Pentagon, ministerstwo obrony USA, poinformowało, że w czasie buntu nie zginął żaden żołnierz wojsk Stanów Zjednoczonych. Nie wykluczyło jednak możliwości, iż zmarły Amerykanin mógł współpracować z innymi służbami.
O śmierci Amerykanina poinformował Ulugbek Orgaszew, afgański tłumacz niemieckiej ekipy telewizyjnej, która znalazła się w fortecy Kaladżangi, gdzie wybuchła rewolta.
W buncie uczestniczyło 300-400 cudzoziemskich bojowników - głównie Pakistańczyków, Czeczenów i Arabów - którzy poddali się w sobotę oddziałom Sojuszu Północnego w Kunduzie i byli przetrzymywani w fortecy Kalajangui, 10 kilometrów od Mazar-i- Szarif.
Buntownicy zdobyli broń na strażnikach i zajęli skład amunicji. Po całonocnej strzelaninie bunt został krwawo zdławiony. Wszyscy zostali zabici, a tylko niewielu aresztawano - poinformował rzecznik Sojuszu Północnego Zachir Wahadat.
Rzecznik Pentagonu ppłk Dan Stoneking ujawnił, że w tłumieniu buntu uczestniczyły samoloty amerykańskie i oddziały generała Raszida Dostuma. Potwierdził, że w fortecy byli członkowie amerykańskich sił specjalnych. Jednak według niego, wszystko wskazywało, że nie ponieśli oni szwanku. (and)