Grenlandia niczym zasłona dymna przed Ukrainą. Na to właśnie liczy Kreml
Przesunięcie uwagi międzynarodowej na wydarzenia wokół Grenlandii, w połączeniu z wewnętrznymi sporami na Zachodzie, motywują Władimira Putina do kontynuowania długotrwałych działań zbrojnych - uważa analityk wojskowy płk rez. Piotr Lewandowski. Jak dodaje, właśnie teraz Rosja liczy na "skokowe" załamanie się ukraińskiego społeczeństwa i armii.
Europejscy przywódcy chcieli wykorzystać spotkanie w Davos do rozmów o zakończeniu wojny w Ukrainie. Groźby prezydenta USA Donalda Trumpa dotyczące Grenlandii znacząco zmieniły jednak agendę forum ekonomicznego. - Dobrze byłoby skupić się na prawdziwej wojnie, która toczy się teraz, w której naprawdę musimy walczyć z Rosjanami - przypomniał w środę norweski minister spraw zagranicznych Espen Barth Eide.
Zdaniem płk. Lewandowskiego to właśnie taki chaos informacyjny i polityczny jest na rękę Kremlowi.
- Rosjanie liczą na to, że pomoc finansowa i militarna ze strony państw zachodnich wygaśnie lub zostanie zakłócona z powodu sporów wewnętrznych i przesunięcia uwagi politycznej na takie tematy, jak emocjonalny spór o Grenlandię. Ponieważ to Zachód utrzymuje Ukrainę finansowo i sprzętowo, każde zakłócenie tego wsparcia mogłoby doprowadzić do szybkiego załamania zdolności obronnych państwa - komentuje dla Wirtualnej Polski płk Piotr Lewandowski, weteran misji w Iraku i Afganistanie.
- Dla samego Putina dyskusje, jakie obserwujemy wokół Grenlandii, są wręcz zachętą do kontynuowania wojny - dodaje.
Ukraina zeszła na drugi plan
Ekspert zaznacza jednak, że mimo odciągania uwagi opinii publicznej, realne wsparcie dla Ukrainy wciąż płynie. Jako przykład wskazuje działania Wielkiej Brytanii, która w styczniu rozpoczęła dostawy zmodyfikowanych pocisków powietrze-powietrze, dostosowanych do odpalania z ziemi. Systemy te zaprojektowano specjalnie z myślą o potrzebach Ukrainy, by poprawić jej zdolności rażenia celów powietrznych, choć ich rzeczywista skuteczność zostanie oceniona dopiero z czasem.
W Davos pojawił się również były specjalny wysłannik prezydenta USA Keith Kellogg. Podczas dyskusji panelowej w Domu Ukraińskim stwierdził, że jeśli Ukraina "przetrwa" tę zimę, przewaga w wojnie będzie po jej stronie, a nie po stronie Rosji.
Ponadto Kellogg powiedział, że wojna na Ukrainie dobiega końca, ale "ostatnie 10 metrów" będzie bardzo trudne. Według niego pozostało tylko kilka kwestii, w tym kwestia terytorium i kontroli nad elektrownią jądrową w Zaporożu.
Płk rez. Piotr Lewandowski odnosi się do tej wypowiedzi sceptycznie. - To brzmi jak słowa wygłoszone ku pokrzepieniu serc. Przewaga? Na ten moment nie widać, w jakim konkretnym aspekcie wojskowym Ukraina miałaby osiągnąć realną przewagę - ocenia.
Zdaniem rozmówcy WP Rosja liczy dziś na nagłe, "skokowe" załamanie się ukraińskiego społeczeństwa i armii, widząc w tym jedyną realną drogę do sukcesu militarnego, skoro dotychczasowe cele strategiczne nie zostały w pełni zrealizowane. Ta kalkulacja Rosjan opiera się na kilku kluczowych przesłankach.
Problemy Ukrainy: Erozja morale i problem unikania służby
Pierwszą z nich jest erozja morale i narastający problem unikania służby wojskowej. Według ukraińskich źródeł około 2 mln obywateli jest poszukiwanych za uchylanie się od służby wojskowej, a ok. 200 tys. - za dezercję. Fakt, że od listopada ubiegłego roku Kijów przestał publikować dane o postępowaniach karnych w tych sprawach, można interpretować jako próbę ukrycia narastającego problemu - mówi płk rez. Lewandowski, wskazując, że Ukraina potrzebuje świeżych sił.
Jego zdaniem rosyjska strategia zakłada, że długotrwałe odcinanie całych miast od energii elektrycznej, jak ma to miejsce m.in. w Krzywym Rogu, może stać się "kroplą, która przepełni czarę goryczy". Jednocześnie osłabienie ukraińskiej obrony przeciwlotniczej utrudnia skuteczne zwalczanie pocisków manewrujących, co potęguje presję psychologiczną na społeczeństwo.
W czwartek 22 stycznia naloty rosyjskich dronów na miasto Krzywy Róg (przed wojną zamieszkałe przez ponad 500 tys. osób) trwały kilkanaście godzin i doprowadziły do wyłączenia energii elektrycznej w całym mieście. Tymczasem do Ukrainy z całego świata napływa pomoc w postaci generatorów energii elektrycznej i sprzętu, który ogranicza skalę szkód w infrastrukturze.
Według polskiego analityka, choć front wciąż utrzymują doświadczone i zmotywowane brygady walczące od lat, Ukraina potrzebuje około 300 tys. nowych żołnierzy, by realnie myśleć o większej kontrofensywie. - Obecnie braki kadrowe uzupełniane są m.in. przez formacje szturmowe, do których trafiają osoby powracające z dezercji. To pozwala łatać dziury, ale nie buduje przewagi strategicznej - podsumowuje płk Lewandowski.
W czwartek doszło do spotkania Trumpa z Zełenskim. Znowu dowiedzieliśmy się, że "to było dobre spotkanie". Prezydent USA powtórzył, że ma nadzieję, że wojna się skończy, bo ginie mnóstwo ludzi.
Tomasz Molga, dziennikarz Wirtualnej Polski