- Przyczyną jest pewna ambicja, której koleżanki i koledzy nie potrafili schować, a także fakt niepogodzenia się z wynikami wyborów, które odbyły się w naszej partii - mówił w programie "Tłit" o rozłamie w Polsce 2050 Paweł Śliz. Gość Tomasza Żółciaka odniósł się także do uchwały, która miała zabetonować stan kadrowy w klubie do 21 marca i zdementował niektóre pojawiające się w mediach informacje.
Paweł Śliz pytany był w czwartek przez Tomasz Żółciaka m.in. o to, jak czuje się jako osoba wskazywana przez byłych partyjnych kolegów jako główna przyczyna rozpadu klubu Polski 2050.
- Nie ja jestem przyczyną. Przyczyną jest tak naprawdę pewna ambicja, której koleżanki i koledzy nie potrafili schować, a także fakt niepogodzenia się z wynikami wyborów, które odbyły się w naszej partii. Fakt, nieuszanowania tego, że Paulina Hennig-Kloska przegrała te wybory, a Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wygrała - powiedział.
Stwierdził przy tym, że dla niego "najbardziej smutne" jest to, iż osoby wchodzące w skład prezydium wcześniej nie zgłaszały żadnych uwag co do jego pracy, po czym nagle podjęły decyzję o opuszczeniu klubu. - Myślę, że niestety koleżanki, koledzy nie podołali z tym, że przegrali te wybory - ocenił.
Polska 2050 na granicy rozpadu. "Nie było merytorycznego argumentu"
W programie padło też pytanie o tzw. uchwałę pokojową Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Miała ona zablokować wszelkie próby zmian personalnych, zarówno w klubie parlamentarnym, jak i w partii do 21 marca. Śliz odpowiedział wówczas, że zarówno on, jak i nowa przewodnicząca partii chcieli rozmawiać, ale grupa polityków, którzy właśnie odeszli, nie wykazała takiej woli.
- Chciałbym zdementować kłamliwą informację przekazaną przez koleżankę Paulinę Hennig-Kloskę, że na na posiedzeniu czterodniowym nie było klubu. Tak, klub był, klub chciał rozmawiać o drukach, ale niestety osoby powiązane z Pauliną Hennig-Kloską, chciały tylko i wyłącznie zmienić regulamin - przekazał.
Przewodniczący klubu Polski2050 wyraził też przekonanie, że chęć jego odwołania związana była nie z tym, że źle oceniano jego pracę, ale z tym, że poparł Pełczyńską-Nałęcz. - Nie było żadnego merytorycznego argumentu, w którym zawiódłbym klub, gdzie nie dowiózłbym jakiejś pracy jako przewodniczący - przekonywał.