Kto zastąpi Trumpa? [OPINIA]
Nie jesteśmy co prawda nawet w połowie drugiej kadencji Donalda Trumpa, od następnych amerykańskich wyborów prezydenckich dzieli nas 2,5 roku – niemniej w obu partiach trwa już giełda nazwisk potencjalnych kandydatów na prezydenta w roku 2028. Bo nikt poważnie nie traktuje deklaracji, że obecny prezydent powinien wystartować po raz trzeci - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Sprawa ta podobno zajmuje już samego Trumpa. Jak donosił niedawno "Wall Street Journal", tuż po rozpoczęciu ataków na Iran Trump zaprosił na kolację do swojej rezydencji Mar-a-Lago na Florydzie ponad dwudziestu czołowych darczyńców Partii Republikańskiej i zadał im pytanie: "Marco Rubio czy J. D. Vance?" – z myślą o 2028 roku. Jak już w lutym pisał portal Axios, Trump podobne pytanie zadaje wielu swoim doradcom i ludziom ze swojego otoczenia.
I faktycznie wiele wskazuje, że rywalizacja o republikańską nominację w 2028 roku rozstrzygnie się właśnie między wiceprezydentem Vancem a sekretarzem stanu Rubio. Także w 2024 roku Trump miał do ostatniej chwili wahać się między tą dwójką, gdy wybierał swojego wiceprezydenta – do Vance’a przekonał go między innymi lobbing najstarszego syna prezydenta, Donalda Jr., z którym obecny wiceprezydent zbudował bliskie relacje.
Naturalnym kandydatem do sukcesji po Trumpie z tej dwójki wydaje się Vance – choćby z tego powodu, że na ogół to wiceprezydent kontynuuje misję prezydenta z tej samej partii kończącego kadencję, nie sekretarz stanu. Vance cieszy się poparciem nie tylko Donalda Jr., ale też wpływowych, najbardziej prawicowych miliarderów z Doliny Krzemowej, na czele z Peterem Thielem, od początku wspierającym polityczną karierę wiceprezydenta. Vance’a jako kandydata w 2028 roku już poparła wpływowa organizacja zamordowanego w zeszłym roku prawicowego influencera Charliego Kirka, Turning Point USA.
Z drugiej strony, Vance’owi brakuje charyzmy, nie może pod tym względem równać się z Trumpem. Jak na populistę ciągle podkreślającego, że reprezentuje nie "oderwane elity", ale "zwykłych Amerykanów", w kontaktach z przeciętnym wyborcą wiceprezydent wypada niezręcznie, sztucznie i drętwo. Biorąc pod uwagę, jak z pryncypialnego krytyka Trumpa zmienił się w jego pochlebcę, łatwo przedstawić Vance’a jako politycznego oportunistę, gotowego zmienić zdanie w każdej sprawie dla własnych politycznych korzyści. Nacjonalistycznej bazie MAGA nie będzie podobać się to, że żona Vance’a, Usha, jest córką imigrantów z Indii i wyznawczynią hinduizmu. Umiarkowanych wyborców odstraszać będzie integralny katolicyzm Vance’a i jego poglądy na temat praw reprodukcyjnych kobiet i demografii.
Jak niedawno ustalili dziennikarze telewizji ABC, grupa znaczących darczyńców Partii Republikańskiej ma już pomału pracować nad przygotowaniem gruntu do tego, by partia w 2028 roku postawiła na Rubio – jako na pewniejszego, mniej ryzykownego kandydata. Rubio i Vance mają się przyjaźnić, a sekretarz stanu miał deklarować, że nie zamierza startować w 2028 roku, jeśli zamiar startu wyrazi Vance. W polityce nie ma jednak przyjaźni, a kalkulacje Rubio zmienią się pewnie, gdyby do startu zaczął go namawiać sam Donald Trump.
Zadecyduje Iran?
A podobno akcje sekretarza stanu w oczach Donalda Trumpa rosną. To Rubio uchodzi za głównego współtwórcę amerykańskiej polityki w ostatnich miesiącach, zwłaszcza operacji w Wenezueli przeciw Maduro, którą Trump postrzega jako wielki sukces. Od ataku Stanów na Iran to też Rubio jest – obok sekretarza wojny Pete’a Hegsetha – najbardziej widocznym członkiem administracji, pozostającym najbliżej prezydenta.
Sam atak na Iran był interpretowany przez komentatorów jako dowód słabnących wpływów Vance’a w administracji. Wiceprezydent od zawsze budował swoją karierę na krytyce nadmiernego zaangażowania Stanów za granicą, zwłaszcza w takich regionach jak Bliski Wschód czy Europa Wschodnia. Po wybuchu wojny z Iranem Vance wyraźnie usunął się w cień. Wiceprezydent wcześniej nadaktywny w mediach społecznościowych, skłonny do wdawania się w kłótnie w obronie polityki administracji, zamilkł. Vance kojarzony jest też z postaciami z ruchu MAGA, które już radykalnie poróżniły się z Trumpem w sprawie wojny – takimi jak jedna z największych gwiazd prawicowego internetu Tucker Carlson.
Wszystko zależy teraz od tego, jak skończy się wojna z Iranem. Jeśli zakończy się sukcesem, to akcje Rubio pójdą w górę. Jeśli reżim mułłów przetrwa, Stany niczego nie osiągną, za to zdestabilizują rynek surowców energetycznych na tyle, że odczuje to negatywnie amerykańska gospodarka i konsumenci, to cenę zapłaci za to cała administracja, ale gniew skupi się na Trumpie i Rubio.
Być może wtedy decyzja Vance’a, by teraz się wycofać w cień, okaże się sprytnym politycznym ruchem. Choć jeśli Trump przez Iran naprawdę wpędzi amerykańską gospodarkę w kolejną recesję, to będzie to kamieniem młyńskim u szyi każdego kandydata republikanów, zwłaszcza związanego z administracją. Całkowita klęska irańskiej polityki mogłaby otworzyć pole osobom o prezydenckich ambicjach spoza gabinetu Trumpa – np. senatorom Tedowi Cruzowi z Teksasu czy Joshowi Hawleyowi z Missouri – ale wybory po przegranej wojnie i kryzysie będą raczej należeć do demokratów.
Demokratyczna klęska urodzaju
Kto ma szanse na ich nominację? W sondażach dominują dziś dwa nazwiska: była wiceprezydent Kamala Harris i gubernator Kalifornii Gavin Newsom. Ten drugi wyrósł na postać wchodzącą w najbardziej bezpośrednie konfrontacje z Trumpem, imitując – czy parodiując – agresywny styl komunikacji prezydenta. Pytanie jednak, czy Harris i Newsom zbyt wcześnie nie zostali faworytami, czy za 2,5 roku polityka nie będzie już zupełnie gdzie indziej niż miejsce, w którym dobrze czują się te postaci. Problemem Newsoma jest też to, że rządzi on jednym z najbardziej liberalnych stanów w kraju, który republikanie od lat przedstawiają jako przykład fatalnych rządów demokratów, prowadzących do niekontrolowanej migracji, przestępczości, plagi bezdomności, braku dostępnych cenowo domów itp.
Jako faworyci w prawyborach demokratów często wymieniani są za to gubernatorzy albo senatorzy ze stanów, w których w 2024 wygrał Trump i które demokraci będą chcieli odbić w 2028: gubernator Pensylwanii Josh Shapiro, senator z Arizony Ruben Gallego czy rządzący w konserwatywnym Kentucky Andy Beshear. Wszyscy oni reprezentują centrowe skrzydło partii i będą ją pewnie próbowali przesunąć nieco bliżej bardziej konserwatywnych wyborców. Gallego, rocznik 1979, mógłby wygrać jako kandydat zdolny przemówić do młodych mężczyzn latynoskiego pochodzenia, grupy, która w 2024 roku odpłynęła do Trumpa.
W centrum partii swoją pozycję jako kompetentny, centrowy technokrata konsekwentnie buduje też Pete Buttigieg, sekretarz transportu w administracji Bidena. Jego kandydatura – jako osoby homoseksualnej w związku małżeńskim z mężczyzną – miałaby historyczny wymiar. Buttigiegowi brakuje jednak trochę charyzmy, nie budzi on też entuzjazmu lewicowego skrzydła partii.
A ono ma istotne znaczenie, a po czterech latach rządów Trumpa, jak nigdy zdominowanych przez miliarderów i ich interesy, Amerykanie mogą chcieć kandydata zdolnego zaproponować istotną lewicową korektę amerykańskiego modelu społeczno-politycznego. Kto mógłby wystartować jako przedstawiciel lewicy demokratów? Bernie Sanders będzie chyba już zbyt wiekowy, w tym roku skończy 85 lat. Najczęściej mówi się o Alexandrii Ocasio-Cortez, deputowanej do Izby Reprezentantów z Nowego Jorku. Ocasio-Cortez, urodzona w 1989 roku, ma jednak sporo czasu na walkę o prezydenturę, na razie może chcieć zawalczyć o Senat.
W takiej sytuacji po lewej stronie partii kandydatem mógłby zostać Ro Khanna. Szef kampanii Sandersa w prawyborach w 2020 roku reprezentuje w Kongresie jeden z najbogatszych okręgów wyborczych w Stanach, położony w samym sercu Doliny Krzemowej, a jednocześnie wzywa do nowej umowy społecznej między amerykańskim społeczeństwem a Big Techami, gwarantującej autentycznie sprawiedliwą dystrybucję bogactwa. Ostatnio stał się rozpoznawalny w szerszych kręgach dzięki swojej roli w ujawnieniu akt Epsteina.
Na razie demokraci cierpią na klęskę urodzaju potencjalnych kandydatów, potrzeba jeszcze czasu, zanim wyłoni się dwóch-trzech faworytów, między którymi rozegra się realna walka o partyjną nominację. Bardzo dużo zależy od tego, gdzie administracja Trumpa zaprowadzi w najbliższych latach Stany i jakie tematy będą najbardziej rezonować wśród Amerykanów.
Co, jeśli Trump nie będzie w stanie dokończyć kadencji?
Trump kończy w tym roku 80 lat i nie można wykluczyć, że nie zdoła dokończyć kadencji. Co wtedy? Stany mają w takiej sytuacji jasny porządek sukcesji: wiceprezydent, speaker Izby Reprezentantów – dziś jest nim republikanin z Luizjany Mike Johnson, prezydent Senatu pro-tempore – republikanin z Iowa Chuck Grassley - sekretarz stanu.
Żadna z tych postaci, może poza Rubio, nie ma dziś charyzmy, by wejść z marszu w buty Trumpa i utrzymać jego koalicję. Zwłaszcza że w przypadku przerwania kadencji w połowie podatna na teorie spiskowe najbardziej wierna baza MAGA nie uwierzy, że nie stało się to w wyniku jakichś mrocznych, zakulisowych machinacji. Gdyby na przykład J. D. Vance został prezydentem za rok, to w 2028 roku bardzo trudno byłoby mu utrzymać władzę w wyborach.
Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek
Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu Filmweb. Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".