Kogo zatopi "Bibi" Netanjahu
Może się okazać, że premier Izraela osiągnie, przynajmniej częściowo, swoje cele na Bliskim Wschodzie, ale przy okazji pociągnie na dno swoich największych sojuszników w Waszyngtonie.
Od rozpoczęcia tej wojny wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Lecz w przypadku jednego z nich krok po kroku zbliżamy się do rozwiązania zagadki.
Otóż powoli rozwiewają się wątpliwości dotyczące rzeczywistego autorstwa pomysłu bombardowania Iranu. Decyzję podjął premier Izraela Benjamin Netanjahu, a prezydent USA dał się do tej awantury potulnie wciągnąć.
Wszystkie wcześniejsze zapewnienia Donalda Trumpa, Marca Rubio i Steve’a Witkoffa, że Iran szykował atak na Amerykę, że za chwilę będzie dysponował rakietami balistycznymi i głowicami atomowymi, okazały się historiami wyssanymi z palca. Przez ostatnie dwa dni amerykański sekretarz stanu tłumaczył: "Musieliśmy uderzyć pierwsi, bo wiedzieliśmy, że pierwszy uderzy Izrael, a wtedy Iran odpowie, uderzając w nas". Wielu dziennikarzy, słuchając tych pokrętnych, niezrozumiałych argumentów, zapewne podnosiło wysoko brwi i mówiło sobie w duchu: "Aha".
Izrael uderza w Teheran. W sieci nagranie "z perspektywy pocisku"
Coraz wyraźniej widać, że Trump wydał swój rozkaz nie w rezultacie głębokiej analizy, nie po długich konsultacjach z generałami, z agencjami wywiadowczymi, z ekspertami od Iranu, lecz w wyniku podszeptów swojego przyjaciela z Jerozolimy. Najwyraźniej nie było także żadnej refleksji co do potencjalnych skutków interwencji - dla samych Stanów Zjednoczonych, dla krajów regionu i dla światowej gospodarki.
Po wtorkowym, zamkniętym briefingu Marca Rubio dla grupy senatorów, jeden z demokratów obliczył, że w ciągu 72 godzin Biały Dom już czterokrotnie zmieniał zdanie, jeśli chodzi o ostateczne cele wojny. "Zmiana reżimu" nie pojawia się już w wypowiedziach najwyższych amerykańskich urzędników, gdyż zapewne zorientowali się oni, że nie za bardzo jest kim tej zmiany dokonać.
Jak podkreślił z rozbrajającą szczerością Donald Trump, także "umiarkowani" przedstawiciele irańskich władz, z którymi Amerykanie byli gotowi negocjować, zginęli w nalotach. Nie wiadomo też do końca, kogo tak naprawdę prezydent miał w tym wypadku na myśli. Były sekretarz obrony USA Robert Gates swego czasu gorzko żartował: "Przez trzydzieści lat szukałem umiarkowanych ajatollahów i jakoś nie udało mi się ich znaleźć".
Republikańscy politycy przestali także używać słowa "wojna", uporczywie trzymając się terminu "Major Combat Operations". Może wydaje im się, iż elektorat MAGA jest na tyle nierozgarnięty, że nie dostrzeże sprzeczności między "Prezydentem Pokoju" a "Prezydentem Specjalnej Militarnej Operacji".
Przypomnijmy, że sam Trump w przeszłości mocno krytykował swoich rywali, Hillary Clinton i Joe Bidena, a także Baracka Obamę, za to, iż wysyłali amerykańskich żołnierzy na "niekończące się, bezsensowne wojny". Z kolei wiceprezydent J.D. Vance pisał w 2023 r. w pochwalnym tonie, że "Donald Trump jako prezydent nigdy nie będzie wszczynał wojen". Trzy lata wcześniej Tulsi Gabbard, dzisiaj szefowa Narodowego Wywiadu USA, przestrzegała… przed wojną z Iranem. Dzisiaj oboje nabrali wody w usta, mimo że słyną z ochoczego komentowania rzeczywistości - w mediach i na platformach społecznościowych.
To być może banalne stwierdzenie, jednak im dłużej potrwa ta "operacja", tym bardziej amerykańskie społeczeństwo będzie nią zmęczone i poirytowane. Nie pomogą wtedy kolejne buńczuczne konferencje prasowe sekretarza wojny Pete’a Hegsetha, na których opowiada on, jak to amerykańskie samoloty "sieją śmierć i zniszczenie", pokazuje zapis wideo z ataku torpedowego na jeden z irańskich okrętów, powtarza przyprawiające o mdłości frazesy o "etosie wojownika" oraz porównuje starcie USA z Iranem do… meczu futbolowego. Mówiąc krótko, napawa się wojną niczym nastolatek, którego podnieca widok bryzgającej krwi w "Call of Duty".
I Trump, i republikanie mają poważny problem wizerunkowy. Według jednego z ostatnich sondaży (Reuters/Ipsos) zaledwie 27 proc. Amerykanów popiera wojnę z Iranem, 43 proc. jest przeciwnych. Gwałtownie zmienia się też stosunek do Izraela i Palestyńczyków. Z badania Instytutu Gallupa (koniec lutego) wynika, iż po raz pierwszy w historii USA ankietowani darzą większą sympatią tych drugich (odpowiednio 41 proc. i 36 proc.).
Między innymi dlatego coraz więcej polityków pozwala sobie na ostrzejszą krytykę rządu Netanjahu. Jak np. Gavin Newsom, gubernator Kalifornii i prawdopodobny kandydat w kolejnych prawyborach i wyborach prezydenckich, który zasugerował ograniczenie militarnego wsparcia dla Izraela w przyszłości.
Może się okazać, że "Bibi" osiągnie, przynajmniej częściowo, swoje cele na Bliskim Wschodzie, ale przy okazji utopi swoich największych sojuszników w Waszyngtonie.
Marek Magierowski