USA-Europa: rozrywanie nierozerwalnego [OPINIA]
W XVIII wieku, wśród bohaterów Amerykańskiej Rewolucji, byli m.in. dwaj Europejczycy, Markiz de Lafayette i Tadeusz Kościuszko. Dzisiejszej "Amerykańskiej Rewolucji" przewodzą ludzie, którzy Europy po prostu nie lubią - pisze dla WP Marek Magierowski.
Bez Europejczyków nie byłoby dziś Ameryki. Nie byłoby amerykańskiej kultury. Ani gospodarki. Ani nauki. Bez zawadiaków z Londynu, sfrustrowanych uciekinierów z Dublina, bez holenderskich kalwinistów, rzemieślników z Kalabrii, rolników z Podkarpacia, bez Francuzów, Duńczyków, europejskich Żydów. Jak również, a może przede wszystkim, bez Niemców, przodków obecnego prezydenta USA.
Przed Białym Domem, na jednym z najbardziej eksponowanych i rozpoznawalnych placów Waszyngtonu, stoją m.in. cztery pomniki bohaterów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Dwóch Francuzów (Markiza de Lafayette i Hrabiego de Rochambeau), pruskiego generała Friedrich Wilhelma von Steubena oraz, oczywiście, Tadeusza Kościuszki. Czterech Europejczyków.
Z kolei bez Amerykanów nie byłoby dzisiejszej Europy. Bez 20-letnich chłopców z Kentucky i Ohio, którzy lądowali na plażach Normandii, bez marynarzy amerykańskich konwojów, które dostarczały pomoc aliantom w wojnie z Trzecią Rzeszą. Bez amerykańskich pilotów, przełamujących w 1948 r. blokadę Berlina. Bez tysięcy żołnierzy US Army, przez kilka dekad chroniących zachodnią część Starego Kontynentu przed sowiecką nawałą.
Polska zaś (proszę wybaczyć, jeśli zabrzmi to patetycznie) nie stałaby się krajem wolnym i demokratycznym, gdyby nie Ronald Reagan. Który, jako 40. prezydent USA, zapewne bardziej przyczynił się, pośrednio, do naszego członkostwa w Unii Europejskiej, niż Helmut Kohl, Jacques Chirac oraz kilku premierów Włoch, Hiszpanii czy Belgii.
Przez lata wydawało nam się, że ten związek, choć nie zawsze łatwy i przyjemny, jest wieczny i nierozerwalny. Trudno wyobrazić sobie dwa tak odległe od siebie geograficznie regiony świata, które jednocześnie podzielałyby te same wartości, korzenie kulturowe i językowe, które łączyłoby aż tak głębokie braterstwo broni. Najlepszy i najzdrowszy sojusz w dziejach ludzkości. Lecz, jak to ze zdrowiem bywa, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie...
Mam nadzieję, że nie stracimy tego sojuszu i nie rozerwiemy tego związku przez coraz bardziej niebezpieczną galopadę niezrozumiałych deklaracji i gróźb, przez błędy i zaniedbania, również te z przeszłości. Celowo używam tutaj liczby mnogiej, gdyż staram się zachować intelektualną uczciwość i w obecnej eskalacji konfliktu dostrzegam też winę Europy (i nie mam na myśli wyłącznie sporu o Grenlandię).
Tak, Europa przez długi czas sama gotowała sobie problemy, które prędzej czy później musiały do niej wrócić rykoszetem. Przestała inwestować we własną obronę, sprowokowała fatalny w skutkach kryzys imigracyjny, popadła w obłęd klimatycznej poprawności. Najpierw tuliła się do Władimira Putina i wyśmiewała Donalda Trumpa, gdy ten ganił ją za uzależnienie od rosyjskiego gazu. Teraz krytykuje Donalda Trumpa za to, iż ten... przymila się do tego samego Putina. Najpierw Europa lekceważyła rewolucję technologiczną, dziś Starlinki na Ukrainę i do Iranu dostarcza Elon Musk. Europa płacze nad przyszłością swojego przemysłu, jednocześnie niszcząc go nadal absurdalnymi regulacjami.
Mówiąc krótko i kolokwialnie: Europa sama wystawia się na te wszystkie strzały Donalda Trumpa, JD Vance’a czy wspomnianego Elona Muska, które padały w jej kierunku w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Ataki przesadne, czasami niepotrzebnie pogardliwe, ale w dużej mierze odzwierciedlające smutną rzeczywistość.
Zachowując jednak intelektualną uczciwość, nie sposób usprawiedliwić kolejnych pogróżek, padających z ust amerykańskiego przywódcy w stronę europejskich partnerów. Nie chodzi nawet o zapowiedź kolejnych ceł, czy wzajemnie sprzeczne zarzuty (Trump najpierw beszta Danię za to, że nie dba o bezpieczeństwo Grenlandii, a następnie oburza się, że Dania… wysyła tam swoich żołnierzy). Chodzi bardziej o ton i owe ciągłe wywoływanie wrażenia, że to Europa jest największym zagrożeniem dla USA, a nawet dla całego światowego pokoju. Że Europa jest główną przeszkodą w zawarciu globalnego porozumienia o strefach wpływów, między USA, Rosją a Chinami, bo, mimo wszystkich swoich niewątpliwych wad, wciąż trzyma się jakiegoś prawa międzynarodowego i jakichś zasad obowiązujących w relacjach dwustronnych. Trochę jak miejski architekt, który nie chce wydać pozwolenia na budowę złotego wieżowca w centrum zabytkowej starówki. Albowiem jest drażniącym formalistą i nie zamierza poddać się nowym regułom gry, w których - jak stwierdził niedawno Stephen Miller, jeden z najważniejszych doradców Trumpa - "liczy się tylko siła".
Tyle że zarówno Trump, jak i Miller wydają się nie rozumieć, że we współczesnym świecie "siła" to nie tylko głowice jądrowe, lotniskowce, samoloty F-35, to nie tylko Google, SpaceX czy Boeing. Największą "siłą" jest percepcja i poziom sympatii dla tego czy innego narodu. Do tej pory najistotniejszą przewagą Ameryki było jej postrzeganie jako państwa i społeczeństwa budzącego podziw i… sympatię właśnie. Nawet w takich krajach, gdzie podobne skojarzenia nie powinny być raczej powszechne: jak Japonia, Wietnam czy Meksyk.
Z tego samego powodu nikt nie mówi o "Russian dream". Rosja jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ, wysyła ludzi w kosmos, posiada też, jak wiemy, całkiem spory arsenał atomowy. Ma niewątpliwie duży potencjał tzw. soft power, poprzez swoją literaturę, muzykę, balet. Czy możemy zatem uznać, że Rosja jest dziś "silna"? Nie, gdyż Rosję, jako państwo, mało kto lubi. Agresywna, Putinowska Rosja, nie wywołuje pozytywnych emocji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w świecie, w którym "liczy się tylko siła", od Rosji dużo bardziej wpływowe są Włochy, które, owszem, nie są stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa i nie mają broni jądrowej, ale Włochów przecież wszyscy uwielbiają…
"Cały świat zaczął Amerykę szanować"?
Jeśli poważnie weźmiemy to kryterium pod uwagę (a moim zdaniem powinniśmy), to siła USA właśnie maleje, a nie rośnie. Poziom sympatii dla Ameryki w większości społeczeństw Europy leci na łeb, na szyję. Jeżeli konfrontacja między Stanami a Europą się zaostrzy, to w końcu dojdziemy do sytuacji, w której chińscy turyści w Paryżu i Rzymie będą witani i obsługiwani z uśmiechem, zaś amerykańscy co najmniej z wyrazem irytacji na twarzy. To będą drobiazgi, detale, na pozór niewiele znaczące gesty. Jednak na dłuższą metę - w perspektywie lat, nie miesięcy - zaczną demolować wizerunek Ameryki i Amerykanów.
Donald Trump często powtarza, że dopiero za jego rządów "cały świat zaczął Amerykę szanować". Nie mam pewności, czy grożenie sojusznikom i aroganckie zachowania wobec wielu innych narodów to najlepszy sposób na wzbudzanie szacunku kogokolwiek.
Dla Wirtualnej Polski Marek Magierowski
Marek Magierowski, dyrektor programu "Strategia dla Polski" w Instytucie Wolności, ambasador RP w Izraelu (2018-21) i Stanach Zjednoczonych (2021-24), były wiceminister spraw zagranicznych. Autor książki "Zmęczona. Rzecz o kryzysie Europy Zachodniej" oraz powieści "Dwanaście zdjęć prezydenta".