Nawet policjanci, jak relacjonuje gazeta, byli pod wrażeniem zarówno techniki napadów, jak i spokoju, z jakim siwy mężczyzna w garniturze okradał kolejne banki, w tym jeden z nich aż trzykrotnie. Stał spokojnie w kolejce i pracownikowi w okienku mówił po cichu: Proszę dać pieniądze, w walizce mam bombę, która zaraz wybuchnie.
W czasie kilku ostatnich napadów zmienił strategię i groził kasjerom nożykiem. Następnie spokojnie, z łupem w walizce, wychodził. W ten sposób dokonał trzynastu skoków na bank; a w sumie jego łupem padło 115 tysięcy euro.
Kiedy przed kilkoma dniami został zatrzymany przez szukającą go od roku policję, odetchnął z ulgą. Od razu też wyjaśnił motywy swego postępowania. Jego sklep z ubraniami nie przynosił zysków, a on wiedząc o tym, że zostało mu niewiele życia, postanowił zdobyć pieniądze, by zostawić je dzieciom. Zrezygnował z napadów dopiero wtedy, gdy musiał poddać się zabiegom chemoterapii. Mężczyzna zapewnił, że w walizce nie miał nigdy bomby, lecz plątaninę kabli elektrycznych. Nikt z rodziny nie miał pojęcia o jego przestępczej działalności.
Jak pisze "La Repubblica" policjanci, prowadzący sprawę, są tak poruszeni tą historią, że nie podają żadnych szczegółów, by chronić rodzinę złodzieja.
Sylwia Wysocka