WAŻNE
TERAZ

Kobiety z Bieszczad są przerażone. Słowa Tuska mocno zabolały

Melilla. Przejście graniczne Barrio Chino © WP | Mikołaj Trólka

Bezimienne groby z pomarańczowej ziemi

Eryk Kryński
Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy

Kiedy morze wyrzuca ciało na brzeg, służby dzwonią właśnie do niego. Jeśli nie uda mu się ustalić tożsamości, na grobie zamiast imienia zostanie postawiony tylko znak "X". W Nadorze, marokańskim mieście przyklejonym do murów hiszpańskiej Melilli, marzenia o Europie często kończą się tragedią. Boubacar Wann Diallo jest tym, który przywraca godność zmarłym, a żywym daje nadzieję.

  • Melilla, Ceuta i Wyspy Kanaryjskie, hiszpańskie terytoria graniczące z Marokiem są jednymi z najbardziej aktywnych szlaków migracyjnych na świecie. Na cele związane z zaostrzeniem polityki na swoich granicach Maroko od 2019 roku otrzymało 846 mln euro z budżetu Unii Europejskiej EU oraz 129 mln euro od Hiszpanii.
  • W swoich działaniach marokańskie służby wykazują się daleko posuniętą brutalnością. W 2022 roku przy murach Melilli doszło do największej w historii masakry migrantów na unijnej granicy lądowej. Zginęło co najmniej 37 osób, a 77 pozostaje zaginionych.
  • Boubacar Wann Diallo, migrant z Gwinei, od dekady mieszka w sąsiadującym z Melillą marokańskim Nadorze i pomaga migrantom, którzy utknęli na terytoriach przygranicznych.
  • Służby kontaktują się z nim, kiedy zostanie odnalezione martwe ciało. Wielu migrantów ginie w okolicy, a Boubacar pomaga w identyfikacji ciała. Dzięki niemu na lokalnym cmentarzu rzadziej pojawiają się bezimienne groby ze znakiem "X".
  • Przez ostatnią dekadę, w drodze do Europy przez region Morza Śródziemnego zginęły co najmniej 33 424 osoby.

– Widzieliście kiedyś ciało wyciągnięte z wody? Dla kogoś kto nie widział, wszystko to może wydawać się odległe. Ale w nas, w tych którzy doświadczają tych scen regularnie, pozostawia to głębokie ślady, dożywotnią bliznę – opowiada Boubacar. – Miałem swój udział w większości pogrzebów migrantów, którzy zginęli w Nadorze. Każdy z nich jest jak budzik, przypominajka: ci ludzie pragnęli nie tylko wolności przemieszczania się, pragnęli wolności życia. 

Siedzimy na piętrze baru w centrum Nadoru. Sufit tu niski, światło wpada od dołu, przez półokrągłe okna sięgające gościom do pasa. Gdyby nie wielkie lustra rozwieszone na ścianach, byłoby klaustrofobicznie. Niedawno wybiło południe, a słońce praży niemiłosiernie. Miejscowi poukrywali się po lokalach, stoją w cieniu drzew, parasoli i małych daszków wystających z większości budynków.

Imigrant burmistrzem Nowego Jorku. Przemówienie Mamdaniego:

– Pamiętajcie, że jeśli coś się wydarzy, nie mówcie, że jesteście dziennikarzami – przestrzega nasz rozmówca. – Mówcie cokolwiek, byle nie to. D'accord? [W porządku?]. W Nadorze może to być niebezpieczne. Ufam, że będziecie dyskretni, że jesteście profesjonalistami.

Żeby zrozumieć tę ostrożność, wystarczy spojrzeć na mapę. Nador leży na północnym wybrzeżu Maroka. Od kontynentalnej Europy dzieli go Morze Śródziemne, ale jej niewielki skrawek jest znacznie bliżej, 10 kilometrów stąd. Melilla – portowe miasto, mniejsze niż warszawskie śródmieście. To jedna z trzech, obok Ceuty i Peñón de Vélez de la Gomera, hiszpańskich eksklaw w Maroku.

12 kilometrów kwadratowych Unii Europejskiej otoczone przez wielowarstwowy mur, jedną z najbardziej zmilitaryzowanych granic na świecie. Po jednej stronie piękne hiszpańskie miasteczko – Europa w Afryce, po drugiej marokański Nador – miasto tranzytu, przemocy, polowań na migrantów.

Melilla
Melilla, miasto autonomiczne, hiszpańska eksklawa w Maroku © WP | Eryk Kryński, Mikołaj Trólka

Barrio Chino

Wysoki, szczupły i nieustannie uśmiechnięty, choć na twarzy cień zmęczenia. Krótkie afro. Wszystko w nim jest spokojne. Boubacar tłumaczy powoli, ale pewnie. Nad żadną odpowiedzią nie myśli długo. Siedzi. Opowiada.

– Wychowałem się w Gwinei, w Konakry, ale od dekady mieszkam w Maroku. Służę, można powiedzieć, jako most pomiędzy migrantami, organizacjami społecznymi i służbami porządkowymi tu, w Nadorze – mówi. – Jesteśmy w strefie przygranicznej. Migranci nie mają dokumentów, nie mogą w pełni uczestniczyć w życiu miasta. Mało kto chce ich zatrudnić, większość musi żebrać na ulicach lub ukrywać się w lasach góry Gourougou.

O Gourougou świat usłyszał trzy lata temu. To tam rozpoczęła się największa w historii masakra na unijnej granicy lądowej. Przez trzy dni marokańscy wojskowi prowadzili obławy na Gourougou, gdzie schroniła się grupa migrantów z Sudanu. Zabierano im zapasy jedzenia, próbowano przepędzić z lasu. Właściciele sklepów spożywczych w Nadorze otrzymali informację, że czarnym nie wolno sprzedawać żywności, a taksówkarze, że nie wolno zawozić migrantów do hiszpańskiego konsulatu, w którym mogliby starać się o ochronę.

Melilla. Fragment muru na granicy z Marokiem
Melilla. Fragment muru na granicy z Marokiem © WP | Mikołaj Trólka

Wczesnym rankiem 24 czerwca 2022 roku grupa około 1700 migrantów zeszła z góry, by przeskoczyć przez mury Melilli. Jednak tym razem nikt ich nie zatrzymywał. Marokańscy żołnierze otoczyli grupę, dopiero gdy większa jej część znalazła się pomiędzy warstwami płotów przy starym przejściu granicznym o nazwie Barrio Chino. Zaczęli rzucać puszkami gazu łzawiącego i pacyfikować migrantów uwięzionych między zasiekami.

Po drugiej stronie granicy zjawiły się oddziały Guardia Civil, aby kontrolować sytuację. Z nagrania, które wyciekło w następnych miesiącach, wynika, że Marokańczycy przeszli na terytorium Hiszpanii i tam pałowali związanych ludzi. Zginęło co najmniej 37 osób, a los kolejnych 77 jest wciąż nieznany. Po trzech latach sprawa ucichła, a rząd Hiszpanii zarzeka się, że do rzezi doszło po stronie Maroka.

  • Melilla, masakra z 24 czerwca 2022 roku. Migranci wspinają się na płot graniczny
  • Melilla, masakra z 24 czerwca 2022 roku. Hiszpańska Guardia Civil zapędza migrantów pod płot
  • Melilla, masakra z 24 czerwca 2022 roku. Spacyfikowani migranci na granicy UE-Maroko
  • Melilla, dzień po masakrze. Sudańczyk w ośrodku dla migrantów po hiszpańskiej stronie
[1/4] Melilla, masakra z 24 czerwca 2022 roku. Migranci wspinają się na płot graniczny Źródło zdjęć: East News | Javier Bernardo

Na zewnątrz siedzieli dziennikarze

– Pierwszy raz coś takiego widziałem – wspomina zamyślony Boubacar. – Przedtem, kiedy migrantom nie udało się przedostać się przez granicę, podnosili po prostu ręce do góry, a policja ich aresztowała. Tym razem było zupełnie inaczej.

Kilka dni przed masakrą w Nadorze rozeszła się informacja, że niedługo odbędzie się znaczący skok przez granicę. Po ulicach zaczęła też krążyć informacja, że paru migrantów zabiło marokańskiego policjanta. Wywołało to panikę. Właściciele nieruchomości zaczęli wyrzucać migrantów z wynajmowanych domów, a policja zatrzymywała osoby, które dotarły do miasta z południa. 

– Zawsze zastanawiałem się, skąd wiedzieli, że coś się wydarzy. Tego dnia otrzymałem dziesiątki telefonów od osób próbujących zrozumieć, co się stało. Około 9:50 rano pojechałem do szpitala El Hassani. Panował chaos. Przy wejściu czekali caïdowie (wysocy rangą urzędnicy miejscy), karetki jeździły bez przerwy. Widziałem pięć osób, które przywieziono w bardzo poważnym stanie. Jednak tym razem, na polecenie władz, szpital odmówił przyjęcia ofiar, ponieważ na zewnątrz siedzieli dziennikarze – wspomina Boubacar.

– Tak, impakt tego dnia był olbrzymi. Wielu migrantów przestało zgłaszać się do szpitali, w obawie, że mogą zostać aresztowani. Większość ofiar mówiła po arabsku, więc na ulicach Nadoru wszystkich czarnych zaczęto nazywać "Sudańczykami". Nawet mój dostęp do szpitala został ograniczony.

Zamknięte przejście graniczne o nazwie Barrio Chino. Miejsce mas
Melilla. Zamknięte przejście graniczne Barrio Chino, miejsce masakry z 2022 roku © WP | Mikołaj Trólka

Zupełnie inaczej

W Melilli łatwo nasłuchać się historii. Nie tylko od miejscowych, ale i od ludzi, którzy przyjeżdżają pracować w sektorze humanitarnym. Ulice opowiadają o marokańskich policjantach, którzy zgarniają bezdomne dzieci z ulic i wrzucają je do wody, aby spróbowały przepłynąć wokół zatoki do portu w Melilli... O młodych Marokańczykach, którzy palą swoje paszporty i porzucają poprzednie życie w zamian za szansę na nowe po drugiej stronie granicy... O wojskowych, którzy zgarniają migrantów z okolic Nadoru i wywożą ich na pustynie przy granicy z Algierią...

– Ile jest prawdy w tych historiach o przemocy? – pytam Boubacara.

– Przemoc? We wszystkim, co ma związek z migracją, zawsze pojawia się przemoc – podkreśla Boubacar. – Tak, il y a toujours de la violence [niewątpliwie zawsze jest przemoc]. Przemoc wynika z finansowania granic. Migranci zawsze chcą migrować, a Unia Europejska inwestuje olbrzymie pieniądze, by zatrzymać ich, zanim dotrą na jej terytorium. Zastawiła pułapkę w Maroku, żeby aresztować ludzi, którzy chcą przejść przez granicę do Melilli albo przepłynąć przez Morze Śródziemne na Półwysep Iberyjski. Wielu migrantów trafia do ośrodków detencji, z których deportowani są do niebezpiecznych krajów.

– Unia Europejska finansuje pojazdy, którymi migranci wywożeni są na pustynie i zostawiani na śmierć. Granica dotyka też Marokańczyków. Harraga, czyli młodzi ludzie, którzy opuszczają swoje miasta z nadzieją, że uda im się dostać do Melilli, też stają się ofiarami tego systemu. Europa jest przeciwna migracji, jest przeciwko wolności przemieszczania się. Stoi za wieloma dobrymi projektami, czasami nawet za prawami człowieka, ale gdy przychodzi kolej na cokolwiek związanego z granicą... Tak, wtedy sytuacja wygląda zupełnie inaczej – odpowiada spokojnie.

Melilla
Melilla. Mury ośrodka dla nieletnich migrantów © WP | Mikołaj Trólka

Unia Europejska współpracuje m.in. z Marokiem, Libią i Egiptem, finansując i szkoląc ich służby. Pierwsza była Turcja w 2016 roku. Schemat jest prosty – państwo, przez które migranci podróżują do Europy, otrzymuje pieniądze, szkolenia, sprzęt, często też inne benefity, a w zamian zaostrza kontrolę po swojej stronie granicy. Wielokrotnie dokumentowano, jak libijska straż przybrzeżna bije migrantów lub strzela w stronę ich łodzi. Raporty organizacji międzynarodowych wykazują, że w państwach takich jak Libia czy Maroko, migranci wywożeni byli na pustynię – i zostawiani na śmierć – przez służby wykorzystujące pojazdy finansowane z budżetu UE.

To prosta strategia – tłumaczył mi pracownik UNHCR w Melilli – bo Unia pozbywa się odpowiedzialności. Gdy migrant dociera na terytorium państwa UE, znajduje się pod jurysdykcją wypracowanych w Europie praw człowieka. – Od ich naruszeń w Maroku dużo łatwiej się odciąć – opowiadał.

Od 2019 roku Maroko otrzymało 846 milionów euro z budżetu EU i 129 milionów euro od Hiszpanii na cele związane z zaostrzeniem polityki na swoich granicach. Tymczasem, przez ostatnią dekadę, w drodze do Europy przez region Morza Śródziemnego zginęły co najmniej 33 424 osoby.

Hiszpańskie terytoria – Melilla, Ceuta i Wyspy Kanaryjskie – są jednymi z najbardziej aktywnych szlaków migracyjnych na świecie, choć w ostatnich latach najistotniejsze są te ostatnie. W okolicach granic Melilli liczby te są niemożliwe do jednoznacznego określenia. Dlatego mówi się nie tylko o tych, którzy "zginęli", ale również o "zaginionych". Groby w Nadorze można liczyć w dziesiątkach. W tej części Maroka zginęły prawdopodobnie setki. A niektórzy z przekonaniem mówią o tysiącach.

Melilla. Mur graniczny na linii brzegowej
Melilla. Mur graniczny na linii brzegowej © Licencjodawca

Mercedes W123

Nawet z europejskim paszportem pokonanie kilkunastu kilometrów między Nadorem a Melillą to logistyczny koszmar. – Na granicę dobrze jest przyjechać wcześnie, zanim zrobią się tłumy – mówiła nam znajoma z Melilli.

Jeśli szczęście dopisze, przez kontrolę można przejść w mniej niż pół godziny. Może wydawać się, że to długo, dopóki nie stanie się na granicy. Ma szerokość 300 metrów. Przejazd samochodem oznacza oczekiwanie w ciasno ogrodzonym korku. Przejście na piechotę to spacer przez wąskie korytarze splecione z wysokich niebeskich krat. Prowadzą po kolei przez każdy etap kontroli. Paszporty sprawdza się czterokrotnie: w eleganckim budynku Guardia Civil, w budce marokańskiego pogranicznika, podczas prześwietlania bagażu oraz na samym końcu, przy wyjściu na chaos Beni Ansar.

Po drugiej stronie granicy szybko zapomina się o czystej, spokojnej Melilli. W powietrzu czuć benzynę, spaliny i grillowane mięso. Wokół stoją małe rozsypujące się budynki i kilka bloków. Zdarty tynk i popękana, wyblakła od słońca, farba. Na parterze sąsiadujących z przejściem granicznym bloków ciągnie się rząd sklepów i knajp. Między nimi biegają dzieci, co jakiś czas na migi prosząc o jedzenie. Ale Beni Ansar to przede wszystkim punkt tranzytu. Przywykło do tego, że przekracza się tu granicę i jedzie dalej, do Nadoru lub na plażę Boukany.

Melilla. Dwa cmentarze muzułmańskie podzielone przez mur granic
Melilla. Dwa cmentarze muzułmańskie przedzielone przez mur graniczny © WP | Mikołaj Trólka

Przyjezdni w Beni Ansar robią tylko postój przed lub po kontroli granicznej, czasem coś zjedzą, wypiją, zostawią trochę pieniędzy. Na chodnikach ludzie sprzedają karty SIM z marokańskim internetem, w każdym kącie można wymienić euro na dirhamy, a na parkingach widać morze bliźniaczych taksówek. Mercedes, model W123, biała farba, srebrne detale. Z przodu pomarańczowe kierunkowskazy i zniszczone zderzaki. Roczniki 1976-1986 to ponadczasowy kręgosłup marokańskiej branży taksówkarskiej. Powód jest prosty – w latach 90. Europejczycy zaczęli wymieniać starsze modele, a używane hurtowo eksportować. W Europie nadeszła nowa generacja samochodów Mercedesa, a Maroko wkroczyło w XXI wiek wypełnione klasycznym stylem W123.

W środku czekają ciemne skórzane siedzenia standardowej wielkości, dwa z przodu, trzy z tyłu. Ale do samochodu, razem z kierowcą, wchodzi nie pięć, a siedem osób. Jeśli podróżny jest sam, musi zaczekać aż taksówkę wypełnią nieznajomi z ulicy. Czterech usiądzie ściśniętych z tyłu, a kolejnych dwóch na pojedynczym siedzeniu obok kierowcy. Taksówkarz nie będzie przecież jechać aż do Nadoru tylko dla czterech osób – to niewydajne, bez sensu. Za przejazd do Nadoru wypełnionym samochodem kierowca i tak zarobi niewiele ponad 20 zł.

Melilla. Fragment płotu granicznego
Melilla. Fragment muru na granicy z Marokiem © WP | Mikołaj Trólka

Ściśniętym wjeżdża się do tętniącego życiem Nadoru. Z samochodu wypada się na "prawdziwe Maroko, nie turystyczny kicz, jak w Rabacie czy Marrakeszu". Tak przynajmniej twierdzi nasza przyjaciółka z Melilli. A w prawdziwe Maroko wpada się wszystkimi zmysłami. Życie w centrum miasta biegnie w przyspieszonym tempie. Ludzie krzyczą do siebie na ulicy – z przyjezdnymi po hiszpańsku, między sobą w Tamazigh. Jedni biegną w pogoni za swoimi sprawami, inni siedzą lub włóczą się bez celu.

Wszędzie samochody, kluczą między przechodniami, trąbią. Spaliny drapią w gardło, a dźwięki mieszają z się z ostrym zapachem przypraw. W powietrzu lata kurkuma, szafran, cynamon, kumin, harissa ras el hanout. Na rogach rozstawiają się sprzedawcy z wózkami świeżych pomarańczy. Za pięć dirhamów oddadzą kubek wyciskanego soku. Wokół biegają dzieci, próbują sprzedawać chusteczki higieniczne i plastikowe wachlarze.

Choć wszystkie kobiety chodzą w hidżabach, to każdy ma swój unikatowy styl. Są białe, czerwone, różowe, brązowe, niebieskie, fioletowe, beżowe i czarne... w różnych odcieniach, zawsze idealnie dobrane pod resztę barwnego stroju. To miasto pełne życia, w którym dekadę temu, wbrew wszelkiej logice, zdecydował się pozostać nasz rozmówca. Przeciskając się przez gąszcz bazarów, straganów i stoisk, dotarliśmy na piętro baru, w którym czekał na nas ten, który zajmuje się ciałami, Boubacar Wann Diallo.

Ulice Nadoru
Nador. Ulice w centrum miasta © WP | Mikołaj Trólka

Noc

– Nie planowałem tu przyjeżdżać, nie planowałem też zostać – opowiada. – Wpadłem kłopoty w Gwinei, niedługo po tym jak skończyłem 20 lat. Miałem coś w rodzaju studia, w którym razem z znajomymi tworzyliśmy głównie muzykę. Rządzącym nie spodobała się jedna publikacja. Krytykowaliśmy przemoc i korupcję w kraju, konfrontowaliśmy rząd i jego propagandę. Wzięli to najwyraźniej do siebie, bo zaczęli nam grozić – wspomina. – Policja wtargnęła do studia i je zniszczyła. Zaczęli aresztować moich przyjaciół, więc musiałem wyjechać i skończyłem tu, w Maroku. Kiedy dotarłem do Nadoru nie wiedziałem, że jest tu tylu migrantów. Dostrzegłem potrzebę, powiedziałem sobie: "Comment puis-je contribuer?" ["Co mogę zrobić?"].

Odpowiedź na to pytanie przyszła do Boubacara z czasem. Pierwszym krokiem była decyzja – pójść do lasu góry Gourougou, być z ludźmi, spać pośród nich, jeść z nimi, rozmawiać. Zyskać ich zaufanie, zrozumieć czego im brakuje, i czym jest ta potrzeba.

– Bałem się. Pierwszej nocy w lesie, bałem się. W nocy wszystko może się zdarzyć, policja może pojawić się w każdym momencie. Ale powód, by zostać, był jeden i był silniejszy. Krew. Tej nocy, widziałem wiele trudnych rzeczy: chorych bez opieki, ludzi, którzy powinni ubiegać się o azyl, ale nie mają na to żadnej szansy. Znalazłem kobiety w ciąży i ciężko chore dzieci. Nocowałem w innym świecie, w zupełnie innej rzeczywistości – wspomina.

Z czasem zaczął wczuwać się w rytm obozu, uczestniczyć w życiu jego mieszkańców. A oni go zaakceptowali.

– To był moment, który określił moje miejsce w Nadorze: stać po stronie tych, o których wszyscy zapominają – mówi. – Zacząłem zabierać chorych do szpitala, ale nie mieliśmy pieniędzy. Po pewnym czasie natknąłem się na organizację, która zgodziła się pomóc. Z czasem pokochałem to miasto. Je suis resté, zostałem. Nie było to łatwe rzecz jasna, ale oto jesteśmy – opowiada Boubacar.

Melilla. Północna część granicy z Marokiem
Melilla. Północna część muru na granicy z Marokiem © WP | Mikołaj Trólka

Boubacar z Nadoru

 – Nie tęsknisz za swoim domem, za Gwineą? – pytam.

– Jestem w domu, jestem w Nadorze – odpowiada. – Oczywiście, Gwinea jest dla mnie ważna, mam tam rodzinę, ale moje miejsce jest tutaj. 

W 2020 roku po raz pierwszy udało mu się wrócić do Konakry. Zmieniła się władza, ryzyko zmalało. Teraz co roku wraca i organizuje wydarzenia, podczas których upamiętnia migrantów, którzy zginęli podczas podróży. Nieustannie powtarza, że nie wie jak może wystarczająco podziękować wszystkim, którzy mi pomogli mu przez ostatnią dekadę. Nie, na stałe nie wrócił.

– Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, poczułem coś niewytłumaczalnego – cichy głos powiedział mi: restez, zostań. Z początku nie chciałem go słuchać. Ale krok po kroku zaangażowałem się, zapuściłem tu swoje korzenie. A ludzie zaczęli mi ufać.

Nie było to proste w mieście polowań na migrantów. Nie wszyscy go tu chcieli, musiał wymusić swoją integrację. Ale nigdy nie planował przeprawiać się do Europy. – Nador jest częścią mnie – mówi z nutą dumy. – Boubacar z Nadoru? Tak, nie brzmi to źle.

Pytam, jak wygląda jego relacja z policją i służbami, które ludzi wyglądających jak on, traktują zazwyczaj inaczej. 

– W Nadorze, żeby skutecznie pomagać, trzeba utrzymywać dobrą relację z władzami. To konieczne: musisz uzyskać certyfikaty, upoważnienia i wszystkie dokumenty, które pozwalają pracować jako rzecznik tych osób – podkreśla. – Tak, zdarzają się kłótnie, zdarzała się przemoc fizyczna. Zdarzało się, że byłem poważnie ranny, mimo że mam dokumenty na pobyt i przestrzegam prawa. I nie były to jednorazowe sytuacje.

Mimo wszystko Boubacar zawsze utrzymywał z nimi kontakt i dbał o otwarty dialog. Po pewnym czasie znalazł odpowiedni balans i zaczął konfrontować ich w odpowiedni sposób. Dzięki temu, jeśli ktoś zostanie aresztowany, Boubacar może przyjść i występować w jego imieniu. Jeśli ktoś ma problemy z administracją, może zainterweniować i jako pośrednik rozwiązać problem. 

– Nie siedzę cicho, kiedy stosują przemoc, ale nie biegnę też od razu rozmawiać z dziennikarzami. Mówię, co mam do powiedzenia bezpośrednio, z szacunkiem, ale bez strachu. Nie jesteśmy przyjaciółmi, ale żyję w szacunku do prawa. Wiele przeszedłem, bywało ciężko, dochodziło między nami do ostrych słów, ale przeszliśmy przez to wszystko. Przez te wszystkie lata zyskałem pewność siebie. Dzięki temu mogłem tu zostać – wspomina.

– Ostatecznie wygrywa to, że mnie potrzebują – wyjaśnia Boubacar. – Kiedy ktoś zostanie aresztowany, albo jeśli znajdą martwe ciało, mogę ułatwić i przyspieszyć sprawy.

Melilla. Wieża strażnicza przy granicy z Marokiem
Melilla. Wieża strażnicza przy granicy z Marokiem © WP | Mikołaj Trólka

Cisza

Zza zakurzonych okien dociera do nas zgiełk miasta. Boubacar musi niedługo pojechać na przedmieścia, żeby zawieźć paczkę z lekami do jednego ze swoich przyjaciół. Jadąc w tym kierunku można zobaczyć, jak miasto przechodzi nagłą transformację. Na obrzeżach Nadoru zwycięża spokój. Na pagórkach stoją niewielkie domki. Ustawiono je ciasno, są proste i kanciaste. Nieliczne pomalowano farbą, prawie wyłącznie białą lub ciemnoczerwoną. Inne są szare, bo beton pozostawiono sam sobie.

Ale podstawowym kolorem jest tu pomarańczowy. Sucho-pomarańczowe są skały, ciemno-pomarańczowa jest ziemia, i wreszcie, rudo-pomarańczowe są cegły niewykończonych budynków mieszkalnych. To domy w wiecznej budowie, zaczęły się starzeć, zanim je ukończono. Na dachach widać podstawy kolejnych pięter: cegły układają się w zarys nieistniejących pokoi, wystają z nich pręty wzmacniające budowlę. Ale na razie, może na zawsze, służą jako prowizoryczny taras, miejsce spotkań i suszenia ubrań.

A pomarańczowa ziemia ciągnie się poza miasto. Na samym skraju jest jedno miejsce. Otwarty cmentarz, na którym zwycięża cisza. Jeśli coś ją przerywa to śpiew żałobników. Cisza, szereg bezimiennych grobów. A dzieci niczego już nie sprzedają, o nic nie proszą, biegają po wąskich uliczkach i grają w piłkę. Na wschodzie rozciąga się morze, na zachodzie góry. U podnóży pokrywa je lekka rozproszona mgła, przez którą pod wieczór przebiją się konające promienie słońca. To miejsce, które Boubacar zna dobrze.

Nador | Mury cmentarza na obrzeżach miasta
Nador. Mury cmentarza na obrzeżach miasta © WP | Mikołaj Trólka

Znak X

– Dlaczego marokańskie służby potrzebują cię, gdy znajdą ciało? – pytam Boubacara.

– Zdarza się, że łodzie toną – tłumaczy. – Morze wyrzuca ciała z powrotem na brzeg. Służby informują mnie, że jest ciało, a moim zadaniem jest ustalenie tożsamości tej osoby. Próbuję w ambasadach, szukam rodzin, kontaktów. 

– Jak to?  Czy to nie policja powinna być odpowiedzialna za ten proces?

– Zgadza się – odpowiada spokojnie. – Ale żeby zorganizować pogrzeb, muszą znaleźć imię i nazwisko zmarłego. Dopiero po roku, jeśli nikt nie zgłosi się z dowodem na pokrewieństwo i nie uda się znaleźć tożsamości, mogą pochować bezimienne ciało.

W Maroku uznaje się, że z szacunku do zmarłego nie powinno przeprowadzać się pogrzebu bez informacji o jego wyznaniu. – Zasługuje na to, żeby pochować go w odpowiedniej tradycji, czy to chrześcijańskiej czy muzułmańskiej – tłumaczy mój rozmówca. Problem w tym, że służby mają notoryczny problem z identyfikacją ciał. 

Odnalezienie krewnych jest trudne. Zazwyczaj martwy nie ma przy sobie dokumentów, a rodzina nie zgłasza się, bo nie wie co się z nim stało. A to ona musi oficjalnie zadeklarować "to jest mój syn, krewny", dostarczyć zdjęcia, najlepiej też paszport i pełnomocnictwo z ambasady. 

– Potrzebują mnie – mówi stanowczo Boubacar. – Mam kontakty i jestem zawsze dostępny. Zauważyli, że ułatwiam sprawę. Ale nie robię tego dla nich – tłumaczy. – Pomagam im, bo w przeciwnym razie ciało pozostanie bezimienne, a na grobie postawią sam znak "X".

– Miałem swój udział w większości pogrzebów migrantów, którzy zginęli w Nadorze. To zawsze trudny moment. Dziesiątki ciał wyciągniętych z wody – mówi chłodno. – Każde symbolizuje marzenie, które zostało ostatecznie złamane. 

Nador | Groby migrantów na cmentarzu
Nador. Groby migrantów na lokalnym cmentarzu © WP

Naprawdę tu pięknie

– Czego chciałbyś od Nadoru? – pytam w końcu. – Czy masz w sobie nadzieję, że będzie tu lepiej?

– Kiedyś nastanie ten dzień – mówi Boubacar. – Dzień, w którym każdy migrant będzie mógł swobodnie się poruszać... tak jak ja... będzie mógł pójść do lekarz... tak jak ja... będzie mógł pracować... tak jak ja. Mam wszystko, wszystkie te możliwości. Założyłem własną firmę, podróżuję, jem, piję, mogę zadbać o siebie i swoich bliskich. Chciałbym, żeby każdy, kto tu przyjeżdża, mógł znaleźć swoje życie w Nadorze. Nie tylko ja, nie tylko Boubacar.

– Zobacz – tłumaczy energicznie. – Jeśli akurat nie mam pieniędzy, mogę kupić jedzenie na kredyt, bo Marokańczycy mi na to pozwalają, traktują mnie z szacunkiem. Jasne, ciężko nad sobą pracowałem, walczyłem by osiągnąć wszystko co mam. Ale sęk w tym, że migranci nie potrzebują projektu pod tytułem "migracja". Potrzebują projektu, który nazywa się "życie". 

– Chcą migrować, ale to nie o podróż chodzi. To nie wystarczy – podkreśla, już mniej spokojnie. – Nie zawsze wiedzą, co zrobić, jak już dotrą na miejsce, nie wiedzą, jak zainwestować w swój nowy dom. Ale mogą to zrobić! Ja wniosłem do tego miasta wszystko, co mogę. Wrosłem w nie, przyczyniłem się do życia lokalnej społeczności, mam tu swoją historię! Każdego dnia pisze jej kolejny rozdział, podlewam swoje korzenie!

– Nador się zmienia – mówi stanowczo. – Ten dzień nastanie. Migranci powoli zaczynają pracować, budować tu swoje życie. Aresztowania zaczęły być rzadsze. Zdarza się nawet, że byli policjanci biorą udział w naszych warsztatach, przychodzą i uczestniczą w sesjach treningowych. To więcej niż się wydaje. 

***

Boubacar w lokalnym barze w centrum Nadoru
Nador. Boubacar w lokalnym barze w centrum miasta © WP | Mikołaj Trólka

Słońce nie razi już tak mocno, a na ulicach powoli zaczyna pojawiać się cień. Żegnamy się.

– Będziemy w Nadorze do końca dnia – mówię. – Chcemy zobaczyć miasto, pójść na cmentarz...

– Przejdźcie się nadbrzeżną promenadą – radzi podekscytowany Boubacar. – Rozejrzyjcie po mieście. Naprawdę tu pięknie... – I wiesz co? – mówi po chwili. – Migracja nigdy nie była celem, swój cel znalazłem w Nadorze.

Zdjęcia: Mikołaj Trólka

Podziękowania dla Józefa Rostkowskiego, Leny Sławińskiej i Antoniego Orlofa.

Zrealizowano w ramach kolektywu Ataaya.

Wybrane dla Ciebie
CBA zatrzymało troje notariuszy. Chodzi o przejęcie niemal 50 mln zł
CBA zatrzymało troje notariuszy. Chodzi o przejęcie niemal 50 mln zł
Czarne chmury nad Braunem. Parlament Europejski zdecydował
Czarne chmury nad Braunem. Parlament Europejski zdecydował
Uzależniła się od social mediów. Wygrała w sądzie z Metą i YouTube
Uzależniła się od social mediów. Wygrała w sądzie z Metą i YouTube
Surowsze kary. Minister zapowiada dokręcenie śruby pijanym kierowcom i dezinformatorom
Surowsze kary. Minister zapowiada dokręcenie śruby pijanym kierowcom i dezinformatorom
Komitet Noblowski pokaże listę prezentów. To pokłosie afery Epsteina
Komitet Noblowski pokaże listę prezentów. To pokłosie afery Epsteina
Autobus runął do rzeki. Nagranie z dramatycznego wypadku w Bangladeszu
Autobus runął do rzeki. Nagranie z dramatycznego wypadku w Bangladeszu
Przydacz o różnicach w rozmowach z Orbanem. Polska złożyła propozycję
Przydacz o różnicach w rozmowach z Orbanem. Polska złożyła propozycję
Sikorski do Przydacza: "Bzdura". Poszło o wizytę u Orbána
Sikorski do Przydacza: "Bzdura". Poszło o wizytę u Orbána
Śmieciowy przewrót w stolicy. Plomby na pojemnikach
Śmieciowy przewrót w stolicy. Plomby na pojemnikach
Kobiety z Leska mówią o przerażeniu, nowe informacje ws. cieśniny Ormuz, TISZA zwiększa przewagę [SKRÓT PORANKA]
Kobiety z Leska mówią o przerażeniu, nowe informacje ws. cieśniny Ormuz, TISZA zwiększa przewagę [SKRÓT PORANKA]
Odpowiadał za blokadę Ormuz. Izrael miał go wyeliminować
Odpowiadał za blokadę Ormuz. Izrael miał go wyeliminować
Będzie taniej na święta? Znamy plan rządu w sprawie cen paliw
Będzie taniej na święta? Znamy plan rządu w sprawie cen paliw
Wyłączono komentarze
Sekcja komentarzy coraz częściej staje się celem farm trolli. Dlatego, w poczuciu odpowiedzialności za ochronę przed dezinformacją, zdecydowaliśmy się wyłączyć możliwość komentowania pod tym artykułem.
Redakcja serwisu Wiadomości