Bąkiewizacja PiS [OPINIA]

"Bąkiewizacja" PiS postępuje, a partia - choć ma tego świadomość - nie jest w stanie sobie z nią poradzić. Wcześniejsze decyzje, a także przekonanie, że najważniejsze jest odebranie wyborców Konfederacji i Koronie Grzegorza Brauna, sprawiają, że Prawo i Sprawiedliwość jest w klinczu, a proces radykalizacji postępuje - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski.

Jarosław Kaczyński i Robert BąkiewiczJarosław Kaczyński i Robert Bąkiewicz - politycy PiS prywatnie nie kryją wściekłości na akcje lidera ROG, publicznie bronią go przed kamerami
Źródło zdjęć: © PAP, X | Paweł Supernak, X
Tomasz P. Terlikowski

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Polska debata - jak każda inna - potrzebuje rozsądnej, konserwatywnej prawicy, która będzie przypominać o znaczeniu chrześcijaństwa, konieczności zachowania ostrożności w rozmaitych eksperymentach społecznych czy znaczeniu emocji patriotycznych.

Polskie formacje określające się mianem prawicowych idą, niestety, w zupełnie innym kierunku i albo wracają do endeckich miazmatów, albo ulegają przyspieszonemu procesowi trumpizacji, która w polskich warunkach coraz częściej przyjmuje siermiężną formę "bąkiewizacji".

Ta ostatnia pozostaje potężnym zagrożeniem dla Prawa i Sprawiedliwości, ale jego politycy - choć wielu to widzi - nie są w stanie sobie z nim poradzić. Obawy przed histerycznymi reakcjami części wyborców, których przez lata przyzwyczajono do politycznego - zdecydowanie niewysublimowanego - happeningu, są na tyle mocne, że trudno zawrócić z drogi wybranej wcześniej.

Jak określić można bąkiewizację? To bazowanie na emocjach absolutnie podstawowych, w sposób absolutnie siermiężny, pozbawione głębszego sensu, ale za to radykalne i w wielu aspektach histeryczne. Ocena sensowności czy skuteczności tych działań nie ma znaczenia. Liczy się bowiem wyłącznie to, czy są one odpowiednio opakowane w biało-czerwone barwy, w odwołania do symboliki najbardziej emocjonalnej i czy odpowiednio ostro przywołuje się w nich hasła i symbole (funkcjonujące już jako totemy, często wbrew swoim pierwotnym znaczeniom) chrześcijańskie i patriotyczne (co często rozumiane jest jako antyniemieckość, antyukraińskość i antymigranckość).

Wszystkie te elementy widać w akcji w Berlinie. Jest tam i tak rozumiany patriotyzm, i odwołanie się - silnie emocjonalne - do realnych krzywd (co stanowi istotny element tej formy uczuć narodowych), i oczywiście symbolika religijna (wykorzystywana wbrew swojemu naturalnemu znaczeniu, bardziej formie totemu czy znaku walki niż pojednania. Jest też przedstawienie się jako ofiary niemieckiej przemocy - to też jest silnie rezonujący element pewnej tradycji patriotycznej. Wszystko to razem daje mocny pakiet, który buduje w części elektoratu pozycję Roberta Bąkiewicza.

To jednak, co wzmacnia w pewnym dość wąskim, choć istotnym dla prawicy elektoracie Roberta Bąkiewicza, zdecydowanie nie wzmacnia PiS. Ten ostatni, jeśli chce wrócić do władzy, musi sięgnąć także po elektorat centroprawicy, a może nawet centrum. Afera w warszawskim Szpitalu Południowym daje mu tę szansę (a błyskawiczna reakcja premiera Donalda Tuska na tę sprawę uświadamia, że także KO ma tego świadomość), otwiera drogę na ponowne społeczne i mniej radykalne ustawienie dyskursu.

Politycy PiS - z obu frakcji "harcerzy" i "maślarzy" - mają tego świadomość. Los i informacje medialne, a także - nie ma co ukrywać - przesadne poczucie pewności siebie części samorządowych działaczy KO dały im ogromną szansę. Ale to wszystko przesłania histeryczna, siermiężna i w istocie przeciwskuteczna akcja Bąkiewicza, który w tej sprawie służy PR-owo raczej rządzącej koalicji niż PiS-owi. Prawica bowiem zamiast skupić się na rozgrywaniu afery musi tłumaczyć własną postawę wobec działań Bąkiewicza.

Gdy prywatnie, na tak zwanym offie, rozmawia się z politykami PiS, nie kryją oni wściekłości na Bąkiewicza. Od żadnego poważnego polityka tej formacji nie usłyszałem dobrego słowa na temat tej akcji i tego działania. Wszystko zmienia się jednak, gdy włączone zostają kamery lub mikrofony: wtedy zaczyna się rytualna obrona Bąkiewicza, opowieści o przemocy niemieckiej skierowanej przeciwko Polakom, o odmowie prawa do modlitwy i o bohaterstwie samego Bąkiewicza. A gdy światełko kamery zgaśnie pojawia się krótkie stwierdzenie: "musimy tak mówić".

Skąd ta postawa? Otóż politycy PiS mają świadomość, że są zakładnikami tej części elektoratu i mediów (głównie ze stajni Tomasza Sakiewicza), które zdecydowały się uczynić z Bąkiewicza i jego retoryki istotny element swojej tożsamości. Prawo i Sprawiedliwość w swojej próbie pozyskania wyborców Konfederacji i Korony Polskiej uznało - moim zdaniem niesłusznie - że to właśnie te emocje pchają młodszych wyborców w kierunku tych formacji Żeby ich zachować, idzie w tym kierunku. Silne, emocjonalne reakcje w mediach społecznościowych (znam je doskonale, bo często bywam celem takich zorganizowanych akcji medialnych) na każdą odbiegającą od tej linii wypowiedź polityka prawicy utwierdzają ich w przekonaniu, że inaczej nie mogą.

Analogicznie jest zresztą w kwestiach ukraińskich czy wsparcia dla Trumpa. W rozmowach prywatnych politycy PiS prezentują o wiele bardziej umiarkowane stanowisko, a maski wojowników zakładają na potrzeby medialne. Kilka miesięcy temu jeden z moich rozmówców podkreślał, że on jest głęboko przekonany o znaczeniu Ukrainy w naszej polityce bezpieczeństwa i oburzony poglądami swoich wyborców, ale publicznie tego nie powie, bo to byłby jego wyborczy koniec. I nie, nie był to początkujący polityk, ale naprawdę doświadczony gracz.

Efektem takiej postawy jest dalsza radykalizacja, przekraczanie kolejnych granic, obrona najbardziej absurdalnych i bezsensownych pomysłów - tylko po to, by nie wypaść z przestrzeni, w której warunki dyktują polityczni happenerzy, którzy wyborczo nie mają żadnego znaczenia, ale skutecznie zagospodarowują emocje w mediach społecznościowych. PiS przesuwa się w kierunku coraz bardziej radykalnym, politycy mają tego świadomość, ale żeby się nie narażać, niewiele z tym robią i wciąż mają nadzieję, że to tylko słowa. Polityka jednak to właśnie słowa i im bardziej przyzwyczaja się wyborców do radykalizmu, emocjonalnej niestabilności czy zwyczajnej szurii, tym bardziej przesuwa się przestrzeń debaty i tym mniej prawdopodobnym staje się powrót do pozycji bardziej umiarkowanej. Łatwo jest zbąkiewizować debatę, o wiele trudniej jest z tej drogi zawrócić. Politycy prawicy powinni mieć tego świadomość.

Wybrane dla Ciebie