Cała sprawa zaczęła się jeszcze w listopadzie zeszłego roku. Wtedy to w bagażniku mercedesa Jarosława D. znaleziono 80 pudełek z zakazanym środkiem dopingującym - hormonem wzrostu. Dochodzenie zaczął prowadzić policjant z komisariatu w Gdyni. Od słynnego siłacza wziął dwa tysiące złotych łapówki i powiedział mu, co ma zeznawać, żeby uniknąć kary - pisze "Fakt".
Sprawa jednak wyszła na jaw. W środowisku siłaczy zaczęto zaraz szeptać, że to ukartowana sprawa. Jarosław D. pod koniec zeszłego roku założył własną firmę, która miała organizować zawody strongmanów. Wtedy rozgorzał wielki konflikt z dotychczasowym monopolistą w tym sporcie - Federacją Strong Man Polska. Chodzi o ciężkie pieniądze wykładane na zawody przez telewizje i sponsorów - wyjaśnia dziennikarz "Faktu". (PAP)