Już od kilku lat Amy Marder, weterynarz z Lexington w stanie Massachusetts, musi często ustalać, którego ze swych „ludzkich rodziców” woli domowe zwierzę. Ponieważ rozwodom coraz częściej towarzyszą spory o prawo do opieki nad psem lub kotem, ta specjalistka w dziedzinie zachowania zwierząt bywa regularnie proszona o konsultacje.
Fundusz dla chomika
Aby właściwie wykonać to zadanie, Amy Marder musi spędzić przynajmniej półtorej godziny w towarzystwie zwierzęcia i rozchodzącej się pary. Podczas takiego spotkania bierze właścicieli w krzyżowy ogień pytań: „Kto spędza więcej czasu ze zwierzęciem?”, „Kto częściej się z nim bawi?”, „Kto je karmi?”. Wypytuje również o tresurę, charakter domowego pupila i o to, jak wyglądają spacery.
Amerykańska weterynarz nie aprobuje „testu na przywoływanie”, czyli metody stosowanej przez adwokatów, a polegającej na tym, że właściciele kolejno przywołują do siebie zwierzę z drugiego końca pokoju. Zamiast tego woli obserwować język ciała zwierzęcia pozostającego w kontakcie z właścicielami. Chce się przekonać, czy siada ono bliżej tej czy innej osoby, i jak reaguje na ich pieszczoty. A na koniec wyraża własną opinię, zwracając uwagę nie tylko na to, kto może lepiej zaopiekować się zwierzęciem, ale przede wszystkim na to, z kim łączy je silniejsza więź. Liczą się więc te same względy, co w przypadku decyzji o powierzeniu rodzicom opieki nad dzieckiem. Zdarza się nawet, że Amy Marder zaleca podzieloną opiekę, ale tylko wówczas, gdy uzna, że zwierzę jest w stanie to znieść. – Niektóre zwierzęta nie wytrzymują życia w dwóch różnych miejscach naraz. Inne osobniki są bardzo zaniepokojone, a ciągła zmiana opiekunów tylko pogłębiłaby problem – wyjaśnia specjalistka.
Na podst. Courrier International
Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Forum".