Polityczny problem medyczny [OPINIA]
Kwestie ochrony zdrowia, kolejek, dostępu do specjalistów – czyli codziennych doświadczeń milionów ludzi– skonfrontowane z zarobkami młodego lekarza bez specjalizacji, byłego już radnego KO, oznaczają jedno: duże problemy polityczne - pisze dla Wirtualnej Polski dr hab. Barbara Brodzińska-Mirowska.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Ostatnio nad KO zbierają się czarne chmury. Dzieje się dużo, ale niewiele spraw będzie mieć znaczenie dla wyborów w 2027 roku. Sprawa młodego lekarza z Warszawy, który zarobił w publicznej ochronie zdrowia fortunę, już będzie.
Przypadek ten ma wiele wymiarów. Pierwszy, zasadniczy jest taki, że na ochronę zdrowia narzeka dziś niemal każdy. Dla jasności: poziom usług medycznych, zwłaszcza tych wysokospecjalistycznych, jest w Polsce wysoki. Ale powszechne doświadczenia są zupełnie inne. W momencie, kiedy wydłużają się kolejki, obcinane są środki na badania profilaktyczne, ludzie godzinami czekają na SOR, pojawiają się informacje o gigantycznych zarobkach lekarzy, to efekt jest do szpiku kości przewidywalny.
Na to nakłada się jeszcze sprawa "szybkiej politycznej ścieżki dla wybranych" w jednym z warszawskich szpitali. Zatem sprawa jest rozwojowa i to też zła informacja dla KO. Elektorat nie będzie mieć innego wrażenia niż takie, że w szybkim tempie następuje oderwanie elity od obywateli i ujawnia arogancja władzy: emocja zabójcza dla każdej ekipy rządzącej. Taki będzie odbiór tej sprawy, bez względu na to, że premier zapowiedział na szybko ustawę analizującą zarobki lekarzy. Mleko się rozlało.
Gdyby sprawa ta wypłynęła przed wyborami, KO przegrałaby je z pewnością. Bo to działa na wyobraźnię wyborcy o wiele lepiej niż wille i fundusz sprawiedliwości oraz wydawane miliardy złotych przez poprzednią ekipę.
Patologie
Problem jednak nie zaczął się wczoraj, ale to akurat nie jest dla rządu usprawiedliwieniem. Nie ma znaczenia, czy 1, czy 10 proc. lekarzy zarabia tak zawrotne kwoty. Chodzi o to, że dzieje się tak najczęściej w jednostkach publicznych, w kontekście których od lat mówi się o niedofinansowaniu, a jednocześnie są informacje medialne, że w niektórych szpitalach ogromna część budżetu to wynagrodzenia dla lekarzy.
Jednocześnie system niejednokrotnie otwiera furtkę na przenikanie się usług prywatnych z publicznymi, co jest patologią samą w sobie. Wreszcie same kwoty. Przeciętny człowiek przy średniej krajowej widzi albo długie kolejki, albo gigantyczne kwoty, które płaci za 10-minutowe wizyty w gabinetach prywatnych. Raczej nie docierają argumenty, które często są powtarzane, że to odpowiedzialna praca, że trzeba wiele lat się uczyć.
Problem na własne życzenie
To wszystko prawda, ale nie jest to jedyny zawód, gdzie odpowiedzialność jest duża, a proces kształcenia długi i żmudny. Tak gigantyczne dysproporcje, nawet w samej tylko branży medycznej, są i będą uderzające. I cierpi na tym cała grupa zawodowa. Negatywne emocje wobec medyków są i będą. A politycznie to jest gorący kartofel. Dlatego też KO ma dziś problem na własne życzenie, bowiem tematem tym powinna zająć się natychmiast po objęciu władzy. Raz, a dobrze.
Tymczasem rząd boi się postawić sprawę jednoznacznie i politycznie na tym straci. Oczywista oczywistość jest taka, że trudne sprawy należy załatwiać na początku kadencji. W tej chwili fakt, że rządzący od dawna mówili, wspominali o limitach zarobków, nie ma znaczenia. Realne działania są zbyt późno, co jest zresztą już pewnym paradygmatem tej partii: reakcja jest zawsze post factum.
Z informacji medialnych wynika, że o patologiach w szpitalu, w którym pracował były już radny KO, było wiadomo od dawna. Naiwnością było sądzić, że to nie wypłynie. Największe kryzysy, także w polityce, zwykle wynikają z bagatelizowania drobnych sygnałów i tak się właśnie stało i tym razem. Komunikacja kryzysowa partii jest oczywiście kompletnie nieadekwatna. Ale to nie jest zaskoczenie. KO nigdy nie była dobra w komunikacji, a tym bardziej w kryzysowej.
Alert przed wyborami
Ale niestety to nie fatalna komunikacja jest dziś największym problemem tej partii. O wiele poważniejszy w skutkach jest fakt, że to zdarzenie, które zdecydowanie pójdzie na konto KO, wpisuje tę partię w nurt polityczny, przeciwko któremu jest dziś wyjątkowy opór społeczny: mianowicie elitaryzm.
Nie ma dziś silniejszej postawy społecznej niż antyelitaryzm. Bez względu na to, jak bardzo KO, a zwłaszcza jej lider, swoją komunikacją próbuje być bliżej ludzi, tego typu sprawy, jak również pomysły wsparcia socjalnego artystów (zatem także elity), to jest dla KO równia pochyła, ponieważ tym samym partia ma łatkę partii wyłącznie elit i od lat trudno jest jej ten schemat przełamać.
Główna partia opozycyjna będzie temat budować i wykorzystywać, przypominać nieustannie do dnia wyborów, choć wcale nie oznacza to, że na tym zyska sama. Bardziej dziś chodzi o to, że KO nie zauważa silnego i ważnego trendu. Ewidentnie też partia ma kłopot w strukturach w małopolskim, śląskim, a dochodzi teraz mazowieckie. To na niecały rok przed wyborami też powinien być alert. Dlatego też względna stabilność w sondażach nie powinna uśpić czujności partii, a chyba usypia.