

Dopiero jednak wybór Alberto Fujimori na urząd prezydenta przeważył szalę zwycięstwa na rzecz władz w Limie. Nowa głowa państwa zabrała się za uzdrowienie gospodarki, a chwilę później - za terrorystów. Armia peruwiańska coraz lepiej radziła sobie z walką z partyzantami, m.in. dzięki treningom pod okiem CIA i dostawom sprzętu wojskowego. W odpowiedzi na terror rewolucjonistów Fujimori rozpętał jednak terror rządowy - podejrzani o działanie w strukturach Świetlistego Szlaku czy chociażby współpracę z organizacją byli zatrzymywani, torturowani i zabijani. Prezydent objął też opieką Rondas Campesinas, które zostały oficjalnie zalegalizowane, otrzymały przeszkolenie wojskowe i broń konieczną do walki z senderystami.

Zwieńczeniem tej zmasowanej ofensywy było aresztowanie we wrześniu 1992 roku Guzmán został aresztowany wraz ze swoją kochanką i trzema innymi członkiniami Świetlistego Szlaku. Rząd z dumą ogłosił, że organizacja przechodzi do historii. Jak się niebawem okazało - nie do końca. Nowa fala terroru?

Wciąż tam jesteśmy, panie prokuratorze. Przyczailiśmy się. Ten step będzie płonął, tak jak palił się przez wieki, wystarczy jedna iskra.

Wkrótce po schwytaniu Guzmána za kraty trafiły też tysiące jego kamratów. On sam wzywał swoich niedawnych towarzyszy walki do złożenia broni, rząd zaś ogłosił amnestię dla terrorystów, którzy poddadzą się dobrowolnie. Większość rewolucjonistów posłuchała tych apeli, garstka postanowiła jednak kontynuować walkę rewolucyjną.

Mimo zakończenia wojny, od dwóch dekad hasło Świetlisty Szlak wciąż elektryzuje Peruwiańczyków. Od początku nowego tysiąclecia przetrzebione oddziały ukrytych w górach i lasach partyzantów konsekwentnie o sobie przypominały. Dowodzący nimi towarzysz Artemio w 2004 roku na antenie krajowej telewizji zażądał uwolnienia swoich towarzyszy walki, na czele z "Prezydentem Guzmánem". Postawił wówczas rządowi ultimatum: albo jego kompani wyjdą na wolność w ciągu 60 dni, albo Świetlisty Szlak na nowo zaleje kraj falą terroru.

Władze nie zamierzały się ugiąć. Minister spraw wewnętrznych Fernando Rospigliosi zapowiedział, że odpowiedź rządu będzie "stanowcza i drastyczna". Zagrożenie terrorystyczne znów zawisło w powietrzu.

W ciągu ośmiu lat niedobitki Świetlistego Szlaku przeprowadziły kilkadziesiąt zamachów, zabijając ponad tysiąc ludzi. W tym czasie nasilił się też terror wobec mniejszości LGBT (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders), czyli osób o odmiennej niż heteroseksualna orientacji seksualnej. Już w 1981 roku jedna z porwanych przez senderystów kobiet zeznała, że partyzanci porywali homoseksualistów i kastrowali ich, a następnie zabijali. Według szacunków stołecznego Ruchu Homoseksualistów przetrzebione oddziały Świetlistego Szlaku kontynuowały ataki na mniejszości seksualne jeszcze długo po aresztowaniu swojego "Prezydenta", zabijając średnio jedną osobę tygodniowo. Gwoździem do ich trumny miało być dopiero schwytanie w lutym 2012 roku, rannego w wyniku potyczki z armią rządową, towarzysza Artemio (Florindo Floresa Hala).

Jednak na horyzoncie pojawiło się nowe zagrożenie - Movadef, czyli Ruch na Rzecz Amnstii i Praw Podstawowych. Na jego czele stoi dwóch adwokatów Guzmána, Manuel Fajardo i Alfredo Crespo, którym udało się zebrać już ponad 350 tysięcy podpisów pod wnioskiem o rejestrację partii. Z jednej strony obwieszczają wszem i wobec, że Movadef odcina się od walki zbrojnej, z drugiej - konsekwentnie odmawiają potępienia terroru. Sięgają też do korzeni, bo podobnie jak kilkadziesiąt lat wcześniej Guzmán agitują wśród studentów na uniwersytecie Ayacucho, czyli w kolebce organizacji.

Mimo to wydaje się, że władze w Limie odrobiły lekcję z historii - rząd bacznie przygląda się poczynaniom Movadefu i dokłada wszelkich starań, by nie dopuścić organizacji do politycznego firmamentu. Sąd już dwukrotnie odrzucił ich wniosek o rejestrację partii, a w grudniu ubiegłego roku minister spraw zagranicznych i prokurator generalny prześcigali się w doniesieniach o gromadzeniu dowodów na powiązania organizacji z terroryzmem.

Tym razem zdobycie rządu dusz mogłoby być jeszcze trudniejsze, bo z sondażu przeprowadzonego przez centrum badania opinii publicznej Datum wynika, że zdecydowana większość (75 proc.) mieszkańców kraju jest przeciwna legalizacji organizacji, a jeszcze większy odsetek (81 proc.) uważa, że aresztowani dwie dekady temu terroryści powinni pozostać za kratkami - przynajmniej, póki nie zapłacą za krzywdy i zniszczenia wyrządzone w czasie brudnej wojny (sąd wyznaczył im karę finansową w wysokości 1,2 miliarda dolarów tytułem rekompensaty).

Oni też odrobili lekcję: trzy dekady temu liderzy Świetlistego Szlaku deklarowali walkę zbrojną w imieniu najbardziej uciśnionych - a później sami brutalnie ich tłamsili i mordowali. Co jeśli deklaracje Movadefu, że jest to tylko "grupa liderów społecznych, intelektualistów i artystów, jak również adwokatów, którzy bronią więźniów politycznych i osób marginalizowanych społecznie, i którzy chcą służyć społeczeństwu z całego serca i bezinteresownie", też okażą się tylko mrzonką?

Aneta Wawrzyńczak dla Wirtualnej Polski

*Cytaty zostały zaczerpnięte z powieści "Czerwony Kwiecień" Santiago Roncagliolo, wydawnictwo Znak, Kraków 2008

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Polub WP Wiadomości
WP
WP