Kobieta na ekranie sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała, że jest obserwowana przez kilkudziesięciu gapiów, którzy zgromadzili się przed budynkiem "Bagateli". Ubrała się, wypiła kawę. Po chwili przyszła do niej koleżanka, wreszcie w mieszkaniu pojawił się mężczyzna.
Po czterech godzinach, gdy tłumek na rogu ul. Karmelickiej i Krupniczej zdążył mocno zgęstnieć, okazało się, że cała akcja to prowokacja, bądąca elementem kampanii reklamowej jednej ze stacji radiowych. Właścicielka mieszkania i jej koleżanka same zgłosiły się do "hakerskiego" projektu. Twierdziły, że chciały zaprotestować przeciwko notorycznemu łamaniu prawa do prywatności człowieka przez wielkie korporacje, urzędy, policję i różne inne instytucje państwowe - zaznacza gazeta.
"To, co zdarzyło się pod "Bagetelą" było zwykłym oszustwem. Najprawdopodobniej nie było żadnego włamania do komputera tej kobiety. Nie oznacza to jednak, że taka sytuacja nie może zdarzyć się w rzeczywistości. Wystarczy 'koń trojański', kamera zainstalowana w mieszkaniu ofiary i można bawić się w 'Wielkiego Brata'" - mówi "Gazecie Krakowskiej" Adam Petry, specjalista od spraw bezpieczeństwa sieci z Krakowa. (PAP)