Biuro Zełenskiego reaguje na przecieki. "Jak można ogłaszać?"
Źródło w Biurze Prezydenta Ukrainy reaguje na środową publikację "Financial Times" dot. żądania administracji USA, by wybory w Ukrainie odbyły się do 15 maja. Władze w Kijowie nie sprzeciwiają się wyborom, jednak musi zostać zagwarantowane bezpieczeństwo - cytuje źródło państwowa agencja Ukrinform.
W środę "Financial Times" cytowany przez agencję Reutera podał, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zamierza w czwartą rocznicę początku rosyjskiej inwazji, 24 lutego, ogłosić plan wyborów prezydenckich i referendum w sprawie porozumienia pokojowego.
Jak podkreślił "FT", amerykański prezydent Donald Trump miał zagrozić Zełenskiemu wycofaniem gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, jeżeli wybory i referendum nie odbędą się do 15 maja. W ubiegłym tygodniu ukraiński przywódca przekazywał, że władze USA mówią o zakończeniu wojny w Ukrainie na początku tego lata i najpewniej będą wywierać presję zgodnie z tym harmonogramem.
"Jeśli Rosjanie codziennie zabijają ludzi, to jak można ogłaszać lub poważnie rozważać przeprowadzenie wyborów w najbliższych tygodniach? Nikt nie jest przeciwny wyborom, ale musi być zapewnione bezpieczeństwo" - zaznaczyło źródło w Biurze Prezydenta Ukrainy, przypominając, że tylko minionej nocy Rosjanie zabili w obwodzie charkowskim troje dzieci, które nie miały nawet dwóch lat.
"Nie można utracić czegoś, czego nie mamy"
Według Olhi Ajwazowskiej z organizacji pozarządowej "Opora", która kontroluje procesy wyborcze, rozmowy o terminach wyborów w trakcie wojny są oderwane od nastrojów społecznych. Ujawniła, że to ona wypowiadała się dla "FT".
Jak napisała na Facebooku: "Aby utracić gwarancje bezpieczeństwa, trzeba je najpierw otrzymać. Mam nadzieję, że doświadczenie Budapesztu (Memorandum Budapeszteńskiego z 1994 r. - red.) czegoś nas jednak nauczyło i że powinna to być dwustronna umowa międzynarodowa ratyfikowana przez parlamenty, a nie memorandum czy deklaracja. W ten sposób do 15 maja nie można utracić czegoś, czego nie mamy" - podkreśliła.
Ajwazowska zwróciła uwagę, że poparcie dla przeprowadzenia wyborów w trakcie gorącej fazy wojny wynosi obecnie w Ukrainie około 10 proc., nawet po ostatnich skandalach politycznych. Według niej łączenie rocznicy agresji z zapowiedzią wyborów byłoby niezrozumiałe społecznie.
Zapewniła, że trwają prace w grupach roboczych nad przygotowaniem legislacji dotyczącej pierwszych wyborów powojennych. Istnieje jednak porozumienie co do konieczności zachowania co najmniej półrocznego okresu od zakończenia stanu wojennego do rozpoczęcia kampanii wyborczej. Im bardziej szczegółowe są debaty nad przepisami, tym wyraźniej widać, iż nawet taki termin może być zbyt optymistyczny - dodaje.
Zdaniem aktywistki obecnie w parlamencie nie ma większości dla żadnego rozstrzygnięcia w tej sprawie. Po opracowaniu projektu ustawy konieczne będą dalsze rozmowy z frakcjami i grupami parlamentarnymi, w których – obok interesów politycznych - ujawnią się również kwestie bieżące, takie jak sankcje czy postępowania śledcze. Według jej oceny proces ten może być trudny i długotrwały, ponieważ nie ma już rządzącej koalicji zdolnej samodzielnie podejmować decyzje.
"12 lutego zbierze się kolejna duża grupa parlamentarna, aby wysłuchać efektów prac siedmiu podgrup, które w ciągu miesiąca odbyły 32 posiedzenia (w tym dwa zaplanowane na dziś). Oczywiste jest, że prace będą musiały być kontynuowane, zwłaszcza w obszarze mediów, kampanii wyborczej, przeciwdziałania rosyjskiej ingerencji itp." - wyjaśniła Ajwazowska.