Dawid Góra: Do śmierci trzeba mieć szacunek
- Pamiętam, jak przywieziono na salę sekcyjną młodą kobietę. Wyglądała, jakby miała zaraz wstać. To było dojmujące uczucie. Popatrzyłem na nią i pomyślałem: nie powinno cię tu w ogóle być - mówi reportażysta Dawid Góra, autor książki "Prosektorium. Tajemnice polskich medyków sądowych".
Dariusz Faron, Wirtualna Polska: Naprawdę zdarza się w Polsce, że na oględziny zwłok jedzie ortopeda?
Dawid Góra, reportażysta, autor książki "Prosektorium. Tajemnice polskich medyków sądowych": Zdarza się, ale zdecydowanie częściej robi to patomorfolog. On też nie powinien robić oględzin, bo nie jest medykiem sądowym. W Polsce jest dwustu aktywnych medyków sądowych. W dużych miastach na ogół funkcjonuje to dobrze, ale w mniejszych miejscowościach istnieje prawdopodobieństwo, że do zwłok przyjedzie lekarz innej specjalizacji, który nie jest kompetentny, bo w codziennej pracy zajmuje się czymś innym. A dokładniej rzecz ujmując - jest kompetentny, jednak w innej dziedzinie medycyny.
KSIĄŻKE MOŻNA KUPIĆ PO KLIKNIĘCIU W TEN LINK (link sponsorowany)
Jakie może mieć to skutki?
Medyk sądowy Filip Bolechała opowiadał mi historię, która miała miejsce już jakiś czas temu. Lekarz innej specjalizacji pojechał na oględziny. Stwierdził, że podczas sekcji zwłok najważniejsza będzie głowa, więc... odciął ją na miejscu. Następnie wysłał do zakładu medycyny sądowej. Nie mogłem uwierzyć, ale to naprawdę miało miejsce. Inna historia tego typu: lekarz podczas oględzin zaczął grzebać w ranie zmarłego, poszerzając otwór i sprawiając, że nie nadawała się do preparatyki w czasie sekcji sądowo-lekarskiej. To na szczęście przykłady sprzed lat, ale wciąż działają na wyobraźnię.
Dlaczego na oględziny zwłok, zamiast medyka sądowego, nie może jechać np. patomorfolog?
Bo nie zajmuje się określaniem przyczyny zgonu w postępowaniach sądowo-lekarskich. Skupia się na patologiach chorobowych na podstawie zmian morfologicznych, więc nie zbada rany wlotowej tak umiejętnie jak medyk sądowy.
Jeden z medyków sądowych opowiada w twojej książce, że myśląc o sekcjach zwłok, ludzie mają obraz z amerykańskich seriali. Co to znaczy i jak różni się to od rzeczywistości?
Niektórzy wyobrażają sobie przyciemnione, mroczne pomieszczenie i lekarza w zakrwawionym fartuchu. Zacznijmy od tego, że sala jest czysta, sterylna, a lekarze - odpowiednio wyposażeni. Mają maskę, czepek na głowę, fartuch, ochraniacze. Liczy się każdy detal. Na przykład to, by nie przecinać kości czaszki piłą mechaniczną, bo wówczas unosi się z tych kości pył i może dojść do zakażenia - przynajmniej w Krakowie. Tam w zakładzie medycyny sądowej są trzy stoły sekcyjne, miejsce do ostrzenia noży, miejsce na narzędzia, kilka pomieszczeń sanitarnych i sprzęt do fotografowania. Przede wszystkim nie ma mitycznego zapachu, wokół którego narosło tyle mitów. Chyba że przywożą zwłoki w rozkładzie.
Na ilu byłeś sekcjach?
Odwiedziłem zakład medycyny sądowej raz i spędziłem w nim cztery, może pięć godzin. W tym czasie wykonano około ośmiu sekcji. Samobójstwo, dwa ciała po pożarze, kobieta, która utonęła w studni, dwie ofiary wypadku i jeden mężczyzna NN.
Jak wygląda sekcja krok po kroku?
Laborant wyjmuje ciało z chłodni i przywozi je na wózku. Ciało trafia na stół sekcyjny, jest wykonywana dokumentacja fotograficzna: zadrapania, sińce, rany. W niektórych przypadkach pobiera się wymaz spod paznokci albo otwiera gałki oczne. Następnie laborant zaczyna działać nożem, nożycami i piłą. Przecina z tyłu skórę głowy, zaciąga ją na twarz, tnie kości czaszki. Nawiasem mówiąc, medyczka Weronika Przyłęcka opowiadała mi, że na początku swojej pracy nie mogła znieść tego dźwięku. Robi się dwa cięcia - jedno między uszami, drugie na górze od kości potylicy. Wyciąga się kawałek czaszki, by przeprowadzić preparatykę mózgu. Później medyk przecina powłoki skóry na klatce i brzuchu. Tnie się po chrząstkach żebrowych i wyjmuje narządy wewnętrzne: płuca, serce, układ pokarmowych. W określonych przypadkach także narządy rozrodcze. Jeśli w ciele pozostało dużo moczu, jest spore prawdopodobieństwo, że osoba piła alkohol niedługo przed śmiercią. Oczywiście później sprawdza się to jeszcze w badaniach laboratoryjnych. Tymczasem medyk tnie każdy z narządów.
Po co?
Najogólniej mówiąc, szuka czegoś, co odbiega od normy. Rany po pocisku, guza itd. Narządy odkłada się do pojemnika, by wysłać materiał do badań laboratoryjnych. Po preparatyce wszystkie części ciała lądują z powrotem w człowieku. Mózg nie trafia jednak do głowy, tylko wraz z innymi narządami do jamy ciała. Ulega degradacji, a czaszkę trudno jest zszyć idealnie szczelnie. Głowę uzupełnia się więc wypychaczami materiałowymi i zaszywa skórę na czaszce. Potem laborant bierze bardzo grubą igłę i zszywa resztę ciała.
Bohaterowie twojej książki wydają opinie sądowe. Piszesz, że ogromnym problemem systemu jest brak ustawy o biegłych. Do wydawania opinii dopuszcza się często lekarzy, którzy nie mają w danej dziedzinie odpowiednich kompetencji. Dlaczego nie ma ustawy?
Sprawa jest na styku dwóch ministerstw: zdrowia, sprawiedliwości. Można dołożyć jeszcze ministerstwo spraw wewnętrznych i administracji. Ustawa o biegłych dot. nie tylko medyków sądowych. Wysłałem pytania do resortów sprawiedliwości i zdrowia. Jedno ministerstwo wskazywało, że powinno odpowiedzieć przede wszystkim to drugie. Skoro tak wygląda komunikacja w tym temacie, nie dziwię się, że nie ma ustawy. I nikt się tym przesadnie nie przejmuje. Biegli nie wyjdą na ulicę, żeby protestować. Ustawa uregulowałaby, kto powinien wydawać opinie, ale też pozwoliłaby medykom sądowym na większe zarobki, sprofesjonalizowałaby ich działania jeszcze mocniej.
Medyk dostaje za sekcję ok. 500 zł, za oględziny - ok. 250 zł. Mówiłeś w jednym z wywiadów, że choć to bardzo zróżnicowana i indywidualna kwestia, średnio medyk sądowy zarabia miesięcznie ok. 10 tys. złotych netto.
Widełki są bardzo zróżnicowane i rzeczywiście trudno to oszacować. Ale jakikolwiek lekarz specjalista-klinicysta, który pracuje np. na dyżurach, a do tego przyjmuje prywatnie, miesięcznie kasuje średnio dwa, trzy razy więcej. Abstrahując od tego, że jedziesz o trzeciej w nocy, badasz ciało, które np. dopiero co wyjęto z wody, spędzasz w jakimś lesie kilka godzin i dostajesz za to 250 zł.
Mimo wszystko lekarze mówiący publicznie "zarabiamy za mało" - a tak jest w twojej książce - stąpają po cienkim lodzie. Znają przecież nastroje społeczne w tym temacie.
Oni po prostu mają świadomość, że w ich zawodzie od lat nic się nie zmienia. I nic tych zmian nie zapowiada. Medycy sądowi mają bardzo specyficzną specjalizację, pracują ze zwłokami. Wykonują bardzo ciężką i ważną pracę, a skoro zarabiają dwa, trzy razy mniej od lekarzy innych dziedzin, towarzyszy im poczucie niesprawiedliwości. To na ich barkach spoczywa często odpowiedzialność za to, czy sprawca zbrodni zostanie skazany. Albo czy rzekome samobójstwo nie okaże się zabójstwem, co dla rodzin zmarłych ma przecież ogromne znaczenie. Nie mówiąc już o karze za przestępstwo.
Podasz przykład historii, w której medycy sądowi odegrali kluczową rolę?
W Niemczech znaleziono przy ogrodzeniu zwłoki dwóch Polaków. Nie stwierdzono udziału osób trzecich. Nie było wiadomo, czemu zmarli, Niemcy nie umieli ustalić przyczyny. Dopiero polski medyk zauważył małe znamiona prądowe pod obrączką, co świadczyło, że jeden z mężczyzn zginął wskutek porażenia prądem. Okazało się, że obaj, jednak w różnym czasie, forsowali ogrodzenie pod napięciem. Drobiazg, spostrzegawczość, doświadczenie przesądziły o tym, że sprawa została rozwiązana.
Jakie jeszcze historie najbardziej wryły ci się w pamięć?
Na polu oddalonym od dużego miasta znaleziono zwłoki z ranami na głowie. Zakrwawiony mężczyzna ze spodniami zsuniętymi do kolan. Rany były równoległe, co było dla rozwiązania sprawy bardzo istotne. Widok sugerował, że mamy do czynienia ze zbrodnią na tle seksualnym. Śledztwo trwało bardzo długo, wysuwano różne teorie. Jeden biegły stwierdził, że być może pan wpadł pod jakieś narzędzie rolnicze. Po wielu latach sprawa trafiła do Krakowa. Medyk sądowy Tomasz Konopka tylko spojrzał i powiedział: "dawno tego nie mieliśmy". Wszyscy w szoku – co on opowiada? Okazało się, że pan sam zarąbał się siekierą. Medyk miał wcześniej do czynienia z dwoma podobnymi przypadkami. Początkowo mu nie uwierzono. Musiał przedstawić analogiczne przypadki z fachowej literatury zachodniej. Po zadaniu sobie ciosów pan zaczął się czołgać, wtedy zsunęły mu się spodnie. Zapewne chciał wezwać pomoc. Niestety było za późno.
Inna historia: doktor Marcin Strona badał zwłoki po pożarze. Znaleziono je w zgliszczach, ale ciało nie było spalone. Nieznana była przyczyna śmierci. Pan mógł się zatruć substancjami wydzielającymi się podczas spalania. Prawdziwe schody zaczęły się, gdy lekarz zauważył ranę zadaną ostrokrawędzistym narzędziem. Poinformował organy ścigania, że sytuacja jest nietypowa – nic się nie zgadzało. Skoro pożar, to skąd rana? Być może zbrodnię popełniono przed podpaleniem? W końcu Strona podpowiedział policji, by porozmawiać ze strażakami, którzy robili oględziny miejsca pożaru. Jeden przyznał na przesłuchaniu, że badał teren bosakiem. Przypadkiem dźgnął mężczyznę, który był już martwy. W ten sposób powstała rana.
Nie jesteś medykiem. Co czułeś podczas sekcji?
Bałem się, że przywiozą na stół dziecko. Wielu medyków mówiło mi, że najtrudniej robi się właśnie sekcje dzieci. To zupełnie inny kaliber emocjonalny. Na szczęście nie miałem takiego przypadku. Natomiast pamiętam, jak przywieziono na salę kobietę. Młoda, jasna karnacja. Nie widziałem nic, co wskazywałoby na przyczynę śmierci. Wyglądała, jakby miała zaraz wstać. To było dojmujące uczucie. Popatrzyłem na nią i pomyślałem: nie powinno cię tu być, czemu nie jesteś na spacerze z chłopakiem, na uczelni, z rodziną za stołem? Medyk odsunął się od zwłok i wtedy zobaczyłem sznur na szyi, który zaraz miał zostać odcięty. W myślach zadałem jej pytanie: "Jezu, dlaczego to zrobiłaś?". Profesor wykonujący sekcję nie mówił dosłownie nic, wykonywał pracę w milczeniu.
Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że ważne było dla ciebie, aby zbierając materiał do książki, okazać szacunek i lekarzom, i ciałom, które badali.
Trzymałem się określonych zasad. Pytałem o coś, gdy przychodził odpowiedni moment. Mocno przywiązywałem wagę, by swoją postawą nie przeszkadzać lekarzom w pracy. Nie chciałem być uznany za hienę dziennikarską, która przyszła się napatrzeć. Okazanie szacunku było dla mnie bardzo istotne. Cieszę się, że w recenzjach książki wybrzmiewa, że nie szukałem taniej sensacji. Że książka jest dla wielu wręcz straszna, ale nie ma epatowania tragedią, makabrą. Krew nie wylewa się na każdej stronie.
Tak bliskie obcowanie ze śmiercią jakoś na ciebie wpłynęło?
Nie miałem koszmarów po sekcjach. Z drugiej strony, podobno dało się wyczuć podczas mojej pracy nad książką, że jestem nieco inny. Koleżanka, która zna mnie od 20 lat, powiedziała: coś się z tobą stało. Byłem zamyślony, mniej otwarty. Dopiero po czasie zdałem sobie sprawę, że historie z książki cały czas krążą po mojej głowie. Gdy szedłem spać, analizowałem, jak opisać czyjąś śmierć. Wieczorami non stop czytałem o medycynie sądowej. To wszystko się nagromadziło i na mnie wpłynęło, co dało się zauważyć.
Teraz inaczej patrzysz na śmierć?
Tak, oswoiłem się z nią. To, co zostaje z nas po odejściu, nie stanowi już dla mnie tabu. Dotknąłem tego i nie przeraża mnie to. Owszem, widoki często są makabryczne, ale – jeszcze raz podkreślę - nie powinniśmy traktować śmierci w kategoriach sensacji. A jako coś, do czego powinniśmy podejść przede wszystkim z szacunkiem. Śmierć jest przecież nieodłącznym naszego elementem życia.
Dawid Góra - redaktor, reportażysta, szef redakcji WP SportoweFakty. Autor tekstów o tematyce sportowej i społecznej. Miłośnik literatury, Tatr i kultury czeskiej. Dotychczas ukazały się trzy jego książki: "WOPR. Życiu na ratunek", "Halny. Wiatr, który niesie obłęd" oraz "Prosektorium. Tajemnice polskich medyków sądowych".