Gra Merza pokazuje, w jakim miejscu jako Europa jesteśmy [OPINIA]
Milczenie Friedricha Merza w Gabinecie Owalnym wygląda żenująco, szkodzi europejskiej jedności, a do tego, nie ma co ukrywać, szkodzi wizerunkowi państw UE jako obrońców zasad prawa międzynarodowego. Trudno jednak, i to też trzeba powiedzieć otwarcie, znaleźć lepszą strategię polityczną niż (mniej lub bardziej) udawana akceptacja dla działań Trumpa - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Friedrich Merz nie wypadł - w oczach europejskich, a nawet niemieckich mediów - dobrze. Jego milczenie, gdy Donald Trump atakował Hiszpanię, gdy strofował Europę, z całą pewnością nie wyglądało dobrze. Z całą pewnością ujawniło, że solidarność europejska jest daleka od doskonałości, i że interesy narodowe zawsze będą wyprzedzać te ponadpaństwowe. Jasne stało się również to, że europejscy przywódcy nie są w stanie rozmawiać jak równy z równym z przywódcą USA.
Ostro takie zachowanie niemieckiego kanclerza podsumował nawet niemiecki "Der Spiegel". Merz - jak napisano - "udał się do Waszyngtonu, aby zadowolić Trumpa" i "przynajmniej to mu się udało. Niemniej wizyta nie zakończyła się sukcesem. Na oczach światowej opinii publicznej kanclerz zawiódł Hiszpanię, partnera UE".
I trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli chodzi o fakty, nie ulega wątpliwości, że Hiszpania ma rację. Wojna w Iranie - z perspektywy prawa międzynarodowego - jest bezprawna i niemoralna. USA i Izrael wypowiedziały ją wbrew zasadom, a Iran ma pełne prawo się bronić (choć oczywiście jego strategia wykracza poza dopuszczalne prawem międzynarodowym i wojennym rozwiązania). Uzasadnienie wojny (a w zasadzie "operacji wojskowej", co też odsyła nas do retoryki Rosji), jakie przedstawiają Donald Trump i jego ludzie, co też nie powinno umykać komentatorom, nie różni się zasadniczo od argumentacji Władimira Putina w jego ataku na Ukrainę.
Premier Pedro Sanchez ma we wszystkich tych kwestiach rację, ale może ją otwarcie wyrazić także dlatego, że sytuacja geopolityczna i polityczna w jego kraju mu to umożliwia. On sam uznaje - chyba nie bez racji - że relacje z krajami Globalnego Południa są dla niego istotniejsze niż budowanie spójnej strategii bezpieczeństwa z krajami wschodniej flanki NATO i naszej części Unii Europejskiej. Komentator, dziennikarz może oczywiście zgadzać się z Sanchezem (ja się akurat w znacznym stopniu zgadzam), a jednocześnie nie może nie dostrzegać, że żaden poważny polityk, a już na pewno nie ten sprawujący władzę, w naszej części Europy nie może tego powiedzieć całkowicie otwarcie. Dlaczego? Bo nasze położenie w Europie, nasze interesy są odmienne od hiszpańskich i USA może nam o wiele bardziej zaszkodzić.
Jest absolutnie jasne, że na tym etapie bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO niezależnie od wszystkich zmian zależy nadal od USA, a żeby było jeszcze trudniej, to także pewna, istotna część pomocy militarnej kierowanej - dzięki europejskim pieniądzom - do Ukrainy także zależy od Donalda Trumpa. On, a przekonaliśmy się o tym wielokrotnie, może jedną decyzją uznać, że rakiety i broń kupowana przez Europę i przekazywana Ukrainie, od teraz tam nie trafi.
A jest to tym bardziej prawdopodobne, że wbrew buńczucznym opowieściom prezydenta USA, zasoby posiadanej broni są ograniczone, a jeśli zużyje się ją na Bliskim Wschodzie, to nie da się jej wykorzystać w wojnie za naszą wschodnią granicą. I także dlatego, by nie dać jakiegokolwiek pretekstu Trumpowi, politycy z naszej części Europy unikają ostrych deklaracji. I tak trzeba też spoglądać na postawę Friedricha Merza. On milczy, bo wie, ile może kosztować jasna deklaracja.
Milczenie ma swoją cenę
To milczenie ma jednak - i tego również trzeba być świadomym - swoją cenę. Pierwszym kosztem jest jasne pokazanie, jakie miejsce w szeregu zajmują nawet największe państwa Unii Europejskiej, i jakie jest ich realne znaczenie. Nie mniej istotne jest także to, że unikając jasnego określenia moralnego i prawnego tej wojny, państwa europejskie potwierdzają narrację Rosji i Chin. A te od dawna przekonują kraje globalnego Południa, że prawo międzynarodowe to tylko narzędzie walki Zachodu z prawami innych krajów.
Milczenie to unieważnia - do pewnego stopnia - argumenty Zachodu wobec bezprawia wojny Rosji przeciw Ukrainie. I wreszcie - co też nie bez znaczenia - milczenie Merza przypomina Hiszpanom (i nie tylko), że solidarność europejska ma granicę, a są nimi interesy narodowe tych państw, które są naprawdę silne. Niemcy są takim państwem, a ich relacje z USA są dla nich (ale i dla USA, co wynika ze strategii opublikowanej niedawno) szczególnie istotne. Hiszpania i prawda są ceną, jaką Merz jest gotów zapłacić, by tylko ją utrzymać…
Gdzie jest miejsce Europy
Tyle analizy sytuacji Merza (ale przed identycznymi wyzwaniami stoją także polscy politycy). Od jej oceny o wiele istotniejsze jest jednak co innego, a mianowicie jak Europa ma się określić na nowej, geopolitycznej mapie. Wszystko wskazuje na to, że miejsce - mniej lub bardziej działającego i zawsze będącego także przykrywką dla interesów mocarstw - systemu prawa międzynarodowego zajmuje "koncert mocarstw", w którym Europa - militarnie i politycznie - nie jest w stanie odgrywać istotnej roli. Lata jazdy na gapę w kwestiach obronności, uzależnienie militarne, ale i technologiczne od USA, sprawiają, że jesteśmy całkowicie zależni od nieprzewidywalnego prezydenta USA i jego - nieukrywających nawet z jednej strony cynizmu, a z drugiej dziecięcego zafascynowania przemocą - współpracowników.
Nie jest to sytuacja wygodna i trzeba jasno powiedzieć, że wymaga decyzji. Jeśli europejscy przywódcy chcą ją zmienić, to muszą zacząć inwestować w uzbrojenie, zbudować bardziej wydolny model podejmowania decyzji i wreszcie w budowanie spójnej nowej polityki międzynarodowej. Czas prawa międzynarodowego, moralności w polityce dobiegł końca. Z ich gwaranta (czasem je wykorzystującym) wycofały się Stany Zjednoczone i jeśli Europa chce przy tych wartościach pozostać (a chciałbym, żeby została), musi przejąć rolę stabilizatora. To zaś wymaga siły, zdecydowania, ofiar.
Czy Europa jest do tego zdolna? I czy jest w stanie - biorąc pod uwagę jasno deklarowaną chęć osłabiania Europy przez USA - je zrealizować? Te pytania pozostają otwarte. Jedno jest jednak oczywiste, jeśli tego nie zrobimy, to milczący i strofowani jak chłopcy przywódcy europejscy staną się raczej normą, niż smutnym wyjątkiem.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".