Czy leci z nami pilot? [OPINIA]

Jeśli ktoś w Polsce zarwał noc, by na żywo wysłuchać wystąpienia Donalda Trumpa, to ma prawo czuć się rozczarowany. Amerykański prezydent w przemówieniu wygłoszonym o trzeciej nad ranem polskiego czasu nie powiedział niczego nowego - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.

PAP/EPA/ALEX BRANDON / POOLCo powiedział Trump? PAP/EPA/ALEX BRANDON / POOL
Źródło zdjęć: © PAP
Jakub Majmurek

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Po raz kolejny Trump ogłosił zwycięstwo w wojnie w Iranie, zapowiedział, że potrwa ona jeszcze kilka tygodni, zagroził Irańczykom, że jeśli się nie porozumieją w sprawie zawieszenia broni, to amerykańskie ataki "cofną ich do ery kamienia". Stwierdził też, że otwarcie Cieśniny Ormuz nie jest problemem Stanów, tylko takich państw jak Japonia, Korea czy kraje Unii Europejskiej – choć niedawno deklarował, że otwarcie Cieśniny dla swobodnej żeglugi jest konieczne dla zakończenia działań wojennych.

Po przemówieniu, tak jak przed nim, wiadomo tyle, że nic nie wiadomo. Zresztą do Wielkiej Nocy Trump może jeszcze kilkakrotnie zmienić zdanie i przedstawić kilka wzajemnie się wykluczających deklaracji na temat celów i warunków zakończenia wojny.

Niech to się wreszcie skończy

W ciągu ostatnich kilku dni amerykańskie media donosiły, że Trump jest coraz bardziej znudzony wojną i że najpewniej wkrótce ogłosi zwycięstwo i wycofa się z Iranu, przenosząc uwagę w nowe miejsce – np. na Kubę. Trudno powiedzieć po przemowie ze środy, czy faktycznie taki jest scenariusz – choć amerykański prezydent wyglądał na dość zmęczonego i znudzonego.

Lotnisko w Kuwejcie płonie. Nagranie świadków

Z punktu widzenia Unii Europejskiej wycofanie się Stanów z wojny po ogłoszeniu jakiegoś "zwycięstwa" byłoby być może w tej chwili najmniejszym złem. Im dłużej trwa wojna, tym większe zakłócenia na rynkach energetycznych, na które Unia Europejska jest szczególnie wystawiona – zarówno gospodarczo, jak i politycznie. Bo jeśli po kryzysie pandemicznym i tym spowodowanym przez wojnę w Ukrainie Europejczycy zostaną zmuszeni do kolejnych ograniczeń i poświęceń – być może łącznie z racjonowaniem benzyny – to wściekłość elektoratów może przynieść populistyczną rewolucję zdolną przerwać liberalne "kordony sanitarne" wokół takich sił jak Zjednoczenie Narodowe we Francji czy Alternatywa dla Niemiec.

Oczywiście, samo wycofanie się Stanów z ataków na Iran nie przywróci jeszcze normalności na rynkach energii, a nawet swobodnego ruchu morskiego w Cieśninie Ormuz. Kraje Unii, a także silnie zależne od eksportu ropy z tego regionu państwa Azji Wschodniej będą musiały to sobie jakoś wynegocjować z Iranem – który za prawo do żeglugi będzie żądał gospodarczych, a być może także politycznych koncesji. Na dziś rozmowy z Teheranem to jednak lepsza opcja niż ciągnąca się nie wiadomo jak długo wojna, zwłaszcza jeśli wiązałaby się ona z dalszą destrukcją infrastruktury energetycznej w regionie – konieczność odbudowy tego, co już do tej pory zostało zniszczone, będzie ciążyć światowej gospodarce.

Suez Trumpa

Przy tym jeśli Stany wycofają się, nie realizując żadnego z licznych, często sprzecznych celów deklarowanych w trakcie wojny – zmiana reżimu w Iranie, zniszczenie militarnych zdolności Iranu czy jego programu nuklearnego – to będzie to odbierane jako strategiczna porażka Stanów i samego Trumpa. Operacja w Iranie już porównywana jest przez komentatorów do nieudanej operacji w Kanale Sueskim w 1956 roku.

Wielka Brytania i Francja próbowały wtedy, przy pomocy Izraela, zająć Kanał Sueski, który wcześniej znacjonalizował przywódca Egiptu Gamal Abdel Naser. Operacja skończyła się zupełnym upokorzeniem obu kiedyś rozdających karty na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej mocarstw kolonialnych – administracja Eisenhowera, uznając, że konflikt w Egipcie grozi niepotrzebną eskalacją w ramach zimnej wojny, wymusiła na Wielkiej Brytanii i Francji wycofanie wojsk z Egiptu. Suez stał się symbolem zmierzchu starego świata, w którym europejskie mocarstwa były w stanie samodzielnie prowadzić globalną grę, i początkiem nowej ery, w której jedynymi globalnymi mocarstwami są Stany Zjednoczone z jednej, a Związek Radziecki z drugiej strony.

Czy analogicznie do Suezu wojna w Iranie zostanie zapamiętana jako początek końca amerykańskiej hegemonii? Dziś ciągle za wcześnie, by wygłaszać podobne sądy. Zwłaszcza że teoretycznie, gdyby zaangażować siły lądowe, Trump może jeszcze doprowadzić do upadku reżimu – choć biorąc pod uwagę sytuację wewnętrzną w Stanach i sondaże, uruchomienie takiej opcji mogłoby ostatecznie politycznie zatopić administrację i republikanów w wyborach połówkowych.

Z całą jednak pewnością, jeśli reżim ajatollahów ustoi starcie z Trumpem, to będzie to istotny cios dla amerykańskiego prestiżu i dla globalnej percepcji amerykańskiej potęgi wojskowej. Zwłaszcza jeśli Teheran zakończy wojnę, kontrolując Cieśninę Ormuz i dyktując warunki, na jakich odbywać się w niej będzie żegluga. Jeśli okaże się, że Stany nie są w stanie zmienić wrogiego reżimu atakami z powietrza, a ich odporność na gospodarcze i polityczne koszty wojny jest bardzo niska, to da to poważnie do myślenia innym państwom.

Spalanie amerykańskiej soft power

Odkąd Trump w styczniu zeszłego roku wrócił do Białego Domu, zrobił wiele, by podważyć amerykańską soft power, by podkopać globalny obraz Stanów, także wśród najbliższych sojuszników Waszyngtonu. Po wojnach celnych, rozważaniach o aneksji Kanady, groźbach zajęcia Grenlandii, wojna w Iranie to kolejne działanie prezydenta poddające dobrą wolę najbliższych sojuszników Stanów ciężkiej próbie.

Trump zaczął wojnę bez konsultacji z amerykańskimi sojusznikami, nie przejmując się zupełnie tym, że naraża ich w ten sposób na skutki szoku energetycznego. W jej trakcie na przemian ich obrażał, domagał się od nich pomocy i deklarował, że wcale jej nie potrzebuje. Teraz wszystko wskazuje, że gotów jest zakończyć wojnę, niezależnie od tego, jakie będzie to miało ekonomiczne skutki dla Unii Europejskiej czy demokracji Azji Wschodniej. Wojna, podbijając ceny ropy i gazu, działa też na korzyść Rosji, pomagając jej finansować napastniczą wojnę toczoną tuż przy granicy wschodniej flanki NATO przeciw Ukrainie.

Oczywiście ciągle znajdą się – zwłaszcza w Polsce – politycy i komentatorzy przekonujący, że Trump wykonał w Iranie genialny ruch osłabiający nie tylko reżim ajatollahów, ale także Rosję, że prezydent od początku prowadzi szachy 5D, których nie rozumieją jego krytycy. Problem w tym, że jak na razie wszystko wygląda tak, jakby plan działał zupełnie bez planu. Po wszystkich innych chaotycznych działaniach z pierwszego roku z kawałkiem obecnej kadencji coraz więcej liderów państw stojących najbliżej Waszyngtonu zadaje i będzie zadawać sobie pytanie: czy leci z nami pilot? Czy Trump wie w ogóle, co robi i czy w Białym Domu są jeszcze jacyś dorośli, w razie czego zdolni zaciągnąć hamulec ręczny?

Trump będzie rządził jeszcze prawie trzy lata i jeśli dalej będzie prowadził podobną politykę, to może ona wykopać rów między Stanami a ich sojusznikami w Europie i Azji Wschodniej tak głęboki, że następcom obecnego prezydenta – nawet jeśli będą mieli do tego najlepszą wolę – będzie bardzo trudno zakopać.

Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek

Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu Filmweb. Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Wybrane dla Ciebie