24 lutego 2022 roku Kuba miał być w biurze, a Sierhij na uczelni. Zamiast tego wybrali wielogodzinną kolejkę do punktu mobilizacyjnego. Dziś, po czterech latach od pełnoskalowej inwazji, to właśnie na barkach tysięcy cywilów – informatyków, przedsiębiorców i studentów – opiera się obrona Ukrainy. To reportaż o ludziach, którzy zamienili swoje codzienne życie na codzienność w okopach i walkę o przetrwanie państwa - pisze z Ukrainy Mateusz Lachowski dla Wirtualnej Polski.
24 lutego 2022 roku dla milionów Ukraińców świat zatrzymał się na chwilę. Nad ranem pierwsze rosyjskie rakiety uderzyły w ukraińskie miasta, a pełnoskalowa inwazja stała się faktem. Tego dnia wielu ludzi zamiast do pracy pojechało do punktów mobilizacyjnych. Ukraińska armia stanęła do walki, a wraz z nią dziesiątki tysięcy cywilów, którzy jeszcze dzień wcześniej prowadzili zwyczajne życie.
Kuba powinien, jak co dzień, pojechać do swojej firmy, którą prowadził od kilku lat. Zamiast tego ustawił się w wielogodzinnej kolejce, by dołączyć do wojska. Sierhij miał prowadzić zajęcia ze studentami. Wśród nich był Bohdan. Tego dnia wykład się nie odbył – obaj zgłosili się do punktu zbiórki, by wkrótce ruszyć na front. Podobnych historii są setki tysięcy. Nauczyciele, informatycy, budowlańcy, przedsiębiorcy, studenci – wszyscy zostawili swoje dotychczasowe życie.
Życie każdego z nich zmieniło się z dnia na dzień. Niektórzy, jak Jarosław czy Serhij, mieli za sobą doświadczenie walk w Donbasie po 2014 roku. Inni po raz pierwszy chwycili za broń. Łączyło ich jedno – poczucie odpowiedzialności za państwo i bliskich.
Dziś, cztery lata od początku inwazji, front rozciąga się na setki kilometrów. Wojna zmieniła swoje oblicze – obok karabinów coraz większą rolę odgrywają drony i technologie, które decydują o życiu i śmierci. Codzienność żołnierzy to nie tylko starcia zbrojne, ale też miesiące spędzone w okopach, ziemiankach i piwnicach, w ciągłym napięciu i rozłące z rodziną.
To reportaż z linii frontu – z dróg, po których pędzą wojskowe pickupy, z pozycji, gdzie ziemia drży od wybuchów, z miast zamienionych w gruzy. Nie ma tu wielkich słów. Jest koncentracja, zmęczenie i tęsknota. Są żołnierze – młodsi i starsi. Inżynier, który pracował w sektorze energetycznym. Przedsiębiorca prowadzący dwie firmy. Nauczyciel, student. Dziś wszyscy w mundurach, z karabinem lub dronem w ręku.
Mówią prosto: o obowiązku, o kolegach, których już nie ma, o domach, do których chcą wrócić. Czy widzą koniec? Jedni mówią: nie. Inni: nie wiem. Wszyscy powtarzają jedno – trzeba wytrwać. To opowieść o ludziach, na których od czterech lat opiera się walcząca Ukraina.
Z Ukrainy dla Wirtualnej Polski Mateusz Lachowski