Miliony stron i setki nagrań. Kim naprawdę był Epstein?
Magdalena Górnicka-Partyka, ekspertka ds. amerykańskiego marketingu politycznego w programie "Newsroom" Wirtualnej Polski stwierdziła, że Jeffrey Epstein był brokerem informacji. - On dobrze zdawał sobie sprawę, że informacje w tym świecie, w którym się obracał, jest najcenniejszą walutą - wyjaśniła.
Amerykańskie ministerstwo sprawiedliwości opublikowało w piątek około 3 mln stron dokumentów z akt spraw dotyczących Jeffreya Epsteina i ogłosiło zakończenie procesu nakazanego przez Kongres. W skład najnowszej i ostatniej transzy dokumentów wchodzi także 2 tys. filmów wideo i 180 tys. zdjęć.
O czym nam mówią te dokumenty? - Przede wszystkim, że właściwie każdy znał Epsteina i każdy miał z nim jakieś relacje. Niezależnie od strony sporu politycznego, bo tam byli członkowie Partii Demokratycznej i Republikanie, i biznesmeni, i Hollywood. Więc właściwie każdy z nich miał jakieś powiązania i te najnowsze dokumenty, te 3 miliony stron pokazują, że sieć Epsteina była dużo szersza, dużo gęstsza i właściwie światowi liderzy, bo to nie tylko Amerykanie, także Europejczycy, dyskutowali z Epsteinem o sprawach bezpieczeństwa narodowego, sprawy geopolityczne, tajemnice państwowe, w niektórych kwestiach, więc to bardzo mocno pokazuje, jak bardzo wpływową był osobą i jak bardzo był w centrum wszystkich wydarzeń - wyjaśniała w programie "Newsroom" Wirtualnej Polski Magdalena Górnicka-Partyka, ekspertka ds. amerykańskiego marketingu politycznego.
Stwierdziła też, że Jeffrey Epstein był brokerem informacji. - Z jednej strony te informacje sprzedawał swoim osobom, które znał, ale też zbierał na nich haki, bo w tych dokumentach mamy to, że on sam do siebie wysyłał maile po to, żeby zbierać haki na osoby, z którymi miał kontakt. To pokazuje, że on dobrze zdawał sobie sprawę, że informacje w tym świecie, w którym się obracał, jest najcenniejszą walutą - dodała.
- Mamy wrażenie, że z tych dokumentów wynika, że wszyscy okłamywali amerykańskich wyborców w sprawie swoich kontaktów z Epsteinem, bo każdy z nich szukał jakiegoś porozumienia, każdy z nich szukał kontaktu. Być może te "najdziksze imprezy" były tak słynne, że każdy chciał się przekonać na własne oczy, jak to wyglądało. Najbardziej uderzające jest to, że to wszystko działo się w momencie, kiedy on już był zarejestrowanym przestępcą seksualnym i właściwie nikt nie zwracał na to uwagi. Wszyscy to ignorowali i miał ogromne poczucie bezkarności, wynikające ze swojej znajomości, z pozycji społecznej i z majątku. I nikt nie miał z tym problemu, żeby zadawać się w tak bliskich relacjach z przestępcą seksualnym - mówiła ekspertka.