Naszym drogim gościom towarzyszyły miłe uśmiechy przez zęby i serdeczne słowa pozdrowień. Na "s", na "k", a nawet na "ch". Warszawiacy, ze zrozumieniem głuchym jak wściekłość, oddali swoje miasto we władanie taksówkarzom i autokarom z nalepkami "dzień protestu".
Z zaciśniętych ust do zaciśniętych ust podawali sobie radosną wiadomość, że dziś nic nie palą i niczego nie demolują. Poza codziennym rytmem życia ponadmilionowego miasta. Ale jak to mówią: gość w dom, nerwy w kieszeń, a samochód do garażu - konkluduje autor "Stu słów" w "Trybunie".