Malowany premier prezesa? [OPINIA]
Prezes Jarosław Kaczyński, ogłaszając niczym papież, że nosi już w swym sercu ("in pectore") kandydaturę przyszłego premiera z PiS, chciał zapewne wyprowadzić swą partię z pogłębiającego się, kilkumiesięcznego marazmu. Rzecz jednak w tym, że powoli kończy się epoka liderów nominowanych czy malowanych wolą i nieomylnością prezesa. PiS, stojąc dziś w rozkroku głębokich podziałów, może się od takiego szarpnięcia w przód zachwiać lub wywrócić - pisze dla Wirtualnej Polski prof. Sławomir Sowiński.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Ulubiony gambit prezesa
Każdy, kto choć trochę przygląda się materii polskiej polityki, dobrze wie, że manewr ze wskazaniem na stanowisko premiera lub prezydenta polityka mniej znanego i mniej obciążonego balastem negatywnego elektoratu to ulubiony polityczny gambit prezesa Kaczyńskiego. Przypomnijmy też, że taki - zawsze obciążony ryzykiem - polityczny manewr dawał PiS-owi sukces we wszystkich właściwie krajowych wyborach po roku 2015: i parlamentarnych, i prezydenckich.
Nie dziwi zatem, że po ów sprawdzony polityczny chwyt sięga prezes Kaczyński także i dziś, gdy z różnych powodów jego partia pogrążyła się w głębokim kryzysie. Przy czym dziś nie chodzi chyba nawet o wskazanie tego lub innego politycznego nominata, ale o sam na niego casting, a przede wszystkim o czytelny sygnał: PiS szykuje się do władzy i idzie po władzę. I o przekierowanie w tę stronę uwagi całej partii oraz opinii publicznej.
Ten zręczny polityczny ruch miał zatem zapewne przypomnieć wszystkim w PiS i poza PiS, kto jest politycznym papieżem tej wielkiej partii z przywilejem wskazywania jej politycznych hierarchów. Był też próbą wyprowadzenia z koszar rozdyskutowanych szeregów PiS na pole twardego zmagania o władzę, na którym zacierają się wewnętrzne animozje i weryfikują polityczne ambicje oraz deklaracje.
Tu i teraz dostrzec w nim można także polityczne "sprawdzam" rzucone licytującemu coraz wyżej premierowi Morawieckiemu - bo jego pomysł prezesa z funkcji przyszłego premiera właściwie wyklucza. W szerszym wreszcie kontekście rywalizujących z PiS-em obu Konfederacji chciał zapewne zasygnalizować prezes, że po prawej stronie sceny politycznej partia władzy jest tylko jedna.
Prawica w nowych czasach
Brzmi to wszystko dość przekonująco i sprawdziło się w politycznej przeszłości nieraz. Tyle tylko, że sukces Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich i pierwsze udane miesiące jego prezydentury na tyle zmieniły pole grawitacji politycznej w PiS i obok PiS, że sprawdzone dotąd polityczne recepty i manewry prezesa Kaczyńskiego kształtować będą rzeczywistość jego partii i całej prawej strony sceny politycznej w stopniu znacznie skromniejszym niż dotychczas.
Jak mantrę powtarzamy bowiem od kilku miesięcy, że prawdziwy rząd dusz na polskiej prawicy z rąk prezesa przejął śmiało prezydent Nawrocki i to on, a nie lider PiS, poczuł się dziś głównym rozgrywającym w twardej rywalizacji z Koalicją Obywatelską.
Dobrze widać było to choćby w czasie czwartkowej prezentacji polskiej polityki zagranicznej w Sejmie, z której prezes Kaczyński z częścią swego klubu abdykował, prezydent zaś odznaczył swą obecność dość rzeczową filipiką wobec udanego skądinąd wystąpienia ministra Sikorskiego. Dużo bardziej rzeczowy jest też prezydent od prezesa w sporze z rządem na temat SAFE. I wiele wskazuje dziś na to, że kształt ewentualnego przyszłego prawicowego gabinetu, o ile prawica wygra wybory, rozstrzygał się będzie nie tyle w głowie i sercu prezesa, co przy prezydenckim stole.
Polityczne gambity prezesa wyglądają dziś mniej przekonująco także dlatego, że pomimo jego marsowych min i politycznych gróźb skonfliktowane frakcje PiS nie zamierzają zakończyć swych publicznych waśni, czego przykładem jest kolejna wymiana "uprzejmości" między Mateuszem Morawieckim a Patrykiem Jakim. Poddaje to w wątpliwość przywództwo samego prezesa, stawia pytanie, jak długo ta polityczna karawana w jej obecnym kształcie jest w stanie jechać dalej, a przede wszystkim zniechęca wobec PiS część wyborców i działaczy tej partii.
Polityczne znaczenie namaszczenia już dziś przez prezesa Kaczyńskiego kandydata na przyszłego premiera mocno ogranicza wreszcie utrwalona polityczna pozycja obu Konfederacji, które nie przyjmą zapewne po wyborach roli przystawek do PiS-owskiego rządu. A także fakt, że do wyborów zostało jeszcze półtora roku i trudno będzie przez ten cały czas utrzymać efekt świeżości ogłoszonego dziś ewentualnie kandydata.
Prawdziwą władzę się bierze, a nie dostaje
Jak czytać zatem ten ruch prezesa w nowej, złożonej dla niego sytuacji? Jak powiedzieliśmy, przede wszystkim jako próbę złapania przez jego partię oddechu, mniej zaś jako gotowość do definitywnych rozstrzygnięć personalnych. Prezesowi zależało głównie na tym, by tu i teraz mówiło się o przyszłym premierze z PiS, a nie o podziałach i kłopotach PiS. I do pewnego stopnia ten doraźny, ale ważny dziś dla partii cel udało się chyba osiągnąć.
Co jednak dalej z kandydaturą premiera z PiS? Jeśli badania, a także intuicja prezesa przekonają go, że sam temat i sytuacja (cały naród zgaduje, kogo prezes ma w swym sercu i na myśli) służy pozytywnemu zainteresowaniu jego partią, wtedy cały spektakl, podbijany medialnymi przeciekami, trwać może jeszcze tygodniami lub miesiącami bez jednoznacznej pointy.
Jeśli jednak prezes uzna, że całej historii nie sposób wiarygodnie podgrzewać zbyt długo, wtedy spodziewać możemy się wskazania raczej któregoś z mniej znanych, choć wymienianych w mediach, związanych z PiS samorządowców, debiutujących dopiero w polityce ogólnopolskiej. Któregoś z polityków początkujących, dla którego sam udział w tym eksperymencie prezesa będzie, tak czy inaczej, sukcesem i zyskiem.
Najmniej prawdopodobne wydaje się natomiast, że na zaszczytne miejsce w planach prezesa zdecyduje się któryś z polityków PiS wagi ciężkiej, takich jak choćby Przemysław Czarnek. Po wielu latach niekwestionowanego królowania w PiS woli i nieomylności jej prezesa, partia zbliża się do walki o sukcesję. I coraz wyraźniej obowiązuje w niej – sformułowane niegdyś przez Donalda Tuska prawo – że prawdziwą, realną władzę czy pozycję w polityce się bierze, a nie dostaje. Kończy się więc chyba powoli w PiS czas politycznych nominatów, wybrańców czy pomazańców.
I każdy z polityków tej partii, mających w przyszłości jakieś szanse na urząd prezydenta czy premiera, będzie wchodził do gry na własnych warunkach i w wybranym przez siebie momencie, podkreślając rzecz jasna przy tym swój głęboki szacunek dla wielkości i historycznych zasług prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
Dla Wirtualnej Polski Sławomir Sowiński
Sławomir Sowiński jest politologiem z Instytutu Nauk o Polityce i Administracji UKSW, specjalizuje się w badaniach nad polityką i religią oraz współczesnymi procesami politycznymi. Autor książki "Boskie, cesarskie, publiczne. Debata o legitymizacji Kościoła katolickiego w Polsce w sferze publicznej w latach 1989-2010".